Amlo zabiera się za paradoks meksykański

Marek Wierciszewski
02-08-2018, 22:00

Podręcznikowa ekonomia nie sprawdza się w Meksyku. Czy prezydent elekt zdoła rozplątać dławiący produktywność węzeł gordyjski? Ekonomiści trzymają kciuki

Od 1 lipca, kiedy już w pierwszej turze Andrés Manuel López Obrador, znany jako AMLO, rozstrzygnął na swoją korzyść wybory prezydenckie, peso umocniło się o 6,4 proc. (najwięcej spośród 32 ważniejszych walut monitorowanych przez Bloomberga), odrabiając większość strat z okresu kampanii wyborczej. Inwestorzy wyprzedawali peso, bo faworyzowany w sondażach AMLO, który zbudował polityczną popularność na niezadowoleniu Meksykanów z kondycji gospodarki oraz panującej korupcji i przemocy, uważany był za populistę, a to, co zrobi po wyborach, uchodziło za wielką zagadkę. Teraz znaczna część finansistów uważa, że co złego miało się stać, już się stało, a peso — nawet pomimo powolnego wzrostu gospodarczego — powinno znaleźć wsparcie w stabilności makroekonomicznej.

PRZEWROTNOŚĆ
ZACHĘT:
Zobacz więcej

PRZEWROTNOŚĆ ZACHĘT:

Choć w Meksyku, w którym władzę przejmuje AMLO, godziny pracy są najdłuższe w całym OECD, to system bodźców kieruje pracowników i inne zasoby do najmniej produktywnych przedsiębiorstw. Efekt? Latynoamerykańska gospodarka ma zdecydowanie najniższą produktywność spośród wszystkich członków bloku — o jedną trzecią mniejszą od Polski, a ponadtrzykrotnie — od USA i Niemiec. Fot. Bloomberg

— Meksyk wygląda na jeden z najbardziej atrakcyjnych rynków wschodzących. Niepewność jest już za nami, fundamenty gospodarki są solidne, a inwestujący w peso korzystają na wysokich stopach procentowych — przekonuje w rozmowie z Bloombergiem Ilya Gofshteyn, strateg banku Standard Chartered.

— Pełnym oglądem sytuacji będziemy dysponowali, gdy nowa ekipa przejmie władzę. Przedsiębiorstwa wciąż nie wiedzą, jak będzie wyglądała jej polityka — ocenia w wypowiedzi dla „Financial Timesa” Pablo Riveroll, odpowiedzialny w towarzystwie Schroders za latynoamerykańskie rynki akcji.

W ostatnich tygodniach kampanii Andrés Manuel López Obrador, którego administracja obejmie władzę dopiero 1 grudnia, przyjął bardziej prorynkowy ton. Jednak dla inwestorów kluczowe będzie to, do czego doprowadzi renegocjacja porozumienia Nafta, w jaki sposób sfinansowana zostanie realizacja kosztownych obietnic wyborczych oraz jak będzie przebiegała obiecywana walka z korupcją (Meksyk zajmuje 135. miejsce w rankingu Transparency International, a według Banku Światowego, korupcja pochłania 9 proc. meksykańskiego PKB). W kampanii AMLO zapowiadał, że koszt obietnic — podwyżek rent i emerytur, zamrożenia cen paliw i energii, programów skierowanych do rolników i młodzieży oraz inwestycji w infrastrukturę — da się pokryć dzięki skutecznej walce z korupcją i oszczędnościom w sektorze publicznym. Mimo utrzymującej się niepewności spora część ekonomistów uspokaja, że prezydent elekt okaże się fiskalnym konserwatystą.

— Przeszedł metamorfozę ze skupionego na redystrybucji dochodów lewicowca w kandydata klasy średniej. W kwestii dyscypliny budżetowej jest jastrzębiem — twierdzi René-Philippe Lichtschlag, zarządzający towarzystwa Union Investment.

Rozpalający nadzieje tłumów prezydent elekt już zapowiedział, że nie wprowadzi się do zwolnionego przez ustępującego Enrique Peñę Nieto pałacu prezydenckiego, a także nie będzie potrzebował ochrony, ponieważ „ochronią go ludzie”. Optymizmem nie napawają jednak wcale zapowiedzi dotyczące walki z korupcją. Mimo obietnic zmian na lepsze AMLO nie jest zwolennikiem uniezależnienia prokuratora generalnego od wpływu polityków, a przez to nie cieszy się też sympatią pozarządowych organizacji antykorupcyjnych. Tymczasem w kwestii renegocjacji Nafty od prezydenta elekta będzie zależało stosunkowo niewiele, a zdaniem części specjalistów, do podpisania porozumienia między USA, Meksykiem i Kanadą będzie mogło dojść jeszcze przed zapowiadanymi na listopad wyborami połówkowymi do amerykańskiego kongresu.

Samo postępowanie zgodnie z zasadami z podręcznika makroekonomii może wystarczyć do unikania poważniejszych kryzysów, jednak nie do tego, by meksykańska gospodarka ruszyła z kopyta. Na to przynajmniej wskazują ostatnie dwie dekady, w czasie których inflacja kształtowała się w okolicach 4 proc., deficyty — budżetowy i na rachunku bieżącym — wynosiły średnio 1,5 proc., gospodarka otworzyła się na świat, niezależność banku centralnego była niezagrożona, a wydatki na edukację rosły. W latach 1995-2015 wzrost gospodarczy sięgał średnio mizernych 1,2 proc. i był najsłabszy w regionie, jeśli tylko nie liczyć Wenezueli.

— To prawdziwy paradoks. Meksyk prowadził politykę podręcznikowo, jednak wyniki były bardzo rozczarowujące.Przyczyna leży w mikroekonomii — zauważa w „Financial Times” Santiago Levy, były minister finansów i szef zakładu ubezpieczeń społecznych oraz autor wydanej w tym roku książki „Słabo wynagrodzone wysiłki: ulotne poszukiwania meksykańskiego dobrobytu”.

Jego zdaniem, wadliwe uregulowania z zakresu podatków i polityki społecznej prowadziły do systematycznie niewłaściwej alokacji aktywów. Dominujące w Meksyku mikrofirmy, które nie zatrudniają pracowników na oficjalnych umowach, są zwolnione z odprowadzania składek na ubezpieczenie społeczne — świadczenia socjalne dla pracowników finansowane są wtedy z budżetu państwa. Płacą tylko 2-procentowy podatek obrotowy. Na ich tle nieproporcjonalnie mocno obciążana daninami publicznymi jest działalność większych przedsiębiorstw.

W rezultacie udział małych firm w całej gospodarce od lat rośnie kosztem zwykle znacznie bardziej wydajnych i często produkujących na eksport dużych i średnich przedsiębiorstw. Spośród działających w 2008 r. wysoko wydajnych firm, kolejnych pięciu lat nie przetrwało aż 43 proc., oblicza Santiago Levy. Efekt? Rozwój nie opłaca się ani małym firmom (ze względu na groźbę utraty preferencji), ani dużym. Przez dwie dekady wydajność zatrudnionych praktycznie się nie zmieniła. Podobne niezdrowe bodźce zniechęcają do edukacji — sposobem na wyższe dochody nie jest w Meksyku zdobycie dyplomu uczelni, ale wyjazd do niewymagającej żadnych kwalifikacji pracy w USA.

— System, który na początku swojego istnienia miał pozwolić rzeszom Meksykanów wejść na rynek pracy, sprawił, że połowa siły roboczej pracuje w sektorze „nieoficjalnym”. Normalnie niewidzialna ręka rynku powinna pozwalać produktywnym firmom kwitnąć, a nieproduktywne usuwać z rynku, jednak w Meksyku dzieje się odwrotnie — przypomina Santiago Levy. © Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marek Wierciszewski

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Gospodarka / Amlo zabiera się za paradoks meksykański