Krzysztof A. Białowolski: Na taką zmianę kodeksu pracy Polski nie stać
Przyjęta ostatecznie przez Sejm i podpisana już przez prezydenta nowelizacja kodeksu pracy, skracająca czas pracy do 40 godzin tygodniowo od roku 2002, źle rokuje rozwojowi naszej gospodarki. Polska staje się krajem niechlubnie przodującym w Europie Środkowej pod względem kosztów pracy. Prawo pracy — podobnie zresztą jak podatkowe — należy traktować jako element konkurencyjności kraju, a nie wyłącznie jako kompromis pomiędzy różnymi grupami nacisku, rządem czy związkami zawodowymi.
Skracanie czasu pracy na pewno nie jest instrumentem ożywiania gospodarki. Poza tym kontrowersyjną nowelizację przyjęto przed osiągnięciem przez rząd porozumienia ze związkami zawodowymi na temat zmian w kodeksie pracy, które były proponowane przez organizacje przedsiębiorców i pracodawców — zmniejszenie płacy minimalnej, niepłacenie za pierwsze dwa dni choroby, możliwość wielokrotnego zatrudniania na czas określony, itd. Uelastycznienie przepisów dałoby szansę na stworzenie nowych miejsc pracy. Dokonując jednak ustępstw na rzecz lobby związkowego, rząd pokazał, że zupełnie nie liczy się z opiniami przedsiębiorców, skupionych w różnych organizacjach, ale mających wspólne zdanie w kwestii tego, jak można powstrzymać rosnące bezrobocie (w lutym jego stopa wzrosła do 15,8 proc.)
Martwić też musi fakt, że w tej sprawie obie — na co dzień politycznie skłócone — wielkie centrale związkowe osiągnęły historyczne porozumienie. Źle to rokuje szansom dalszych pozytywnych zmian w prawie pracy. Nie ma nikogo, kto uświadomiłby szerokiej opinii publicznej, że Polska jest krajem biednym, ale emerytury — choć niskie w wartościach bezwzględnych — są jednymi z najwyższych w Europie, jeśli brać pod uwagę relację emerytury do płacy. Nie stać nas również na anachroniczne przepisy pozwalające na to, aby w przedsiębiorstwie 3/4 członków związku zawodowego należało do jego władz i podlegało ochronie! Jeśli właściciele firm i menedżerowie stwierdzają, iż obecne prawo pracy jest złe i wymagają jego radykalnych zmian — to należy uznać to za fakt. Inaczej będziemy mieli najbardziej opiekuńczy kodeks pracy na świecie, tylko zabraknie chętnych do zatrudniania.
Warto odnieść się do przytaczanego przez zwolenników skracania czasu pracy argumentu, iż zmniejszenie czasu pracy spowoduje żywiołowe zatrudnianie nowych pracowników. Intencją ustawodawcy było zachęcanie do tego pracodawców. Jednak wzrost zatrudnienia spowoduje podniesienie kosztów i konieczność zwiększenia nakładów inwestycyjnych na podniesienie wydajności linii produkcyjnych. Podwyższenie cen dla odbiorców jest czystą teorią, albowiem taka propozycja spotkałaby się z zupełnym brakiem zrozumienia u klientów. Inną możliwością jest utrzymanie stopy zysku przez wzrost wydajności bez zwiększania zatrudnienia, ale wiąże się to również ze znacznymi nakładami inwestycyjnymi. I wreszcie — last but not least — w grę wchodzi zaakceptowanie spadku sprzedaży, skompensowanie strat przez obniżenie kosztów, czyli zwolnienie około 8 proc. pracowników, aby utrzymać założoną stopę zysku.
Decyzje podejmowane przez zarządy firm będą w niewielkim stopniu wynikały z intencji ustawodawcy. Menedżerowie są przecież odpowiedzialni przed akcjonariuszami za realizowanie określonej strategii i generowanie zysku. W najlepszym wypadku można oczekiwać utrzymania zatrudnienia na dotychczasowym poziomie, a patrząc realistycznie — można spodziewać się jego spadku.
Szkoda, że dialog rządu ze środowiskiem przedsiębiorców zaczął się tak późno, a jeszcze gorzej, że zanim osiągnięto jakiekolwiek porozumienie dotyczące liberalizacji kodeksu pracy — udało się przeforsować jego nowelizację, nie służącą interesom Polski.
Krzysztof A. Białowolski
jest wiceprezesem Związku Polskiego Przemysłu, Handlu i Finansów Lewiatan