W 2014 r. w Europie zarejestrowano ponad 71,3 tys. samochodów z napędem elektrycznym. To o ponad 70 proc. więcej niż rok wcześniej. Najwięcej takich aut sprzedaje się w Norwegii (18 090 rejestracji w 2014 r.), Francji (10 561) i Niemczech (8522). W Polsce znaleźli się chętni na zaledwie 85 elektrycznych aut. Tyle samo sprzedał jeden norweski diler. Powodem tak małej liczby sprzedanych aut elektrycznych w Polsce nie jest brak punktów doładowań, lecz wysoka cena i brak zachęt sprawiających, że taki zakup będzie się opłacał.
Ma być taniej
Dbałość klientów o ekologię? Można między bajki włożyć. To nie jest powód wyboru auta z napędem elektrycznym. A co jest? Rozsądek i ekonomiczne podejście do floty. Samochód elektryczny to rozwiązanie do miast. Auta z zasięgiem 100- 150 km sprawdzają w miejskiej dżungli, a ich „dysfunkcja” w postaci ograniczonego zasięgu i wydłużonego „tankowania” jest w zasadzie niezauważalna (jeśli istnieje dobra infrastruktura punktów doładowań). W 1950 r. na świecie były dwie metropolie, które miały ponad 10 mln mieszkańców. Dziś są 23. Mnóstwo ludzi na świecie tłoczy się w miastach, więc rozrasta się naturalne środowisko dla samochodów elektrycznych. Innym argumentem „za” są rosnące ceny ropy. W 1998 r. baryłka kosztowała około 15 dolarów, dzisiaj — około 66. Przejechanie 100 km autem elektrycznym kosztuje więc tyle, ile przejechanie 8-12 km autem spalinowym. Dlaczego zatem nie ma spektakularnej ekspansji „elektryków”? Bo auta spalinowe wciąż są tańsze — i jeśli chodzi o cenę zakupu, i koszty użytkowania. Bo choć samochody elektryczne nie wymagają serwisu (lub wymagają tańszego), koszty prądu są niższe niż paliwa, a „elektryki są mniej awaryjne, rachunek ekonomiczny zabija cena auta, wynikająca z kosztów produkcji i późniejszej utylizacji akumulatorów. Szacuje się, że koszt tego elementu zależnie od modelu może stanowić nawet połowę ceny samochodu. Jeśli dodać do tego ograniczony zasięg, to już wyraźnie widać, że auto elektryczne raczej nie może być jedynym dla rodziny.
Polska rzeczywistość
Według danych Navigant Research, do 2023 r. samochody elektryczne mają stanowić 2,4 proc. światowej sprzedaży pojazdów nowej generacji. A zatem ich sprzedaż musi rosnąć szybciej. Również w Polsce — Rozwój branży e-mobility jest korzystny dla użytkowników prywatnych i przedsiębiorstw. Z elektrycznych aut korzystają już m.in. siły powietrzne USA. Wprowadzanie takich pojazdów, wspierane przez monitoring GPS samochodów i eco-driving, pozytywnie wpływa na środowisko, ale przede wszystkim pomaga w optymalizacji kosztów działania firm — uważa Kamil Jakacki, dyrektor ds. sprzedaży w Cartrack Polska. Tylko że dostępne w Polsce auta elektryczne kosztują zależnie od marki i modelu od około 80 do 220 tys. zł. Wysoką cenę tłumaczy się przede wszystkim nowoczesną i bardzo drogą technologią. Odpowiedź Polaków widać w salonach. Na 300 tys. sprzedawanych u nas rocznie nowych aut tylko 85 napędza prąd. Kowalskiego po prostu na taki pojazd nie stać. Firm też nie. Średnia cena nowego samochodu kupionego przez firmę w 2014 r. to około 70 tys. zł. Statystyczny Kowalski wydał na ten cel niespełna 40 tys. Poza tym na każde nowe auto sprzedane nad Wisłą przypada kilka używanych, które kosztują średnio niewiele ponad 20 tys. zł. Jak się ma do tego auto elektryczne za około 100 tys. zł, które można eksploatować wyłącznie w mieście? Dokładnie tak jak 300 tys. do 85.
Norweski syndrom
A dlaczego Norwegowie kupili aż 18 tys. samochodów elektrycznych? Większa świadomość ekologiczna? Być może. Zamożność? Oczywiście. Ale przede wszystkim chodzi o to, że cena aut elektrycznych nie powala ich na kolana. Z jednej strony — o wiele lepiej od Polaków zarabiają, a z drugiej — jeszcze do tego z pomocą przychodzi im państwo. Norweg, który kupi samochód na prąd, może liczyć na zwrot podatku VAT, nie musi płacić podatku drogowego, za darmo jeździ płatnymi odcinkami dróg, mostami i tunelami, może się poruszać buspasami, nie płaci za parkingi i często także za doładowania. W efekcie całkowite koszty posiadania „elektryka” niemal się zrównują z kosztami posiadania samochodu z tradycyjnym napędem. Także rząd Niemiec zachęca ułatwieniami do przesiadania się do aut elektrycznych. Tamtejsze firmy mogą odpisać 90 proc. ceny auta elektrycznego używanego do celów służbowych. Właściciele takich pojazdów są zwolnieni z podatku drogowego przez 10 lat, mogą korzystać z buspasów i za darmo parkować. Rezultat? Ponad 8,5 tys. aut na prąd sprzedanych w 2014 r. Jak widać, świadomość ekologiczna to jedno. Rachunek ekonomiczny — drugie. Dopóki ceny i koszty eksploatacji elektrycznych aut nie przestaną elektryzować, dopóty nie będzie ich na polskich drogach.
85 Tyle samochodów elektrycznych sprzedano w Polsce w 2014 r. Najpopularniejszy był BMW i3. Znalazł 44 nabywców.


