Amerykański rynek obligacji i dolar w centrum uwagi

Piotr Kuczyński
14-03-2005, 00:00

Wzrost rentowności obligacji w USA spowodował spadki ich cen w krajach rozwijających się. Zaniepokoiło to rynek walutowy. Złoty zaczął tracić.

Z Ameryki

Ostatni tydzień na rynkach finansowych i towarowych nie był spokojny. Zaczął się korzystnie dla dolara i akcji, ale potem było gorzej. Nie można tego przypisać jakimś szczególnym wydarzeniom. Wręcz przeciwnie, np. Bill Gates, główny akcjonariusz Microsoftu, oznajmił, że gospodarka USA jest bardzo silna, klienci coraz chętniej wydają pieniądze na inwestycje i projekty technologiczne. Także sondaż Bloomberga pokazał, że oczekiwania wzrostu PKB w USA w pierwszym kwartale zwiększyły się z 3,6 do 4 proc. z powodu lepszych niż oczekiwano wydatków inwestycyjnych.

Problem w tym, że zarówno biznesmeni, jak i inwestorzy wierzą, iż uda im się prześliznąć wąską drogą między Scyllą inflacji a Charybdą stagnacji. Inaczej mówiąc, że żyjemy na najlepszym ze światów, na którym trwa niczym niezmącone ożywienie gospodarcze, a inflacja pozostaje na bardzo niskim poziomie. A wszystko to w sytuacji, kiedy bez przerwy drożeją surowce i traci dolar. Prawie od początku ubiegłego tygodnia amerykańska waluta spadała. Była to konsekwencja oczekiwania na deficyt handlowy w USA i utrzymującego się niekorzystnego nastawienia do dolara. W czwartek premier Japonii oznajmił, że w zasadzie kraj ten powinien zdywersyfikować rezerwy walutowe (a ma ich 840 mld USD). Miał tym samym szansę wywołać panikę na rynku, ale przedstawiciele ministerstwa finansów szybko oświadczyli, że takie plany nie istnieją. Jednak samo rozważanie dywersyfikacji jest poważnym ciosem dla dolara. W piątek w podobnym tonie wypowiedział się szef centralnego banku Indii. Osłabienie waluty amerykańskiej wywołało kolejny duży wzrost cen surowców (CRB), przede wszystkim ropy, która znowu zbliżyła się do rekordowego poziomu. Z kolei wzrost cen surowców wystraszył inwestorów na rynku obligacji — zaczęli się bać, że inflacja jednak znacznie wzrośnie. Ceny obligacji wyraźnie spadły (rentowność wzrosła). Cały ten proces oglądany przez pryzmat międzyrynkowej analizy technicznej wygląda, jak kształtowanie początku piątego etapu cyklu koniunkturalnego, w którym obligacje są już w bessie, towary jeszcze rosną, a kursy akcji właśnie się załamują.

Najpoważniejszym składnikiem indeksu inflacji (CPI) jest ekwiwalent wynajmu powierzchni mieszkalnej — to ponad 23 proc. całego wskaźnika CPI w USA. Amerykanie obecnie przede wszystkim kupują, a nie wynajmują domy. W tej sytuacji najważniejszym elementem powinna być cena domu, a nie koszt wynajmu, który rośnie bardzo powoli. W 2004 r. wzrósł o 2,2 proc. (CPI wyniosło 3,3 proc.), a cena domu podskoczyła o około 13 proc. Oczywiście Fed wie, że inflacja w rzeczywistości jest większa, ale z różnych powodów nie zależy mu na rozdmuchiwaniu tej sprawy, bo sporo wydatków rządowych jest indeksowanych inflacją. Podobnie jest z analitykami w funduszach — po co prowokować podwyżki stóp? Przeciętni Amerykanie, kupując produkty, zauważają, że inflacja rośnie, a dla gospodarki najważniejsze jest właśnie to, jak ludzie postrzegają sytuację. W którymś momencie to postrzeganie zbiegnie się z realiami. Trawestując Johna Kennetha Galbraitha, można powiedzieć, że są dwa rodzaje inwestorów: ci, którzy czegoś nie wiedzą, i ci, którzy nie wiedzą, że nie wiedzą. Obawiam się, że inwestorzy, którzy uważają, że wzrosty indeksów, obligacji i surowców mają coś wspólnego z sytuacją gospodarki światowej, nawet nie podejrzewają, że uczestniczą w nadmuchiwaniu spekulacyjnego balona, kolejnego po internetowym.

W nadchodzącym tygodniu inwestorzy dostaną dużo danych makro. Dla rynku walutowego najważniejsze powinny być wtorkowe informacje o styczniowym przepływie kapitałów do USA. Bardzo wzmacniał się wtedy dolar i zwyżkował rynek obligacji. Traciły akcje, ale poprzednie dwa rynki są zdecydowanie większe, więc dane mogą dolara wzmocnić. Na wszystkie rynki wpływ będą miały pozostałe dane pokazujące, jak rozwija się gospodarka USA i jak zachowuje się konsument amerykański. To drugie sprawdzimy w informacjach o sprzedaży detalicznej za luty – skoro sieci handlowe twierdziły, że to był doskonały miesiąc, należy oczekiwać bardzo dobrych danych.

W tym tygodniu każdego dnia może się coś wydarzyć. Warto pamiętać, że dobre dane makro wcale nie muszą tym razem pomagać rynkowi akcji. W obecnej atmosferze oczy wszystkich będą skierowane na rynek obligacji, a dobre informacje powinny podnosić ich rentowność, co z kolei straszyłoby inwestorów na rynku akcji. Teoretycznie wyższa rentowność powinna przyciągnąć kapitał do USA, ale antydolarowe nastroje każą oczekiwać wzmocnienia obaw, że spadające indeksy i taniejące obligacje uruchomią lawinową ucieczkę od tej waluty. W tej sytuacji giełdowe byki powinny modlić się o informacje neutralne, bo sytuacja już dawno nie była dla nich tak ciężka.

Z Polski

Tydzień temu pisałem, że tylko zmiana atmosfery na świecie (np. z powodu szybkiego wzrostu ceny ropy) mogłaby doprowadzić do spadków indeksów. I stało się. Nie tylko notowania surowca mocno wzrosły, ale i rentowność obligacji w USA. Jej dalszy wzrost stanowiłby duże zagrożenie dla rynków rozwijających się, bo kapitał wolałby pewny zarobek w Ameryce niż ryzykowny na emerging markets. Rozpoczęłaby się poważna realizacja zysków, która doprowadziłaby do znacznego osłabienia walut lokalnych. Wzrost rentowności obligacji w USA pociągnął za sobą spadki obligacji w krajach rozwijających się (Afryka Południowa, Brazylia). U nas też ceny spadły. To musiało nieco zaniepokoić rynek walutowy i złoty zaczął tracić, a w ślad za nim akcje. Podobnie wyglądała sytuacja w całej Europie Środkowej.

Na rynki finansowe nie ma wpływu ani odmowa złożenia zeznań przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, ani dymisja wicepremiera Jerzego Hausnera. Trudno, by na nastroje wpłynęły również sondaże poparcia dla partii politycznych. Rynek na razie nie przejmuje się, że zaczyna tracić PO, a zyskiwać Samoobrona. Ja bym się jednak przejmować zaczął. W sondażu dla „Rzeczpospolitej” start PD był bardzo słaby. Jeśli partia dostała z premią za nowość 6 proc., to ile dostanie bez niej? Mógłby spełnić się czarny scenariusz z PO poniżej 20 proc. i PD poniżej 5 proc. Jest jednak jeszcze szansa i dla jednej, i dla drugiej formacji. Widzę, że PO trochę trzeźwieje i wraca z wycieczki na prawo do centrum, a PD może jeszcze ogłosić ciekawy program.

Wróćmy do gospodarki. Według Krzysztofa Rybińskiego, wiceprezesa NBP, badania mówią, że zamówienia eksportowe mocno spadają na skutek silnego złotego. Trochę mnie zdziwiło, że do wyciągnięcia takiego wniosku potrzebne były specjalne badania. Może wystarczyło po prostu porozmawiać z eksporterami? My niemal codziennie rozmawiamy z przedsiębiorcami, którzy rozpaczają, że silny złoty wypycha ich z rynku. To, co mówią o postawie naszego ministra finansów, który swoimi wypowiedziami ciągle pomaga złotemu, nie nadaje się do druku. Może wiceprezes NBP po starej znajomości (wszak obaj pochodzą z dużych banków) porozmawia z ministrem? Dzięki wzrostowi rentowności pojawiła się szansa na osłabienie naszej waluty, ale nie byłoby to miłe dla giełdowych byków. Zagranica wypracowała zbyt duże zyski, by w obawie o osłabienie złotego nie zaczęła ich realizować. Część z funduszy rozpoczęła już to w ubiegłym tygodniu.

W nadchodzącym tygodniu zostaną opublikowane ważne dane makro. Dowiemy się, jaka w lutym była inflacja (zarówno CPI, jak i PPI), a także wynagrodzenia i zatrudnienie. Wszystkie one mogą pozwolić RPP na obniżenie stóp już w końcu marca. Ostatnio zapowiadał to Mirosław Pietrewicz, członek RPP. Tyle, że jego przewidywania były bardzo konserwatywne. Mówił o możliwości obniżki o 50 do 75 pkt baz., a przecież rynek prognozuje najwyraźniej spadek o minimum 125 pkt baz. Gdyby rzeczywiście dynamika inflacji zmniejszała się, to oczekiwanie na obniżkę powinno wywołać spadek rentowności obligacji, czyli wzrost ich cen. Teoretycznie powinno to zwiększyć spekulacyjny popyt na te papiery, ale tym razem nie jest to takie proste. Gdyby taniały obligacje amerykańskie (w obawie przed wzrostem inflacji za oceanem), to siłą rzeczy spadałaby atrakcyjność inwestowania w nasze, bo konkurencja byłaby bardzo silna (papiery USA uważane są za najbezpieczniesze na świecie). Wtedy mogłyby również zacząć odgrywać rolę nasze niepokoje polityczne. Inaczej mówiąc, jesteśmy w okresie przejściowym, w którym oczekiwanie na obniżkę stóp nie musi wzmacniać waluty, a wręcz przeciwnie. Jedno jest pewne: za walutą pójdą akcje.

Zagrożenia dla akcji należy wypatrywać w rynkach obligacji i walutowym. Kontynuacja spadku cen amerykańskich papierów skarbowych z pewnością wywołałaby kolejny spazm na rynkach światowych i osłabienie naszej waluty. Pozytywne jest to, że w końcu marca OFE obliczają stopy zwrotu za ostatnie 36 miesięcy. Robią to co pół roku, a dane te służą do wyznaczenia minimalnej wymaganej stopa zwrotu. OFE będą się więc teraz nawzajem pilnowały i z całą pewnością nie zależy im na przecenie w końcu marca. Ale nie ma szans, by rynek obroniły, jeśli zagranica zechce go opuścić. Za odbiciem przemawia też Wigometr. Co prawda w ubiegłym tygodniu też przeważały niedźwiedzie i indeksy rzeczywiście spadły, ale tym razem pesymistów jest aż 68 proc., a indeks cenowy jest skrajnie wyprzedany. Jest więc duża szansa na odbicie, ale patrzmy na rynki obligacji w USA — jeśli tam powstanie sygnał sprzedaży, to odbicie będzie u nas jedynie szansą na opuszczenie rynku.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Piotr Kuczyński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Obligacje / Amerykański rynek obligacji i dolar w centrum uwagi