Kreślimy tu czarny scenariusz, bo po czwartkowej sesji w USA i Europie Zachodniej (niektóre indeksy światowe przełamały ważne poziomy wsparcia), która zaowocowała minitąpnięciem na parkiecie w Warszawie, to właśnie on jest coraz bardziej prawdopodobny. Rekordowe ceny ropy naftowej, rosnąca w zastraszającym tempie inflacja w różnych krajach świata i nowe obawy analityków o kondycję największych banków to mieszanka nader niepokojąca.
Co prawda warszawska giełda jest już znacznie niżej od parkietów rozwiniętych, ale w niepewnych czasach apetyt zachodnich inwestorów na ryzyko jest mały i z reguły omijają oni giełdy w tzw. krajach wschodzących. W trudnych momentach zwykle stabilizującą rolę odgrywa kapitał krajowy, ale tym razem trudno liczyć na większe zakupy inwestorów indywidualnych, czy funduszy inwestycyjnych - z nich wciąż kapitał przepływa do wysoko oprocentowanych lokat bankowych.
Oczywiście wcale nie jest powiedziane, że poziom 2450 pkt. indeks WIG20 osiągnie w ciągu kilku dni. Po piątkowym minitąpnięciu możliwa jest stabilizacja lub symboliczne odbicie w pierwszej części nowego tygodnia. A może czarny scenariusz w ogóle się nie ziści? Racjonalnych przesłanek na poparcie takiej tezy nie ma zbyt wiele, ale w przeszłości często się zdarzało, że większość na giełdzie - a dziś 99 proc. analityków obstawia dalsze spadki - okrutnie się myliła.
Dla długoterminowych inwestorów nawet realizacja czarnego scenariusza nie powinna wiele zmieniać w ich strategii - tak czy owak dno bessy powinno być już relatywnie niedaleko. Jeśli ktoś nie zdążył uciec od akcji jesienią, to teraz nie ma to już chyba większego sensu.
Krzysztof Barembruch
AZ Finanse