Biskupi dają przykładypomocne w karierze

Łukasz Ostruszka
opublikowano: 25-03-2013, 00:00

Słowa z ambon są nudne, nieżyciowe, a już na pewno nie przystają do realiów biznesu? Są biskupi, których warto posłuchać i naśladować ich życie i karierę.

Co robimy w Wielki Tydzień? Dla chrześcijan to czas zadumy, refleksji i wspominania drogi Jezusa Chrystusa na krzyż Golgoty. W ciągu tych siedmiu dni trafia do naszych uszu zwykle sporo słów wygłaszanych z ambon. Czasem są to słowa Ewangelii zwanej Dobrą Nowiną, ale bywa i tak, że biskupi wygłaszają raczej referaty polityczne i traktaty moralizatorskie. Może nie jest jednak tak źle? Wybraliśmy troje biskupów różnych Kościołów chrześcijańskich, których warto nie tylko wysłuchać, ale także lepiej poznać, bo ich życiorysy mogłyby posłużyć jako „case study” niejednej książki o coachingu. Są z różnych kontynentów, innych środowisk, wyznają odmienne tradycje, ale łączy ich nietypowa ścieżka życia i „religijnej kariery”, która sprawiła, że zostali wybrani na tych, którzy mają wskazywać drogę innym. Czego można się nauczyć z ich CV? Zaczynamy nietypowo, bo od biskupki...

Stawiać czoło słabościom

Kościelna kariera biskup Margot Käßmann to historia jak z „karierowej bajki”. Była zwierzchniczką Ewangelicko-Luterańskiego Kościoła Krajowego Hanoweru, jednego z największych i najbardziej wpływowych Kościołów landowych w Niemczech, które są przecież kolebką nie tylko luteranizmu, ale w ogóle całego protestantyzmu. W 2009 r. została zwierzchnikiem Kościoła Ewangelickiego Niemiec (EKD), organizacji skupiającej różne Kościoły krajowe. Była pierwszą kobietą wybraną na to stanowisko, choć luteranie niemieccy od dawna ordynują kobiety na duchownych. Czar prysł, gdy na początku 2010 r. pani biskup została zatrzymana przez patrol policji w Hanowerze, a w jej krwi wykryto alkohol. Wybuchł skandal, a duchowna publicznie przeprosiła za nieodpowiedzialne zachowanie i złożyła dymisję. Nie chowała głowy w piasek, nie wybielała się, nie udawała, że jest inaczej niż jest. Teraz sprawuje funkcję ambasadora obchodów 500-lecia Reformacji, których kulminacja nastąpi w 2017 r. Kościół nadal jej ufa, docenia jej pracę i świadectwo, a Käßmann pokazuje, że nikt nie jest święty, a duchowny jak każdy człowiek — ma swoje upadki.

Jaka z tego nauka? Jeśli popełniamy błędy, które dyskwalifikują całą naszą karierę, to najgorszym wyjściem jest zamiatanie wszystkiego pod dywan, a najlepszym — świadectwo pokory. Nie po to, żeby się ratować za wszelką cenę, ale żeby móc spojrzeć później w lustro i żyć dalej.

Warto iść pod prąd

Mało kto się spodziewał, że biskupem Rzymu zostanie ktoś taki jak Jorge Mario Bergoglio, czyli nowy papież Franciszek. Choć w kwestiach teologicznych i doktrynalnych Argentyńczykowi nie jest dalekodo poprzedników: Jana Pawła II i Benedykta XVI, to w sferze symboli i gestów przeprowadza rewolucję. A jest na stanowisku ledwie kilkanaście dni. Franciszek stoi na czele „korporacji”, w której pielęgnowanie zasad etykiety jest postrzegane niczym świętość. Nad całym systemem czuwa nawet specjalny Mistrz Papieskich Ceremonii Liturgicznych, którego zadaniem jest dopilnowanie, by wszyscy w papieskiej świcie przestrzegali kościelnego „dress code’u”. Ale Franciszek sprzeciwił się temu już na samym starcie. Przed pierwszą prezentacją po konklawe, gdy ceremoniarz zgodnie z etykietą i tradycją chciał nałożyć na papieża aksamitną pelerynkę, Argentyńczyk odpowiedział podobno: „Niech ksiądz sam to włoży. Skończył się karnawał”. Pelerynka to tylko pelerynka, ale gest znaczący. Nie pierwszy i pewnie nie ostatni zresztą. Franciszek świadomie zrywa z symbolami watykańskiego przepychu i blichtru. Na mszę inauguracyjną podjechał białym dżipem, a nie luksusowym papamobile, a z szaf papieskiego apartamentu wyrzuci zapewne dostojne stroje, jak wyszywany złotymi nićmi ciężki płaszcz.

Jaka z tego nauka? Miej odwagę stawiać na swój styl i nie wahaj się zmieniać nawet tego, co wydaje się niemożliwe do zmiany. Skoro nawet w Watykanie się udaje...

Nigdy nie jest za późno

Dwa dni po mszy inauguracyjnej papieża na Wyspach Brytyjskich wprowadzono na urząd arcybiskupa Canterbury, czyli honorowego zwierzchnika wiernych wyznania anglikańskiego z całego świata, połączonych we Wspólnocie Anglikańskiej, rozsianych od Anglii przez USA po Afrykę. Justin Welby, obecny arcybiskup, w młodości robił karierę w branży naftowej, zgarniał sześciocyfrowe sumy jako wzięty i utalentowany menedżer we francuskim Elfie i brytyjskim Enterprise Oil, gigancie przejętym dekadę temu przez Shella. Kariera nabierała rozpędu, który utrudnia podejmowanie decyzji zmieniających wszystko. A jednak Justin Welby podjął wyzwanie. W latach 80. zaczął studia teologiczne, a później podjął się pracy w Kościele. Ledwie ponad rok po mianowaniu na biskupa Durham został wybrany na arcybiskupa Canterbury — ma 56 lat i musi zadbać o to, by prawie 80 mln wiernych ze 160 krajów czuło potrzebę wspólnoty. A doświadczenie menedżerskie wykorzystuje, zabierając głos w wielu sprawach związanych z kryzysem gospodarczym.

Jaka z tego nauka? Nigdy nie jest za późno na decyzje, które „przewracają do góry nogami” życie i karierę. Arcybiskup Justin Welby został ordynowany i wkroczył w kompletnie inny zawodowy świat dopiero przed czterdziestką, czyli w okresie, gdy wielu facetów myśli, że wszystko co najlepsze ma już za sobą…

Łukasz Ostruszka

Autor jest pastorem w Kościele Ewangelicko- Augsburskim i stałym współpracownikiem „Pulsu Biznesu” i portalu pb.pl

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Łukasz Ostruszka

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu