Biznes na osiem rąk

opublikowano: 23-11-2017, 22:00

Jeśli trzeba, Katarzyna Kusiak wsiada za kierownicę autobusu i wiezie grupę. Mąż Henryk odpowiada za prowadzenie agroturystyki, a synowie Dawid i Łukasz m.in. za organizowanie spływów kajakowych i grę w paintball. W Korablewie, w niezbyt atrakcyjnym turystycznie miejscu w środku Polski, wyrosły cztery splecione ze sobą rodzinne firmy.

Korablew to wieś w województwie łódzkim w gminie Rusiec, nieco w bok od trasy Warszawa — Wrocław. Liczy 156 mieszkańców. Tak Katarzyna, jak i Henryk Kusiakowie stąd pochodzą.

Wespół w zespół. Katarzyna Kusiak była jedną z pierwszych kobiet w Polsce, które zrobiły prawo jazdy na autokar. Razem z mężem Henrykiem (na zdjęciu przy aucie) i synami Dawidem (przy kajaku) i Łukaszem prowadzą rodzinne biznesy turystyczne: transport połączony z ofertą noclegową i wypoczynkową.
Wyświetl galerię [1/4]

Wespół w zespół.

Wespół w zespół. Katarzyna Kusiak była jedną z pierwszych kobiet w Polsce, które zrobiły prawo jazdy na autokar. Razem z mężem Henrykiem (na zdjęciu przy aucie) i synami Dawidem (przy kajaku) i Łukaszem prowadzą rodzinne biznesy turystyczne: transport połączony z ofertą noclegową i wypoczynkową. Krzysztof Jarczewski

Budynek z przeszłością

— Na sąsiedniej działce stała stara szkoła z czerwonej cegły, nie działająca od lat. Przez lata mieszkała tam emerytowana nauczycielka, pani Michałkowa. Gdy wyjechała do córek do Inowrocławia, budynek przeznaczono na dom dla nauczycieli emerytów, jednak powoli popadał w ruinę. Gdy opustoszał, błyskawicznie znaleźli się amatorzy na drzwi, okna, kafle… Wtedy wójt stwierdził, że dom trzeba ratować, czyli znaleźć gospodarza. No i w 1999 r. kupiliśmy go. Nawet nie wiedziałam, jaki mąż ma na to pomysł — wspomina Katarzyna Kusiak. Henryk Kusiak zarzeka się, że drugi raz by się nie zdecydował na remont starego budynku mimo miłości do obiektów z przeszłością.

— Adaptowaliśmy budynek po szkole, musieliśmy przystosować się do tego, jaką ma konstrukcję, gdzie są ściany nośne. Taniej byłoby budować od zera — uważa. Remont doprowadził do stworzenia w środku wsi Centrum Agroturystycznego Sokół. Dawna szkoła zmieniła się w oszklony budynek z dziesięcioma pokojami z łazienkami (może w nich nocować prawie czterdzieści osób) oraz z dwiema salami (na 40 i 120 osób) przeznaczonymi na konferencje, wesela. Obiekt jest zajęty prawie co weekend — rezerwują go rodziny z Bełchatowa, Łodzi, Wielunia i okolicznych wsi na chrzciny, wesela, komunie. Firmy z regionu rezerwują miejsca na szkolenia i konferencje.

— W tym roku odezwali się klienci z Warszawy, którzy chcą zarezerwować miejsca na okres między świętami a Nowym Rokiem, ale z przykrością musiałam odmówić. Zimą planujemy remont, chcemy zwiększyć liczbę pokoi dwuosobowych, bo jest taka potrzeba. Natomiast po Nowym Roku mamy już rezerwacje na bale karnawałowe — informuje Katarzyna Kusiak.

Poczta pantoflowa

Działają bez nakładów na reklamę, nie mają nawet strony internetowej, choć Katarzyna Kusiak przyznaje, że chyba czas ją założyć. Tylko Keja — firma Dawida, syna państwa Kusiaków — ma stronę na Facebooku.

— Rzeczywiście, działamy dzięki poczcie pantoflowej. Bardzo ważne jest to, że uzupełniamy i uatrakcyjniamy wzajemnie oferty każdej z rodzinnych firm — mówi Henryk Kusiak. Na przykład kajaki — Dawid Kusiak zdobył na nie pieniądze z urzędu pracy. Turystów ze sprzętem trzeba zawieźć na początek trasy i zabrać z końca — jadą busami lub autokarami, których Kusiakowie mają 11. Goście chcą przyjechać na dwa, trzy dni, to mają zapewnione spanie i jedzenie w agroturystyce, wieczorny grill pod strzechą, ognisko. Chcą dodatkowych rozrywek — są paintball i 30 rowerów, kupionych przez Kora Tour, firmę drugiego syna, Łukasza, która sięgnęła po dotacje unijne.

— Jeżeli firma organizuje szkolenie dla pracowników, atrakcją bywa wyjazd na nocne oglądanie odkrywki węgla brunatnego i elektrowni w Bełchatowie. Ten księżycowy krajobraz i oświetlone maszyny wyglądają naprawdę niesamowicie. Wozimy też gości na baseny do Kleszczowa lub Bełchatowa. Jesienią dużo osób przyjeżdża na grzyby, latem — na spływy kajakowe. Cisza i spokój mają amatorów, dlatego mamy tylu gości, ale o atrakcje dla nich trzeba zadbać — opowiada Katarzyna Kusiak. Gdy narodził się pomysł na agroturystykę, od początku wiedzieli, że to nie może być tylko stawik, jeden konik, krowa i stodoła. Wiadomo, że trzeba gościom zapewnić warunki mieszkaniowe.

— To nie jest rejon turystyczny, gdzie ten ma konia, ten bryczkę, tamten stok narciarski. Tu nie ma krainy jezior — jest rzeka Widawka, nie ma gór — no, poza Kamieńskiem, gdzie zimą można pojeździć na nartach, a latem na rowerach. Musimy szukać własnych pomysłów, by gościom zapewnić zajęcia, stąd transport połączony z ofertą noclegową i wypoczynkową. Rozwijamy się, co świadczy o tym, że to daje dochody. Nie da się stać w miejscu, bo jak się stoi, to się cofa. Las jest blisko, może w przyszłości stworzymy tam park linowy — zapowiada Henryk Kusiak. Skąd wziął się pomysł na działalność przewozową?

— Jeszcze kiedy nie byliśmy małżeństwem, pracowałem w gospodarce uspołecznionej. Nastąpiły grupowe zwolnienia. W 1990 r. kupiłem autokar, planowałem wyjąć z niego silnik i wymienić w moim starze. Ale szkoda mi się zrobiło, postanowiłem go nie niszczyć, tylko używać. Tak się zaczęło — najpierw od porozumienia z księdzem i wyjazdów na pielgrzymki. Pobraliśmy się z Katarzyną w 1993 r. i postanowiliśmy tę działalność rozwijać — wspomina Henryk Kusiak.

Teraz jeżdżą po całej Polsce i krajach ościennych, mają odpowiednie licencje i autokary spełniające ekologiczne normy unijne. Współpracują z biurami turystycznymi, obsługują regularne linie, dowożą dzieci do szkół. Na działalność agroturystyczną nie musieli brać kredytu, ale zakup autokaru oznacza wydatek ponad miliona złotych.

— Rozwiązaniem jest leasing na pięć lat — będzie to nas kosztowało dodatkowych 700 tysięcy, ale co zrobić? Jesteśmy z takimi decyzjami ostrożni. Dotąd mieliśmy trzy autokary w leasingu, trzeba umieć znaleźć równowagę, szukając dróg rozwoju, żeby nie zachłysnąć się łatwym kredytem. A jakoś tak jest, że ludzie mieszkający na wsi od pokoleń wykazują się największą spłacalnością kredytów, każdy na rzęsach stanie, ale zobowiązanie spłaci. Praca z ludźmi nie jest łatwa, miewają humory — w autokarze temu za chłodno, temu za gorąco, podróż trwa długo.

Ważna jest jednak atmosfera, tworzony klimat, wtedy ludzie też współpracują, nawet jeśli coś idzie nie tak. To wszystko jednak zależy od pilota i kierowcy. Bywało, że zwalnialiśmy kierowców, bo nie nadawali się do pracy z ludźmi, to zwykle byli ci, którzy kiedyś jeździli w PKS-ie. Tam pan kierowca czuł się szefem i później próbował na ludzi krzyczeć i sztorcować. Tak się nie da — opowiada Henryk Kusiak.

Po latach jeżdżenia po kraju znają atrakcje turystyczne, bazę noclegową, gastronomiczną, wiedzą, gdzie warto spać ze względu na bliskość atrakcji turystycznych, zbierają know-how. Natomiast w Korablewie zrezygnowali z bram i ogrodzenia domu, goście wchodzą, wychodzą bez ograniczeń, dzieci bawią się na podwórku, obok pasą się kucyki.

— Niektórym by przeszkadzało, gdyby ludzie tak im się kręcili po obejściu. Nam nie. Stopniowo dokupowaliśmy ziemię, teraz teren jest na tyle duży, że w jednym terminie latem przy ognisku bawią się turyści po spływie Widawką, w dużej sali jest eleganckie przyjęcie z okazji złotych godów i nikt nikomu nie przeszkadza. Kiedy turyści przy ognisku potrzebują kostek lodu, to im dowieziemy. Jak chcą, żeby im zorganizować posiłek na trasie, organizujemy. Gość nie może usłyszeć, że czegoś się nie da zrobić — uważa Henryk Kusiak.

Jego żona dodaje, że cała ich czwórka gotuje i sprząta. Mają sześciu pracowników w firmie przewozowej, resztę prac wykonują sami, czasem zatrudniają pomoc przy dużych imprezach. — Obok domu jest ogródek, mamy swoje pietruszki, marchewki — nie ma to jak koperek prosto z grządki! — zachwala Katarzyna Kusiak.

— Nabiał, miód, jajka kupujemy od gospodarzy, choć jest coraz trudniej, wieś się bardzo zmienia, coraz mniej osób hoduje drób, uprawia warzywa — kiwa głową jej mąż. Zastanawia się, że może dobry pomysł na przyszłość to pokazywanie prawdziwej wsi. Myślał też o pasiece z lustrem weneckim, żeby można było podglądać życie pszczół.

— Robimy spotkania dla dzieci, zawody sportowe dla niepełnosprawnych, wigilie, współpracujemy ze Stowarzyszeniem Pomocy Osobom Niepełnosprawnym Kuźnia Życzliwości w Szczercowie. Na pewno w przyszłość nie pędzimy biegiem — konkluduje Henryk Kusiak. &

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: EWA TYSZKO

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Biznes na osiem rąk