Bazylea III rozwodniona, a problemy nie!

Łukasz Kwiecień*
opublikowano: 2010-09-13 16:18

Radość inwestorów z rozwodnienia wymogów tzw. Bazylei III ma krótkie nóżki. Bo tak czy siak banki muszą się dokapitalizować. I to mocno. A tymczasem impet ożywienia koniunktury na świecie jednak słabnie. Na co Amerykanie reagują w równie szaleńczy sposób jak dwa lata temu…

Patrząc na wzrost notowań banków, inwestorów widocznie ucieszyło rozwodnienie decyzji dotyczących przyszłych wymogów kapitałowych – czyli enigmatycznej dla ogółu tzw. Bazylei III – przez wydłużenie terminów dostosowania do nowych regulacji na wiele lat (np. do 2019 r.). No i przez postawienie poprzeczki wskaźnikowej na poziomie niższym niż wcześniej plotkowano.

Ta radość jednak to duże uproszczenie, bo przecież masa banków i tak potrzebowała będzie w najbliższych latach znacznego dokapitalizowania – co oznaczać będzie także brak dywidendy. Bo na wzmocnienie kapitałowe potrzebne będą przecież zyski. I nowe emisje. A tymczasem światowa gospodarka traci parę.

Zauważa to także np. najnowszy raport UniCredit Research. Widoczne wyraźnie wyczerpywanie impulsów wynikających z poprzednich pakietów stymulacyjnych odnowiło rozważania o kolejnych operacjach tego typu, zwłaszcza w USA (gdzie dyskusję tę dodatkowo „podkręca” bliska już perspektywa wyborów do Kongresu i spadek poparcia społecznego dla prezydenta Obamy). Stymulować więc będzie znów rząd USA, ale i Fed, który wydaje się skłonny do przedłużania okresu stosowania hiper-ekspansywnej polityki do czasu, gdy zacznie wyraźniej poprawiać się sytuacja na rynku pracy w USA. Po interwencyjne operacje stymulacyjne („dotowanie” koniunktury z pieniędzy podatników) sięgają także Japończycy. Taka polityka kontrastuje z wdrażanymi w Europie programami oszczędnościowymi (które były koniecznością – w reakcji na eskalację kryzysu zadłużenia). Pozytywne jest to, że zarówno analitycy UniCredit, jak i np. MFW, zakładają, że obserwowane osłabienie tempa wzrostu gospodarczego na świecie nie przybierze skali tak mocnej by zepchnęła kluczowe gospodarki ponownie w recesję. 

Powrót do „stymulacji” w USA oznacza także ponowne brnięcie Amerykanów w bardzo ryzykowną ścieżkę sztucznego pobudzania koniunktury kosztem wzrostu zadłużenia i faktycznego psucia pieniądza. To bardzo ryzykowna polityka, biorąc pod uwagę nie tylko historyczne doświadczenia światowe, ale i fakt, że dotychczasowy stimulus Obamy nie przyniósł jednak wszystkich oczekiwanych rezultatów – zwłaszcza na rynku pracy. Dodatkowe operacje stymulujące zapewne podgrzeją nieco koniunkturę, ale wydaje się, że nie obędzie się już w średnim terminie bez skutków ubocznych, z inflacją włącznie. Obama rozważa obniżki podatków, ale za kilka lat niezbędne mogą okazać się ich podwyżki, bo nawet Amerykanie musza spłacać swoje długi. A ich obsługa będzie kosztowała coraz więcej.  

„Rozwadnianie” dolara i kontynuacja wielkoskalowego (i chaotycznego) interwencjonizmu w USA prędzej czy później powinna doprowadzić do urealnienia – tj. spadku wartości – amerykańskich obligacji rządowych i – zapewne także - dolara amerykańskiego. Popyt na złoto, metale i ropę – jako aktywa „realne” dające jakąś szanse na zabezpieczenie antyinflacyjne – pokazał już przecież, że rynek zdaje sobie sprawę z ryzyka, jakie niesie szaleńczy dodruk pieniądza w USA. Wraz ze wzrostem cen żywności zwiększa to i przybliża perspektywę wzrostu inflacji. Paradoksalnie, inflacja ta zresztą oznaczałaby zmniejszenie realnej wartości długów zaciąganych przez USA drogą masowych emisji obligacji. Tylko, że za to wszystko zapłacą inwestorzy, tak zadziwiająco ochoczo kupujący dotychczas bardzo drogie obligacje amerykańskie i ufający w magię dolara.

Problem zbyt wysokich cen i nieadekwatnie niskiej w stosunku do ryzyka rentowności dotyczy jednak obligacji wielu innych państw (nawet liderujących Europie Niemiec). Dotychczas obligacje amerykańskie i niemieckie traktowane były jako substytut świętego spokoju, co jednak może okazać się świętą naiwnością – przede wszystkim w odniesieniu do papierów USA. Awersja do ryzyka materializowała się dotychczas przez wzrost spreadu na obligacjach państw tradycyjnie (acz niekoniecznie w pełni zasadnie) uważanych za bardziej ryzykowne. Widoczne jest to także w spreadach na obligacjach polskich. Jednak dla inwestorów zagranicznych te wysokie spready i nadal nieco osłabiony złoty mogą stać się argumentem za kupowaniem polskich papierów – jako uzupełnienia, dywersyfikacji i alternatywy. To jednak zależy przede wszystkim od tego, czy rządzący serio potraktują własne obietnice reformowania finansów publicznych. Na razie można co do tego mieć sporo wątpliwości. Ale jeśli – w jakiś cudowny sposób – zajęliby się wreszcie sprawami ważnymi i – tu może być potrzebny kolejny cud – robili to z korzyścią dla Polski, to byłaby ogromna szansa i dla Polski, i dla rynków polskich aktywów. Tak więc czekamy na poważne i mądre decyzje. A czas ucieka…


* Analityk. Felieton wyraża wyłącznie jego prywatne opinie.