Asfalt spod kół

Marcin Bołtryk
opublikowano: 2006-09-29 00:00

Co łączy biznesmena rajdowca, przedsiębiorcę kolekcjonera i właściciela firmy polityka? Miłość do jazdy.

Bywają: podróże na koniec świata, wycieczki nad Jezioro Bodeńskie i przemieszczanie się w luksusie. Motoryzacyjna pasja pochłania setki tysięcy złotych.

Gdyby człowiek był na wskroś praktyczny — świat wyglądałby ponuro. Nie mielibyśmy Sagrada Familii i opery w Sydney. Na widok wieży Eiffla ludzie pukaliby się w głowę. Restauracje zastąpiłoby jedzenie w tubkach, mieszkania przypominałyby kontenery, a ubrania — mundury. No i nie istniałby show-biznes, a po ulicach poruszałyby się same pudełka na kołach. Gdybyśmy byli praktyczni. Na szczęście nie jesteśmy.

Łyk słonej wody

Wielkie hobby zaczyna się niezauważalnie. Nie ma konkretnego dnia czy konkretnego powodu — ot, jakieś młodzieńcze fascynacje, niespełnione marzenia.

Tak było z kolekcją mercedesów Krzysztofa Trześniewskiego, byłego prezesa logistycznego koncernu Frans Maas, obecnie szefa Promexim-Invest.

— Co prawda samochodem, który mnie najbardziej urzekł, był Jaguar E-type, ale Mercedes-Benz robił samochody nie tylko piękne, lecz także trwałe. I to jest motyw przewodni dla mnie: moje samochody mają jeździć na co dzień. I być wyjątkowe. Nie zbieram muzealiów. Chcę się cieszyć jazdą — opowiada Krzysztof Trześniewski.

W ten sposób ten stateczny biznesmen stał się właścicielem i kierowcą klasycznego Mercedesa S-klasy z lat 80. (model 126 w topowej wersji 560 SEL). Ostatnio wymienił ów egzemplarz na inny. W tym celu wybrał się… nad Jezioro Bodeńskie.

Kilka lat temu przyjaciel z Częstochowy wypatrzył dla Trześniewskiego auto. W niemieckim garażu stał — i czekał — model 450 SEL w stanie idealnym, z rzadko spotykaną dźwignią zmiany biegów przy kierownicy. Decyzja? Szybka. Już kilka tygodni później kolejny Mercedes do kolekcji był w Polsce.

— Piękny! 77. rocznik... Wymagał pracy i dużych nakładów. Ale opłacało się. Teraz jazda nim to czysta frajda. Tylko 3-biegowy automat z 4,5-litrowym motorem daje prawdziwe poczucie mocy! — uśmiecha się Krzysztof Trześniewski.

Z prawdziwą pasją jest jak z piciem słonej wody. Każdy łyk wymusza kilka kolejnych. Krzysztof dobrze wiedział, że 4,5 litra to nie był największy silnik Mercedesa — w tym czasie. Specjalnie z myślą o Ameryce powiększono pojemność do 6,9 litra: powstał słynny silnik M-100. Moc — ponad 280 koni.

— Cóż było robić... Zacząłem poszukiwania właściwego egzemplarza auta z tym właśnie motorem o symbolu 450 SEL 6,9. Ale w Europie nikt nie chce go oddać łatwo. W końcu trafiłem — i to jak! 450 SEL 6,9 tuningowany przez AMG! Moc? Bagatela: 360 koni... Ćwierć wieku temu! Jeden z kilkunastu egzemplarzy na świecie! — cieszy się Krzysztof Trześniewski.

Samochód jest już w Polsce. To była długa droga. Nawet minister transportu się zaangażował, by pozwolić na rejestrację auta. Firma AMG budowała silniki od podstaw i nie miał on numeru fabrycznego.

— Udało się. Jestem przekonany, że to jedyny egzemplarz w Polsce. Teraz remontują go mechanicy. Zaufani mechanicy. Chociaż wiem, że proces usprawnienia tego samochodu będzie nie tylko długi, ale też kosztowny — wcale mi to nie przeszkadza. Następnego lata będzie jeździł po Warszawie i wzbudzał sensację — mówi Trześniewski.

Niejako równolegle w garażu prezesa Trześniewskiego rosła inna kolekcja — choć jej podwaliny również stanowiły mercedesy.

— Zacząłem „zbierać” najwyższą, dwudrzwiową, sportową odmianę Mercedesa. Moim zdaniem, najlepsze połączenie elegancji, lekkości i walorów trakcyjnych: model 107. Taki właśnie „damski” samochód, 280 SLC, z najmniejszym silnikiem o mocy 180 KM jest naszym „drugim samochodem w rodzinie”. I jeździ na co dzień po Warszawie. Jego linia urzeka nie tylko mnie, co potwierdzają spojrzenia innych kierowców i przechodniów. I tak naprawdę właśnie to auto jest naszą perełką i każdego ranka negocjujemy w domu, kto nim będzie dziś jechał... — dodaje Krzysztof Trześniewski.

Czy upolowanie wymarzonego samochodu to koniec? Skądże… Początek. Podniesiona poprzeczka.

Pan Krzysztof rozgląda się teraz za odpowiednim dla siebie egzemplarzem jeszcze wcześniejszej S-klasy Mercedesa. Ale tu z wyborem — trudniej. Albo trafia się na zupełnie zdewastowane egzemplarze, albo na te z małym silnikiem, albo na zaporowe ceny.

Szuka dalej.

Rajdowa gąbka

Jest dla Kielc tym, kim Jan Kulczyk dla Poznania, a Ryszard Krauze — dla Trójmiasta. Tam stworzył w końcu lat 80. firmę budowlaną Mitex (sprzedał ją francuskiemu Eiffage), tam mieszczą się siedziby producenta ceramiki sanitarnej Cersanit i dewelopera Echo Investment, w których ma duże pakiety akcji.

Michał Sołowow, bo o nim mowa, jest też właścicielem jednego z dzienników. Ale jego prawdziwą pasją nie są media, lecz rajdy samochodowe. Kilka lat temu zapragnął się ścigać z najlepszymi, więc najlepszych wynajął, by nauczyli go tego fachu. Osiąga coraz lepsze rezultaty, jego firmy nie odczuwają zaś coraz dłuższych nieobecności właściciela. Michał Sołowow nie jest kapryśnym miliarderem, który nagle zapragnął wsiąść do rajdówki. Jest kierowcą praktycznie od zawsze. Jako siedemnastolatek startował w KJS (Kryteria Jazdy Samochodowej — rajdy dla początkujących), gdzie nieźle mu szło. Niestety, brak pieniędzy na zakup profesjonalnie przygotowanego auta skutecznie uniemożliwiał starty w tamtym czasie. Nie miał pieniędzy… ale miał plan. Pasja przeszła w stan hibernacji.

Podczas studiów na Politechnice Świętokrzyskiej zgromadził 10 tys. dolarów, pracując w warsztacie w Niemczech i handlując autami na giełdach w Polsce. Potem zapracował na reputację jednego z najskuteczniejszych inwestorów: spółki, które kupował, restrukturyzował i wprowadzał na giełdę. Pomnażał fortunę. Z Barlinka w sześć lat zrobił spółkę giełdową, wartą pod koniec 2005 r. prawie 800 mln zł.

Finansowe sukcesy przebudziły uśpione, młodzieńcze fascynacje. W 2000 r. zakupił Mitsubishi Lancera Evo VI, którym wystartował jako „turysta” w Rajdzie Żubrów, a potem jako „zerówka” (czyli wsiadł w samochód, który jedzie przed zawodnikami na trasie) w Rajdzie Barbórki.

— Poważne ściganie rozpocząłem w sezonie 2001 — od startów w pucharze Polskiego Związku Motorowego, a później w eliminacjach do rajdowych mistrzostw Polski — wspomina Michał Sołowow.

W 2003 r. założył Cersanit Rally Team: to obecnie jeden z najbardziej profesjonalnych zespołów w Polsce. Jeżdżąc m.in. na Mitsubishi Lancer Evo, Subaru Imprezie WRX STI i Renault Clio S1600, szybko awansował do czołówki polskich kierowców rajdowych. W zeszłym sezonie drugi raz z rzędu zdobył tytuł drugiego wicemistrza Polski. Miliarder zaangażował się również w organizację serwisu oraz rozwoju technicznego samochodów, którymi ściga się w zawodach.

Efekt odzwierciedliły kolejne sukcesy: w 2004 r. wygrany Rajd Warszawski, w 2005 r. — zwycięstwo w Rajdzie Rzeszowskim, a także tytuł II wicemistrza Polski w latach 2004 i 2005. W sezonie 2004 zajął IV miejsce w Mistrzostwach Europy. W zakończonym w połowie września tego roku ELPA Rally w Grecji Michał Sołowow i Maciej Baran w Renault Clio S 1600 uplasowali się na V miejscu — to bardzo dobry wynik.

Na dobrą sprawę Michał Sołowow wsiąkł w świat rajdów niemal już całkowicie. Pochłaniają go przygotowania, starty — w Polsce i Europie. Realizacja sportowych ambicji wymaga coraz więcej czasu, stąd zapewne pomysł powołania prywatnego funduszu inwestycyjnego Columbus, który zarządza jego majątkiem. Aktywa funduszu to — w zależności od źródła — od 400 mln zł do 2 mld zł.

Ile Michał Sołowow wydaje na swą pasję? Nie wiadomo. Ale wiadomo, że sezon startów w rajdowych mistrzostwach Polski autem Mitsubishi Evo IX to wydatek rzędu 500-800 tys. zł. Starty za granicą w aucie klasy S1600 są droższe.

Człowiek z Maybachem

Rozdaje autografy — choć nie jest gwiazdą filmową, pobiera poselską pensję, choć w Sejmie nie powiedział ani słowa, jeździ Maybachem — jednym z czterech w naszym kraju.

Piotr Misztal, łódzki biznesmen i do niedawna poseł Samoobrony, twierdzi, że żyje się po to, by żyć w jak największym luksusie. Jego dom i samochody warte są 6 mln zł. Na ubrania jednorazowo potrafi wydać 20 tys. dolarów.

Głośno się o nim zrobiło, gdy na zaprzysiężenie Sejmu przyjechał Hummerem H2. W garażu ma jeszcze komfortowe BMW 730 i sportowego Nissana Z350. Dla narzeczonej sprowadził SL 500, wartego 100 tys. dolarów, a następnym motoryzacyjnym zakupem ma być limuzyna na 20 osób… z kominkiem w środku.

Miłości do luksusowych aut Misztal nie kryje, a rozprawianie o samochodach za kilkaset tysięcy dolarów sprawia mu ogromną przyjemność. Kilka miesięcy temu Polskę obiegła informacja: poseł Misztal z Samoobrony właśnie sprowadził z USA maybacha! Wydał na niego blisko 1 mln zł.

„Zastanawiałem się, czy kupić Maybacha, Rolls-royce’a czy Bentleya. Pojechaliśmy więc do dealera i kazaliśmy sobie pokazać wszystkie trzy auta. Bentley był o połowę tańszy i nie tak komfortowy, zaś rolls-royce zbyt archaiczny. Zdecydowałem się na maybacha i nie żałuję” — opowiadał potem w wywiadzie dla jednego z portali internetowych.

Jak zarobił na to wszystko? Pracę zaczął w wieku 16 lat. Pierwsze pieniądze przyniosły mu skórzane krawaty, sprzedawane w domach handlowych, komisach itp.

„Jak na tamte, komunistyczne czasy zarabiałem dużo pieniędzy i mogłem sobie pozwolić na wszystko. Miałem samochód, dom jednorodzinny i dobrze mi się żyło. Jednak prawdziwych pieniędzy dorobiłem się w Stanach” — opowiadał w wywiadzie prasowym.

Dziś posiada 99 proc. udziałów w spółce Inter Cement. Firma działa w branży produkcji materiałów budowlanych. Jego filozofia zakupowa jest stosunkowo prosta. Zwykł mawiać: lubię dobre auta. Jeśli mnie stać, kupuję to, co mi się spodoba.

I już.

Na pewno są hobby tańsze niż motoryzacja. Są i droższe. Ale chyba żadne inne nie skupia tak różnych osobowości jak automobilizm właśnie. Bo tu przeróżne są motywacje: „po co się do tego brać”.