Autoportret z Bugiem w tle

Władysław Grochowski to postać nietuzinkowa. Artysta, wójt, inwestor. A zarazem skromny Podlasiak, który śmiało poczyna sobie na rynku hotelowym. Rusza z projektami wartymi kilkaset milionów złotych, także w zapomnianych ostępach Polski B. Cel jest jasny: rewitalizując piękno zabytków, zbudować zarazem biało-czerwonego lidera.

Mistrz Wajda kończy plan zdjęciowy, statyści grający Żydów w „Ziemi obiecanej” zdają charakteryzatorce peruki, stroje, przyklejane brody. Władysław Grochowski, wówczas student łódzkiej filmówki, trzyma się z boku, ale podchodzi do niego kobieta, energicznie ciągnie za imponujące wąsy. Raz, drugi, trzeci. Nie puszczają.

WŁADYSŁAW GROCHOWSKI:
Zobacz więcej

WŁADYSŁAW GROCHOWSKI:

PODLASIAK Z KRWI I KOŚCI Marek Wiśniewski

— Nawet nie pisnąłem, choć nieźle bolało — żartuje Władysław Grochowski, właściciel i prezes Arche. Ot, cały on — skromny, pozytywnie nastawiony obserwator rzeczywistości. Spółki zapewne wielu nie kojarzy, za to wąsy Władysława Grochowskiego zapamiętuje się od razu: to marka sama w sobie. Teraz jednak podlaski przedsiębiorca pracuje nad marką biznesu. Mobilizuje siły, kapitał i wyobraźnię na projekt, którym chce przeorać rynek hotelowy w Polsce i wypromować Arche od Odry po Bug. Z naciskiem na Bug.

— Jeśli plan się powiedzie, to za kilka lat staniemy się największą polską siecią hoteli — zapowiada przedsiębiorca i wylicza kilkanaście inwestycji przygotowywanych przez jego firmę.

Degenerat międzymiastowy

A może — zanim przejdziemy do wyliczanki dewelopersko-hotelowej — pokazać, że to nie wszystek Grochowski? Gdy spotykamy się w jego reprezentacyjnym hotelu Tabaco w Łodzi, powstałym w dawnej fabryce papierosów, przedsiębiorca ma niespodziankę. Wygrzebał skądś jedną ze swoich prac z czasów filmówki.

To cykl dziewięciu czarno-białych autoportretów, na których półnagi autor stopniowo przerzedza swoją bujną brodę na rzecz wąsów. Do fotografii dołączony jest maszynopis zatytułowany „Jestem”, gdzie pada sto różnych określeń, głównie inwektyw, jakie na swój temat zasłyszał Władysław Grochowski. Są słowa mocne, z tych łagodniejszych „szuja” i „degenerat” przekładane są „artystą” i „marzycielem”.

— Czekałem na poczcie trzy godziny na połączenie międzymiastowe z dziewczyną. Miałem sporo czasu, żeby wpaść na tę koncepcję— mówi Władysław Grochowski i dodaje, że tak naprawdę wziął fotosy poglądowo dla jednego ze swoich menedżerów, mającego ambicjonalne, wewnętrzne zgrzyty. To wracamy do wyliczanki.

Niedziele i daniele

200 mln zł — tyle przedsiębiorca zamierza zainwestować w jedno tylko przedsięwzięcie: kompleks hotelowo-konferencyjny Cukrownia Żnin nieopodal Bydgoszczy. Teraz w budownictwie mieszkaniowym i hotelowym na rzecz Arche pracuje ponad 400 mln zł kapitału, w swojej 25-letniej historii spółka wybudowała pięć tysięcy mieszkań i domów, głównie w Warszawie, plus siedem hoteli.

W tym roku przychody podlaskiej firmy dewelopersko-hotelowej przekroczą 300 mln zł, w przyszłym 360 mln zł. Wąsy prezesa pozostaną zapewne w swojej ponad dziesięciocentymetrowej długości, za to ukochane stado danieli przebije liczbę 600. Władysław Grochowski, Podlasiak z krwi i kości, w kolejnych latach raczej nie trafi na listę „Forbesa” ani na listę gości na przyjęciu u któregoś z mazowieckich multimilionerów. Bo nie ma takiej potrzeby. Mentalnie jego kraina to ściana wschodnia, gdzieś między granicą z Białorusią a Siedlcami.

Tam, gdzie dla większości rzutkich przedsiębiorców jest biała plama. Polska B, w której ponoć nie warto mieszkać, inwestować, podróżować. Tu nie ma autostrad, starych, murowanych gospodarstw ani wygaszonych szyldów delikatesów Almy. Tu swoje odrębne miejsce ma Władysław Grochowski — najlepiej widać to na zdjęciach satelitarnych: 30 hektarów ziemi pośród pól i lasów. — Tak mnie los rzucił, miałem szczęście.

Mieszkam sobie kilometr od sąsiada, czekam tylko na sobotę, żeby popracować fizycznie przy danielach, których jakoś nie mogę dać na ubój, za bardzo się z nimi zżyłem. Czuję głęboką wieś, rozumiem ją, potrafię rozmawiać z premierem i z najprostszym człowiekiem. W niedzielę w kapliczce na wsi spotykam okolicznych mieszkańców i czuję, że mentalnie i fizycznie jestem stamtąd — mówi szef Arche.

W swym 65-letnim życiu grał już m.in. role syna chłopa, niedoszłego filmowca, poszukującego artysty, kochanego przez społeczność wójta, no i wreszcie biznesmena, udowadniającego, że Podlasie ma także ekonomiczny, a nie tylko krajobrazowy sens.

Komputer na naftę

Najwcześniejsze wspomnienia? Pobudki po północy, pakowanie wozów i wyprawa z ojcem na targ do Siedlec. Droga zabierała kilka godzin, spało się na ziemniakach pod gwiaździstym niebem. Za każdą taką wycieczkę furmanką młody pomocnik dostawał od taty parę groszy. Ciułał, dokładał, czasem i bezzwrotnie pożyczał ojcu. W inne dni, po szkole, rzucał się wir książek. Nauka? W podstawówce rozwiązywał matematyczne łamigłówki dla licealistów. Komputer w głowie ma wyjątkowy.

— Jak tylko nauczyłem się czytać, pochłonęła mnie ciekawość świata literatury. Zresztą czytałem wszystko, co mi wpadło w rękę. Pomimo próśb mamy czytałem po nocach, przy lampie naftowej. Zwykle kończyłem około trzeciej w nocy, a o siódmej pobudka do szkoły. Doszło do tego, że w piątej klasie podstawówki dowożono mi książki z biblioteki gminnej, szkolne przeczytałem wszystkie. To czytanie do dziś mi zostało. Zaczynam od ostatniej strony, jak mnie wciągnie, idę na pierwszą — śmieje się przedsiębiorca. Przyznaje, że z zapałem studiuje sylwetki bohaterów kolejnych „PB Weekendów”.

— Uczę się od nich, imponują mi — twierdzi. Ale sam jest skromnym pracownikiem winnicy Pańskiej. Ot, tyle? Niekoniecznie.

Pomysł na akt

Intelekt, niespokojna dusza i wrodzona obrotność eksplodowały, gdy pchany artystyczną pasją nastoletni Władek Grochowski zadebiutował w liceum plastycznym w Lublinie. Początek mieszkania w internacie to zarazem najlepsza inwestycja w życiu: zakup aparatu marki Smiena i zapisanie się na kółko fotograficzne.

— Zacząłem dobrze zarabiać, fotografując znajomych. Wszedłem w to na całego, jak zwykle, kiedy za coś się biorę. Fotografowałem głównie dziewczyny — portrety, akty. Eksperymentowałem z kadrami, powiększeniami, efektami. Zacząłem wysyłać prace na konkursy, dostawałem nagrody. Biznes łączyłem ze sztuką. Zdarzyło się w tym zapale, że nie spałem przez ponad 80 godzin. W wolnych chwilach wymyślaliśmy z kolegą z internatu młodzieńcze hece, po których zaraz wzywano na dywanik rodziców. No to ja im prędko słałem telegram, że jednak nie trzeba przyjeżdżać. Było wesoło — wspomina przedsiębiorca. Magia Smieny zaprowadziła go w progi lubelskiej spółdzielni fotograficznej „Zorza”.

Nagle światło zysków nie zachodziło nad — do niedawna biedującą — organizacją.

— W „Zorzy” miałem pomysł. Postawiłem na marketing, zmianę witryn, plakaty. Byliśmy wszędzie, podwoiliśmy obroty z 20 punktów. Wtedy też studia przestały mnie interesować. Poszedłem na indywidualny tryb, ale do pracy dyplomowej nie przystąpiłem. Zrobiłem sporo filmów, jednak w pewnym momencie straciłem do tego serce — przyznaje niedoszły operator.

Ułomne geny

To była końcówka lat 80. Władysław Grochowski zdecydował, że dzięki zarobionym pieniądzom zerwie z miastem, hulaszczym życiem i aktami. Spotkał już przyszłą żonę, odmówił jeszcze zaproszeniu Adama Holendra, wybitnego operatora zamieszkałego w Stanach, temu od m.in. „Nocnego kowboja” Johna Schlesingera („przestraszyłem się chyba, podróże dalekie nie są dla mnie”), poszedł na komisję wojskową („potraktowali mnie jak wariata i zwolnili, choć nie udawałem.

Mam jakąś genetyczną ułomność i nie zauważam agresji, zawsze wybaczam”) i koniec końców kupił na kredyt 10 hektarów ziemi na Podlasiu, nieopodal Trzebieszowa. W międzyczasie miał inne pomysły, np. wyjazd w Bieszczady w roli węglarza mieszkającego w retorcie („gdybym nie dostał się na studia”), szefowanie grupie parateatralnej rozwijającej się w starym dworze nieopodal Garwolina czy działalność w podupadłym majątku w podlaskim Krzesku.

— Produkcja owoców i warzyw dawała dobre zyski, w sezonie pracowało u mnie po kilkadziesiąt osób. Starałem się dbać o miejscową społeczność i chyba moi sąsiedzi to zauważali, bo w 1990 r. zostałem wójtem niemal wbrew swojej woli — żartuje prezes Arche.

Stempel na krechę

Z wójtowaniem było tak: w ostatniej chwili podpisy pod kandydaturą Władysława Grochowskiego zbierał miejscowy proboszcz. Kontrkandydat się wycofał, a radni wybrali ówczesnego 38-latka. Efekt? Po kilku kwartałach do podlaskiej gminy waliły tabuny dziennikarzy. Nieoczekiwanie zapomniana gmina na lata stała się szóstą, siódmą w Polsce pod względem wartości inwestycji na mieszkańca. 70 proc. budżetu szło na ten cel.

— Nagle się okazało, że w nowej rzeczywistości można dokonywać nie lada zmian, stare prawo nie działało, nowego jeszcze nie wprowadzono. Mogłem robić po swojemu, chodzić na skróty. Odchudziłem urząd o połowę, każdemu dałem pieczątkę „z upoważnienia wójta” i pilnowałem, by każda sprawa została załatwiona do godziny 16 danego dnia. Kiedy gminna kasa była pusta, a szkoły trzeba było budować, to jechałem do producentów materiałów budowlanych, brałem towar na krechę, budowaliśmy szkołę i potem załatwiałem refundację w ministerstwie oświaty. Pomagała sieć znajomości, w końcu w moim fajnym domku na wsi gościłem wojewodów, ambasadorów, posłów — tłumaczy Władysław Grochowski.

Milion w pamięci

Jednej zasady od czasów samorządowych trzyma się do dziś — nie wchodzi w nieczyste układy. Gdy radni przychodzili z opowieściami, że żona, ciotka, szwagier bez pracy, udawał głuchego. No to pod koniec pierwszej kadencji radni odwołali niepokornego wójta. Znów zrobił się medialny raban, sołtysi zebrali kilka tysięcy podpisów w jego obronie. Kolejne wybory Władysław Grochowski wygrał w cuglach, choć znów się opierał. Już wówczas miał dobrze prosperujący biznes, więc gdy w połowie drugiej kadencji zmieniło się prawo i musiał wybrać biznes lub samorząd, bez wahania wybrał to pierwsze.

— Zaczęło się od tego, że zwietrzyłem okazję inwestycyjną w Warszawie przy ul. Królowej Marysieńki. Tam były cztery wąskie działki, dogadałem się z właścicielami i obiecałem im, że w rozliczeniu wybuduję im kilka domów, resztę sprzedam. To był 1991 r., stare firmy budowlane padały jak muchy, a ja nie miałem kapitału, za to miałem pomysł. Przecież ludzie musieli w czymś mieszkać, prawda? — przekornie pyta przedsiębiorca.

Początki deweloperki to kapitał zakładowy na poziomie dzisiejszych 100 tys. zł i to wyłożony głównie przez… gminę Trzebieszów. Gmina pod wodzą Władysława Grochowskiego objęła 40 proc. akcji, resztę podzielili między siebie rolnicy, wójt miał 2 proc. w interesie. Gdy osiedle, wbrew obawom, powstało, Władysław

Grochowski przy wsparciu pożyczką od siostry (która wraz z mężem do dziś prowadzi firmę deweloperską Strus) wykupił wspólników, dając im kilkunastokrotne przebicie. Wkrótce Arche nieomal… upadło, bo cofnięto pozwolenie na budowę osiedla, a w spółce rozpoczęły się wieloletnie kontrole skarbowe. Po kilku latach sądowej walki Władysław Grochowski udowodnił swojąrację, ale kosztowało go to majątek i masę nerwów. W chwili wściekłości wziął dyrektora skarbówki za chabety i zniósł schodami na dół na pogawędkę.

— Pamiętając tę urzędniczą gehennę, nie zawahałem się ani chwili, słysząc, że na produkcję filmu „Układ zamknięty” potrzeba miliona złotych — mówi. Wyłożył milion, a film — pomimo obojętności dyspozytorów państwowych funduszy — powstał i w 2013 r. przyciągnął 600 tys. widzów.

Gwiazdki w zaścianku

Hotele, z których pierwszym był niespecjalnie efektowny obiekt w Siedlcach, to obecnie konik Władysława Grochowskiego. Zyski przynoszą mieszkaniówka, nowe i loftowe budownictwo, największą frajdę zaś — rewitalizacja starych obiektów i odkrywanie miejsc dotychczas zarezerwowanych dla międzynarodowych sieci lub uważanych za ekonomicznie nieuzasadnione. Weźmy taki Janów Podlaski, w którym zatrzymał się czas. Władysław Grochowski dopiął swego i odbudował Zamek Biskupi w standardzie czterech gwiazdek, sprzedał go częściowo — podobnie jak inne hotele — w systemie condo, dającym inwestorom 5-10 proc. rocznej stopy zwrotu. Teraz, idąc z nurtem Bugu, na obszarze chronionym w Drohiczynie zamierza postawić hotel zanurzony w skarpie. Pierwszym zabytkowym projektem był pałac w Łochowie, obecnie w fazie rozbudowy o towarzyszące budynki.

— W kilka lat dojdziemy do pięciu tysięcy pokoi hotelowych. Teraz mamy ich tysiąc w siedmiu obiektach — wylicza szef Arche i dokłada niemal niekończącą się wyliczankę miejsc, w których prowadzi mniej lub bardziej zaawansowane procesy inwestycyjne. Są zabytkowe budynki we Wrocławiu, Gdańsku, Kazimierzu Dolnym, Lublinie, są realne plany w kilku innych miastach od Piły po Zakopane. Wizualizacje projektów robią wrażenie, podobnie jak dotychczasowe rewitalizacje obsypywane nagrodami.

— Połowa naszych hoteli będzie w zabytkowych budynkach. Takie projekty są droższe, ale za to długofalowe. Ich architektura, styl nie tracą na wartości — tłumaczy Władysław Grochowski. Oczyma wyobraźni widzi też wkrótce mocne kilkadziesiąt jadłodajni z logotypem Zaścianek, serwujących prostą, zdrową i świeżą kuchnię. Obecnie Zaścianków jest prawie 10 i prosperują nie najgorzej. Tak wyszło.

— Tajemnicą mojego sukcesu jest to, że mam szczęście. No i deleguję obowiązki na ludzi, którzy znają się na konkretnej działce lepiej ode mnie — ocenia przedsiębiorca.

Procent od siebie

Gdzieś po drodze odstawił aparat i zaczął wraz z żoną Leną kolekcjonować polskich malarzy z drugiej połowy XX wieku.

— Brakuje mi już ścian. W domu mam taki obraz Jerzego Dudy-Gracza „Spacerek”. Na te pieski mogę się gapić i gapić — przyznaje.

Jego wzrok przykuwa też co roku 1 proc. przychodów Arche. Tu obowiązuje żelazna zasada: procent trafia na działalność charytatywną. Ostatnio jest to fundacja im. Leny Grochowskiej. Cel — wsparcie repatriantów z Kazachstanu kwotą kilku milionów złotych rocznie. Dotychczas do Polski trafiło osiem rodzin ze Wschodu, którym Grochowscy zapewnili mieszkania m.in. w Piasecznie, Siedlcach, zaoferowali pracę. W przygotowaniu na lepsze jutro jest kolejne dwadzieścia rodzin, które zamieszkają na nowym osiedlu Arche w Górze Kalwarii.

— Najnowszy pomysł to adaptacja pustych budynków szkół w gminach i urządzanie tam mieszkań dla repatriantów. Lada miesiąc ruszą dwa tego typu projekty na Podlasiu — zdradza Władysław Grochowski.

W tygodniu najwięcej czasu zajmuje mu jednak mobilizacja w drodze po tytuł hotelowego lidera. A jak się nie uda? Trudno, przynajmniej spróbował. Zaczesze wąsa i bez żalu wróci do żony, danieli, Dudy-Gracza. Do świata ścieżek na skróty, kawał w bok od głównej drogi. &

Wsparcie. Lena Grochowska, żona Władysława Grochowskiego, namalowała dziesiątki obrazów. To również dzięki niej prezes Arche zaczął kolekcjonować cenne płótna.

Galeria szans. W pałacu w Łochowie mieści się m.in. galeria Leny Grochowskiej, żony podlaskiego przedsiębiorcy. Są płótna wyśmienitych przedstawicieli polskiego malarstwa figuratywnego, ale też plan rozbudowy bazy noclegowej.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: KAROL JEDLIŃSKI

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / Autoportret z Bugiem w tle