Bilet w jedną stronę

aktualizacja: 26-10-2017, 23:39

Skapcaniałem. Odspontaniczniałem. Zgnuśniałem. Statusiałem i odfantazjowałem. Działanie pod wpływem impulsu zamieniłem na plan, a do zachwytu nad zachodem słońca potrzebuję tarasu, fotela z widokiem i szklaneczki markowego trunku. I kocyka jeszcze. Dotarło to do mnie. W Californii.

Planowanie. Co to za diabelskie narzędzie! Pomaga uporządkować życie — zgoda. Ułatwia realizację zdań — też zgoda. Ale zabija umiejętność cieszenia się małymi rzeczami. I jeśli zastanawiasz się, co sprawia, że dorosłym radość przychodzi trudniej, że z wiekiem ulatuje dziecięcy zachwyt, to spieszę z odpowiedzią. To planowanie. Innymi słowy: przestajesz być dzieckiem, kiedy zaczynasz planować. Nie, to nie jest złe. Smutne tylko.

Canto cantare

Jeszcze parę… no, dobra, parędziesiąt lat temu wystarczyło, że lato czeka i że z latem rzeka i las. A jedynym problem było to, że tam nie ma nas. Dziś też lato potrafi czekać z lasem itd. Ale poza niebyciem życie stawia przed nami nowe wyzwania. Hotel trzeba zarezerwować, opinie poczytać, zdjęcia pooglądać, trzy razy zmienić zdanie, sprawdzić trasę, zaplanować godzinę wyjazdu.

— A, i sprawdź, czy Kazio się nie będzie nudził — dorzuci żona. To sprawdzasz. Kazio będzie miał piaskownicę. Teraz już tylko przeczytać kilka blogów o piaskownicach i uczuleniu na piasek. Gotowe. A jest styczeń, wakacje za pół roku z górką. Pędem do kadr z wnioskiem, krótka zdrowaśka, żeby żona dostała w tym samym terminie, i już można powiedzieć Kaziowi. I tak jest. Musi być. Bo praca, obowiązki i Kazio. Serio nie tęsknisz za czasami „canto cantare”? Kiedy wystarczyło tylko, że są wakacje. Do tego plecak, gitara, dżinsy, namiot i dużo „jakoś to będzie”. Oraz kieszonkowe.

Nie tęsknisz za kupowaniem biletu w jedną stronę? Ogniskami i obozowaniem na dziko? Ja nie. To znaczy, nie tęskniłem, dopóki nie odwiedziłem Californii. A dokładniej Californią śląskich lasów. California to samochód Volkswagena. To jedna z wersji popularnego Multivana. Z łóżkiem, ogrzewaniem, szafą i kuchnią oraz lodówką. Kamper znaczy. Najmniejszy, jaki jest, ale jednak kamper. Pełen obaw ruszyłem tym kamperem na grzyby. Wróciłem bez borowików, ale za to z przywróconą umiejętnością patrzenia na księżyc, a nie na palec, który go wskazuje.

Dziura w planie

Bądźmy szczerzy. Możemy sobie do życia bez planów tęsknić, ale jeśliś dorosły, to nie da się spontanicznie. Tymczasem kamper daje możliwość wyrwania kilku dni bez planu. Jedziesz, gdzie chcesz, jak długo chcesz i śpisz, gdzie popadnie. Ale zawsze w kulturalnych — jak na obozowe życie — warunkach. Kamperowanie — a szczególnie Californią — ma całą masę zalet, dzięki którym przypomnisz sobie, jak to było w czasach, gdy kupowało się bilet w jedną stronę. Ma też wadę. Jedną. Ale o tym potem. Najpierw zalety. Na brzeg jeziora czy w zakole rzeki dowiezie cię każdy SUV. Nie musi mieć nawet napędu 4x4, bo szutrowe drogi dopuszczające ruch publiczny nie stawiają z reguły takich wymagań. Problem polega na tym, że nie zabawisz tam dłużej, bo typowe rekreacyjne kombi nie będzie ci domem. Prędzej czy później trzeba pojechać do hotelu lub pensjonatu, zazwyczaj wcześniej zarezerwowanego, a następnego dnia wrócić w wybrany zakątek albo szukać kolejnego miłego miejsca. Z VW Californią jest inaczej. To swego rodzaju mobilny domek kempingowy z wyposażeniem dziennym i sypialniami dla czterech osób. Jeśli masz ochotę zostać w wybranym miejscu na dłużej, po prostu mieszkasz w samochodzie. Idealne rozwiązanie dla tych, którzy cenią wolność i lubią być niezależni lub na tę jedną wakacyjną chwilę chcą zapomnieć o planowaniu. W tym miejscu powinienem przejść do wnikliwego opisu wyposażenia, właściwości, jakości i innych niezbędnych w tekście o samochodzie elementów. Ale tego nie zrobię. Tym razem ktoś pokazał mi księżyc. A ja wolę się skupić na tym, co mi pokazuje, a nie na palcu, którym to robi.

Na biwaku

Zacząłem od rozwinięcia potężnej markizy. Pod tym „dachem” ustawiłem ukryty w przesuwnych drzwiach stolik i lekkie krzesełka (sprytnie schowane w futerale w tylnej klapie). Jako że miałem dostęp do gniazdka, więc się podłączyłem. W ten sposób zapewniłem energię elektryczną pokładowej lodówce. Gdy brak dostępu do prądu, pokładowe akumulatory doładowywane podczas jazdy są w stanie utrzymać jej działanie przez mniej więcej dwa dni. Za pomocą przycisku uniosłem dachowy namiot. Tam będę spał. Gotowe. Teraz tylko posiłek. Mało wyszukany, ale na gorąco, bo na pokładzie mam dwupalnikową kuchnię gazową. I już można, nalawszy sobie kieliszek schłodzonego trunku, napawać się brakiem planu. W Californii mogą spać cztery osoby. Komfortowo — dwie.

Ale prawdziwy odpoczynek da ci samotny wypad. Skład i liczebność ekipy pozostawiam wam. Ale przed jednym muszę ostrzec, co w kolejnym akapicie uczynię. Pierwszy raz jechałem kamperem, pierwszy raz w nim spałem, gotowałem i zmywałem. Traktujcie zatem moje wnioski bardziej jako opinię nowicjusza niż eksperta od kamperowania. Wniosek pierwszy: kocham ten sposób spędzania wakacji. Doskonały miks niegdysiejszych spontanicznych wypadów pod namiot z wymaganiami dorosłości, które niekoniecznie idą w parze ze spaniem w śpiworze, ze skorkami i wilgocią. Ogrzewanie postojowe i prysznic (zewnętrzny, bez ogrzewania wody) w połączeniu z zabudową kuchenną i wygodnym miejscem do spania daje minimum komfortu, ale i poczucie wykupienia biletu tylko w jedną stronę. Wniosek drugi: ognisko, przesiadywanie do późnej nocy pod gwiazdami i totalna wolność wyboru miejsca (Uwaga na przepisy! W niektórych krajach obozowanie poza kempingami jest zabronione). Pełna mobilność. Wszystko to dostajesz w pakiecie z VW Californią.

Wniosek trzeci: przygoda z najmniejszym z kamperów skłoniła mnie do… planowania. Już na miejscu (dzięki wbudowanemu modułowi wi-fi) zacząłem sprawdzać możliwość zorganizowaniakolejnych wakacji w kamperze. Okazało się, co następuje. Kamper nie jest tańszą od namiotu alternatywą na wakacje. Zacznijmy od cen. Samo auto w wypasionej wersji to wydatek minimum 200 tys. zł. Oczywiście nie musisz kupować. Możesz wynająć. Ceny, powiedzmy, od około 300 zł za dobę. Do tego kempingi. Tych dobrych (można wejść do toalety bez odrazy) jest w Polsce mniej niż sukcesów polskiej kadry ringo. Lepsze kosztują około 80 zł za dobę. Do tego cena paliwa, autostrad. No i lista sprawunków. Dłuższa niż kolejka po świeżaki w Biedronce. Nawet więc, jeśli postanowisz spać na dziko i korzystać z prysznica tylko w ciepłe dni (przypominam: woda nie jest ogrzewana), za potrzebą chodząc w las, to za dobę zapłacisz ponad 400 zł. Cały czas mówimy o wakacjach w najmniejszym kamperze gdzieś w Polsce. Poważny kamper, większy, z łazienką, to wydatek minimum 600 zł za dobę, ale nie brakuje takich za tysiąc złotych. Kempingi za granicą? Od około 40 euro. Do tego paliwo, opłaty drogowe. A i tak jajecznicę musisz smażyć sam. Innymi słowy: wychodzi jak w hotelu. I to niezłym. Wniosek czwarty: trzeba mieć fantazję, żeby spędzać urlop w kamperze.

I pieniądze. Ale warto. Nie jest taniej. Jest zupełnie inaczej. Trochę jak kiedyś, kiedy przed wyjazdem życzyło się Pitagorasowi zdrowia. Ale wyrzeczeń mniej, higieny więcej i to słodkie nieplanowanie. Mam wrażenie, że California nie powstała po to, by zapewnić godne warunki miłośnikom, dajmy na to, windsurfingu, lecz by być pierwszą furtką do świata kamperów. Jeśli spodoba ci się ten klimat, VW ma dla ciebie Californię XXL, czyli zbudowany na bazie Craftera pełnoprawny dom na kołach. I tylko jedno mnie zastanowiło. Popijałem ulubioną, dobrze schłodzoną substancję w mojej przerobionej na sypialnię Californii. Siedziałem na miejscu kierowcy, które w owym czasie pełniło funkcję zestawu wypoczynkowego. Niemniej siedziałem „za kierownicą”. Podchmielony. Czy ja przypadkiem nie złamałem jakiegoś przepisu? &

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: MARCIN BOŁTRYK

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / Bilet w jedną stronę