To, co jeszcze kilka lat temu brzmiało jak populizm, teraz, w obliczu rozszerzania się kłopotów europejskich banków, zaczyna brzmieć jako jedno z remedium na kryzys. — Działające w Polsce banki powinny trafiać w polskie ręce. Należy ograniczyć możliwość transmisji kłopotów z zachodnich instytucji do polskiego sektora bankowego — przyznał niedawno Mariusz Grendowicz, który całą swoją karierę spędził, pracując w zagranicznych bankach — czy to w amerykańskim Citibanku i holenderskim ABN Amro, czy też kierując kontrolowanymi wtedy przez Niemców z HVB i Commerzbanku bankami BPH i BRE. Przed Grendowiczem podobnie o konieczności zwiększenia roli krajowych instytucji finansowych wypowiadał się były premier Jan Krzysztof Bielecki, który przez lata kierował należącym do włoskiej grupy UniCredit bankiem Pekao i który przez wielu postrzegany jest jako symbol „rozpasanej prywatyzacji z udziałem zagranicznego kapitału”. — Sektor bankowy powinien być bardziej zrównoważony, jeśli chodzi o udział w nim inwestorów zagranicznych i krajowych — mówi teraz Jan Krzysztof Bielecki.
Transfery zamiast kredytów
Obecnie aż 70 proc. aktywów polskiego sektora bankowego należy do instytucji kontrolowanych przez zagraniczny kapitał. To zdaniem wielu, w tym także sprawującej pieczę nad polskim sektorem bankowym Komisji Nadzoru Bankowego, wywołuje niebezpieczeństwo, że borykające się z kłopotami zagraniczne banki — akcjonariusze polskich spółek, mogą drenować kontrolowane przez siebie banki nad Wisłą. I choć nadzór bankowy wprowadził mechanizmy monitujące takie niezasadne transfery kapitałów, to ich jednak całkowicie nie wykluczył. Zagraniczni inwestorzy zawsze mogą przegłosować wypłatę odpowiednio wysokiej dywidendy. Kolejny argument, podnoszony przez przeciwników dominacji banków z przewagą kapitału zagranicznego, to przykręcanie przez banki kurka z kredytami dla przedsiębiorstw — szczególnie w dobie kryzysu. Zamiast rozwijania akcji kredytowej, co zawsze wiąże się z ryzykiem, banki kontrolowane przez zagranicznych inwestorów mogą siedzieć na pieniądzach, by podwyższyć własny wskaźnik wypłacalności. Decyzje, co do polityki kredytowej banków, zamiast w Warszawie czy Krakowie, zapadają w centralach wielkich grup bankowych we Frankfurcie czy w Londynie. Podobnie było podczas kryzysu w latach 2008-09, gdzie praktycznie jedynym bankiem komercyjnym, który nie zakręcił kurka z kredytami, był kontrolowany przez polski rząd bank PKO BP. Dlatego, jak przyznał niedawno były szef nadzoru finansowego Stanisław Kluza, banki w Polsce trzeba udomowić. Kłopot w tym, jak to zrobić.
Kontrofensywa polskiego kapitału
Zdaniem analityków i ekonomistów obecne kłopoty banków francuskich czy niemieckich mogą skłonić takie instytucje jak Societe Generale czy Commerzbank do wystawienia na sprzedaż ich spółek w Polsce. I w rezultacie przejęcia ich przez polski kapitał czy instytucje. Zdaniem M. Grendowicza, jako nierealną należy ocenić propozycję nacjonalizacji banków. Jak podkreślił, trudny do realizacji jest także wariant, w którym działający w Polsce bank jest przejmowany przez instytucję z udziałem skarbu państwa. W opinii byłego szefa BRE Banku, w takiej sytuacji lepszym rozwiązaniem byłoby przejęcie polskiego banku przez fundusz private equity lub sovereign wealth fund. Natomiast zdaniem byłego wiceministra finansów Stefana Kawalca, za akwizycjami mogłyby stać: lokalny bank prywatny o kompetentnym zarządzie (w domyśle GetinNoble Bank kontrolowany przez wrocławskiego biznesmena Leszka Czarneckiego), bank kontrolowany przez skarb państwa (czytaj PKO BP) lub inwestor niefinansowy, np. fundusz private equity. Na razie nie widać jednak kontrofensywy polskiego kapitału. A przynajmniej jej efektów. W ubiegłym roku o przejęcie wystawionego na sprzedaż przez irlandzką grupę AIB, Banku Zachodniego WBK starał się PKO BP. Jego oferta została jednak przebita przez hiszpański Banco Santander. Według nieoficjalnych informacji, największy polski bank jest obecnie zainteresowany odkupieniem od Portugalczyków z BCP kontrolnego pakietu akcji Banku Millennium. Być może w jego orbicie zainteresowań znajduje się też inny wystawiony na sprzedaż przez swojego zagranicznego inwestora (KBC) lokalny bank (Kredyt Bank). Może skuteczniejszy niż PKO BP okaże się inny krajowy gigant finansowy — PZU. Jak przyznał wczoraj Ryszard Trepczyński, wiceprezes tego ubezpieczyciela, grupa PZU może „współfinansować przejęcia banków na polskim rynku”. Na pewno znacznie skuteczniejszy niż PKO BP i PZU jest wspomniany już Leszek Czarnecki. Co prawda trudno mówić tu o transakcjach choćby zbliżonych do zakupu BZ WBK, Millennium czy Kredyt Banku, ale zawsze. W ubiegłym roku Czarnecki przejął od niemieckiego ubezpieczyciela — grupy Allianz — jego bank w Polsce, a według informacji „Pulsu Biznesu”, obecnie negocjuje zakup od norweskiego banku DnB Nord jego polskiej fili. Oprócz Czarneckiego swoją cegiełkę dołożył też krakowski Dom Maklerski IDM, który wspólnie z funduszem Abris przejął WestLB Bank Polska (obecnie Polski Bank Przedsiębiorczości). Za prekursora wykupywania zagranicznych udziałów przez polski kapitał trzeba jednak uznać… szefa Prawa i Sprawiedliwości Jarosława Kaczyńskiego. To za jego rządów miało miejsce odkupienie przez państwowe instytucje (m.in. Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska, Lasy Państwowe i PKO BP) udziałów w Banku Ochrony Środowiska od szwedzkiej grupy finansowej SEB.