Mleko się rozlało, winnych nie ma — tak najkrócej można scharakteryzować krajobraz po porażce naszych władz w staraniach o budowę fabryki samochodowego koncernu PSA w Polsce. Dodajmy — kolejnej porażce. Nie pierwszy to bowiem przypadek, gdy polski podatnik wydaje masę pieniędzy na działanie zespołów, których praca kończy się fiaskiem. Choć nie o pieniądze tu chodzi, lecz o skuteczność i premedytację.
Ewa Freyberg, była wiceminister gospodarki i pracy, twierdzi dziś na naszych łamach, że to nie jej wina, że nie udało się jej przekonać Francuzów do inwestycji w Polsce. Jeszcze rok temu znalezienie potwierdzenia takiej tezy nie byłoby łatwe. Dziś jest — Polska kupiła samoloty wielozadaniowe od Amerykanów, odrzucając ofertę szwedzko-brytyjską oraz francuską. Dzięki temu każdy urzędnik może dziś powiedzieć, że starał się jak mógł, ale przez ten samolot nic nie wyszło.
Tymczasem każdy, kto choć w niewielkim stopniu otarł się o duży biznes, wie, że to nieprawda. Że fabryki buduje się tam, gdzie są ku temu najlepsze warunki. Gdzie koszt inwestycji jest najmniejszy, infrastruktura najlepsza, a zysk największy i najszybszy. W międzynarodowym biznesie nie ma miejsca na sentymenty. Tu rządzą pieniądze. Bardzo duże.
Kłam słowom byłej pani wiceminister zadają też codziennie setki, tysiące polskich firm, które prowadzą interesy z Francją, Szwecją czy Wielką Brytanią. Jednak one wiedzą, że będą je prowadzić dopóty, dopóki będą konkurencyjne. I żaden samolot wielozadaniowy nic tu nie zmieni. Przedsiębiorca tym jednak różni się od urzędnika, że mu zależy — pracuje bowiem na własne konto lub na konto swojego właściciela, co w sumie oznacza też jego prywatną kieszeń. Urzędnik tej premedytacji nie ma. Zwłaszcza gdy — jak twierdzi Ewa Freyberg — dowiaduje się o swojej dymisji tuż przed zakończeniem negocjacji.
Jednak z drugiej strony, lepiej by było, gdyby była pani wiceminister utrzymała nas w przekonaniu, że została odwołana po porażce w walce o inwestycję PSA. Mielibyśmy przynajmniej wrażenie, że w największych sprawach urzędnik, który okaże się nieskuteczny, odchodzi. A tak okazuje się, że na urzędnika nie ma ani kija, ani marchewki. Więc po co się stresować?