Biznes jak bańka mydlana

Agnieszka Ostojska
13-06-2003, 00:00

Wygląda jak efektowne ciasto, sprzedaje się jak świeże bułeczki. Mydło na wagę. Pomysł na biznes znany na Zachodzie, w Polsce — nowość. Mydlanym interesem od lat trudni się Mary Agnelli, farmaceutka z Londynu. Sprzedała wszystko, co miała, by zainwestować w Polsce.

Pachnie smakowicie. Aż chciałoby się popróbować.

— Kiedyś do naszego sklepu przyszedł chłopczyk. Nie dał sobie wytłumaczyć, że pachnący czekoladą krążek nie jest cukierkiem, tylko tabletką do masażu. Uparł się i ku przerażeniu mamy — zjadł to, co porwał. Nic się nie stało, choć miny nie miał za tęgiej... — wspomina ze śmiechem Mary Agnelli, współwłaścicielka sklepów Sense Philosophy.

Siedziba firmy mieści się w dawnych zakładach optycznych. Skromne, wypełnione aromatami biuro na warszawskiej Pradze. I mała wytwórnia.

Mydełka, peelingi, babeczki do kąpieli, płyny, kremy, balsamy robi się ręcznie. Pracuje nad tym 6 osób. I szefowa. Opakowania, wystrój sklepów — tym zajmuje się Giovanni Agnelli, mąż Mary, z wykształcenia architekt. Zrezygnował z wykonywania zawodu i zaczął pracować wraz z żoną. Prócz oprawy plastycznej produktów pomaga jej w komponowaniu zapachów.

W Polsce znaleźli się właśnie dzięki niemu. W 1997 r. dostał tu pracę i przyjechał z żoną. Na rok — szykowali się, jak na urlop. Po 12 miesiącach zgodnie stwierdzili: zostają na stałe. Farmaceutka i aromaterapeutka stwierdziła, że tu czeka ją prawdziwa przyszłość! Naturalne kosmetyki były u nas nieznane. Nie zastanawiała się długo — sprzedała firmę w Londynie: fabrykę plus centrum aromaterapii — i przeniosła się do Polski. Sense Philosophy wystartowała w 1998 r.

— Co było najgorsze? Naturalnie formalności! Wszystkie NIP-y, regony, pieczątki, a to był dopiero początek. Na każdy produkt musiałam dostać atest Ministerstwa Zdrowia; zapłacić za badania, zanim jeszcze wypuściłam wyrób do sprzedaży. To trwało i kosztowało — mówi Mary Agnelli. W końcu w 2000 r. ruszył pierwszy sklep — w Galerii Mokotów. Na początku z dość ubogim asortymentem, ale zainwestowany kapitał wrócił się po dwóch latach.

— Ludzie nie wiedzieli, co im proponujemy. Wielu myślało, że to słodycze. Jak ten chłopczyk! — śmieje się Mary Agnelli. Dzisiaj ma cztery sklepy — dwa w Warszawie, po jednym w Krakowie i w Gdańsku. Zatrudnia 15 osób. Ma stałych klientów, choć nadal zdarzają się tacy, którzy pytają: „a co to jest?”. Przed Bożym Narodzeniem sprzedała tonę mydła i ponad 10 tys. babeczek do kąpieli. Od dwóch lat 5-7 proc. rocznej produkcji eksportuje: do Szwecji i Wielkiej Brytanii.

Jak się to stało, że zaczęła żyć z produkcji własnych kosmetyków? Moda, trochę szczęścia. Na początku lat 90., gdy kończyła studia farmaceutyczne w Londynie, zapanowała moda na kosmetyki domowe.

— Każdy szukał na strychu starych receptur babci. I ja kilka miałam, ale postanowiłam je pozmieniać. Nie dodawałam chemicznych składników. Wszystko oparłam na naturalnych surowcach. Czasem po eliminacji chemii zostawały mi jedynie dwa naturalne... Dobierałam proporcje, mieszałam, szukałam. W końcu wcześniej czy później dostawałam kosmetyk, który dawał pożądany efekt — wspomina Mary Agnelli. Pierwsze babeczki do kąpieli uznaje za porażkę. Najpierw się rozpadały. Potem były za twarde. Krok po kroku pracowała nad recepturą, dobierała właściwe proporcje.

— Tak pracuję nad każdym nowym wyrobem — mówi farmaceutka. A na swoim koncie ma ich już wiele. Po babeczkach do kąpieli przyszła kolej na mydła, płyny do kąpieli, pastę peelingującą, kremy do ciała i twarzy.

Pomysły na nowe kosmetyki czerpie z podróży.

— Każdy kraj ma swoje specyfiki. Sprawdzam, co się przyjmie w Polsce — mówi Mary Agnelli.

Polacy mają inny gust niż Anglicy. W Wielkiej Brytanii najlepiej sprzedają się kosmetyki o zapachu cynamonowym, lawendowym, rumiankowym czy owoców cytrusowych. Nad Wisłą woli się wonie słodkie: goździkowe, bergamotkowe, waniliowe czy różane. Ale przed wypuszczeniem każdej nowości robi badania marketingowe. We własnym zakresie. Najpierw wynalazki testuje na sobie. Potem daje do wypróbowania współpracownikom i ich znajomym. Jeżeli 90 proc. zaakceptuje — no to wie, że to się sprzeda. Tak było na przykład z peelingiem.

— Wszyscy testujący stwierdzili, że to będzie hit — i faktycznie! Drugiego dnia po wprowadzeniu w sklepach zabrakło peelingów o zapachu truskawkowym i malinowym — przypomina farmaceutka.

Mary i Giovanni Agnelli rozwijają firmę. Obydwoje Anglicy — choć dziadkowie Mary są Cypryjczykami a Giovanniego — Włochami. Polska otwartość na zmiany spodobała im się tak bardzo, że zainwestowali całe własne oszczędności. Zyski obracają na rozwój. Są od wszystkiego.

— Za mała firma, abym siedziała i wydawała polecenia! — tłumaczy Mary Agnelli. Wymyślają nowe produkty, jak trzeba sami wysyłają, pakują towar, szukają nowych odbiorców, zamawiają składniki. Przywykli do polskich realiów, a dostawcy i klienci przyzwyczaili się do ich obcego akcentu. Mary Agnelli mówi, że nawet wielokrotne wizyty w jej „ulubionym” urzędzie skarbowym już jej spowszedniały.

— Teraz podchodzę już do tego ze spokojem. Trzeba sobie powiedzieć, że od razu wszystkiego załatwić po prostu się nie da. Po co szarpać nerwy? — rozważa Mary. I znów najbardziej narzeka na procedury i papierki.

— Liczba dokumentów, jaką otrzymałam dlatego, że jestem zagranicznym przedsiębiorcą mającym firmę w Polsce, jest wręcz nie do opisania! — mówi szefowa.

Ze sobą zawsze taszczy paszport, pozwolenie stałego pobytu, potwierdzenie zameldowania. Novum. W Wielkiej Brytanii nie potrzebowała niczego — oprócz prawa jazdy, gdy prowadziła.

Na początku problemem był również język polski.

— Szłam do sklepu i palcem wskazywałam — to, to i to. Gorzej było z warzywami. Kilo i pół kilo — wymówić łatwo. Do nauczenia się wymowy ćwierć kilo zmusiłam się, gdy po raz kolejny kupiłam pół kilo pieczarek, gdy potrzebowałam ich mniej — tłumaczy piękną polszczyzną Mary Agnelli. Na kurs polskiego chodziła pół roku, ale — jak twierdzi — najwięcej nauczyła się w pracy. Zachwyca się polską pogodą i... punktualnością polskiej komunikacji miejskiej.

— Jeśli w rozpisce jest godzina przyjazdu, to tramwaj czy autobus o tej godzinie na pewno się pojawi. No może minutę wcześniej lub później. W Wielkiej Brytanii na przystankach można spędzić życie! Kierowcy zupełnie ignorują rozkład jazdy — całkiem serio zapewnia szefowa Sense Philosophy.

Plany wspólników? Dołożyć kilka sklepów. W Warszawie, W Poznaniu, we Wrocławiu. Na razie wszystkie należą do firmy. Niedługo może ruszy pierwszy sklep, oparty na ścisłej współpracy.

— W sklepie z logo Sense Philosophy mogą być sprzedawane tylko nasze wyroby. Niewielu ma odwagę się na to zdecydować. Poza tym najważniejsza jest lokalizacja. Bez właściwej nasz interes nie ma racji bytu. Musimy być „po drodze” klienta, który robi większe zakupy. Nasze produkty są uzupełnieniem i nie ma co liczyć, że ktoś specjalnie pojedzie kilka ulic dalej — tłumaczy Mary Agnelli. Przyznaje, że jej rady i sugestie Polacy często ignorują. „Co obcokrajowiec może wiedzieć o Polsce? ” — słyszy.

— Tak wiele, by zaryzykować swoje oszczędności i zainwestować. Z powodzeniem — odpowiada. Sobie i innym.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Agnieszka Ostojska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Transport i logistyka / / Biznes jak bańka mydlana