
Jak dowiedziała się pani, że Rosja zaatakowała Ukrainę?
Dostałam SMS od mamy. Moja mama mieszka w Chmielnickim. Niedaleko od miasta jest wojskowa baza lotnicza, która już pierwszego dnia wojny została zbombardowana przez rosyjskie wojska.
Co napisała pani mama?
Tylko jedno słowo: wojna. Wciąż mam ten SMS przed oczyma.
Reszty dowiedzieliśmy się już z mediów i bezpośrednio od przyjaciół i znajomych. Mieliśmy informacje z wielu różnych miejsc, bo część naszych bliskich szybko się ewakuowała, część dopiero się pakowała, część się zastanawiała, co robić dalej, a część zdecydowała, że jednak zostanie na miejscu, w różnych regionach Ukrainy.
Co pani wtedy, 24 lutego, zrobiła?
Pierwszą rzeczą było organizowanie pomocy. Od samego początku, od pierwszych dni pracowaliśmy jako wolontariusze. Zbieraliśmy dary, przekazaliśmy tę pomoc ukraińskiej armii. Początkowo udawało się je wysyłać z naszych kawiarni autobusem do Kijowa, ale z czasem stawało się to coraz trudniejsze, a po dwóch tygodniach praktycznie niemożliwe.
Czy to zaangażowanie w wolontariat nie przeszkadzało pani w prowadzeniu biznesu?
Na początku, przez pierwsze dwa tygodnie cały swój czas poświęcaliśmy na wolontariat i oczywiście nie dało się tego pogodzić z normalnym prowadzeniem firmy. Na szczęście mamy zespół, który był w stanie to robić. Dzięki temu mogliśmy się zająć pomocą dla Ukraińców. Po jakimś czasie musieliśmy wrócić do robienia biznesu i staramy się godzić jedno z drugim. Uznałam, że ponieważ jestem przedsiębiorczynią, biznes jest moim wojennym frontem z Rosją. Moje zadanie to zarabiać, dawać ludziom pracę, bo bez tego nie będę mogła pomagać Ukrainie i wspierać jej najmocniej, jak potrafię.
Przyświeca mi też taka myśl, że jeśli tam Ukraińcy nie dadzą rady, to Rosja pójdzie dalej, do Polski, do nas, do mnie. Dlatego to też jest moja wojna.
Stoję też na froncie informacyjnym. Mamy wiadomości z pierwszej ręki, od naszych znajomych i przyjaciół z Kijowa, Mariupola czy Sum. Dostajemy od nich zdjęcia, filmy. Nasze zadanie polega też na tym, by tę prawdę przekazywać Polakom i mieszkańcom innych państw Unii Europejskiej. Mam też cichą nadzieję, że w ten sposób prawdziwe informacje dotrą do posłów, senatorów, innych władz i wpłynie to na ich postawę.

Działają państwo od wielu lat, mają swoich stałych klientów, którzy doskonale wiedzą, że Dobro&Dobro to kawiarnie założone przez Ukraińców. Jak oni zareagowali, gdy okazało się, że Rosja zaatakowała Ukrainę?
Oczywiście odzew był bardzo żywy. Wiele osób pytało, jak może pomóc nam lub naszym krewnym i znajomym w Ukrainie. Nasi stali klienci współuczestniczą w organizacji zbiórek odzieży, żywności, leków i innego rodzaju darów dla Ukrainy. Czujemy ogromne wsparcie.
A czy uchodźcy, którzy przyjechali do Warszawy czy innych dużych miast w Polsce i natykają się na państwa kawiarnie, kojarzą, że to ukraiński projekt?
Tak, często nas kojarzą. W jednej z naszych kawiarni zaczęliśmy zresztą organizować cotygodniowe zajęcia dla dzieci, które właśnie przyjechały z Ukrainy. Robimy też spotkania dla ich mam, bo też muszą się – przynajmniej tymczasowo – czymś zająć tu, w Polsce.
Czasami pytają też o pracę. Rekrutowaliśmy i zaczęliśmy zatrudniać takie osoby w naszych kawiarniach. Na razie tylko na zapleczu, w kuchni, gdzie nie mają kontaktu z klientami, bo zazwyczaj te uchodźczynie nie znają jeszcze języka polskiego, więc trudno byłoby im być kelnerkami czy barmankami.
Współpracujemy też z dizajnerami, którzy są w Ukrainie, i to oni wykonują część prac na potrzeby naszych kawiarni.
Wśród uchodźców są też osoby, które miały w Ukrainie swój biznes, prowadziły małe firmy, czasami również kawiarnie lub bary, a czasami były menedżerami w restauracjach lub hotelach. To wasi potencjalni franczyzobiorcy.
Oczywiście. I zaczynają się nawet pytania o tego typu współpracę. Sama słyszę je co najmniej co drugi dzień. Ludzie przychodzą lub telefonują. Udzielamy im więc wszelkich informacji, ale pamiętajmy, że od rosyjskiej agresji na Ukrainę minął miesiąc, uchodźcy przyjechali do Polski cztery, trzy tygodnie temu, czasami są tu raptem kilka dni. Wielu z nich nie wie, co będzie dalej robić, czy zostaną, czy wyjadą dalej na Zachód, czy może będą mogli niebawem wrócić do wolnej Ukrainy. Trudno im w tej sytuacji podjąć decyzję o rozkręcaniu w Polsce biznesu. To zawsze wymaga zaangażowania finansowego, nie każdego na to stać. Ci, którzy mają jakieś pieniądze, też nie wiedzą, czy inwestować je, czy może lepiej zachować, by mieć z czego żyć, gdy pomoc, jaką teraz dostają w Polsce, ustanie.
Branża HoReCa w Ukrainie różni się jednak od tej w Polsce i doświadczenie zdobyte w Kijowie, Charkowie czy Odessie nie zawsze da się wykorzystać w Warszawie, Krakowie czy Wrocławiu. Wciąż jest też problem nieznajomości języka. To poważna bariera.
Są już jednak osoby, które zapoznały się dokładnie z naszymi umowami franczyzowymi i wkrótce mogą podjąć decyzję. Obniżyliśmy zresztą kwotę, jaką franczyzobiorca musi na początek zapłacić. I myślę, że jeszcze w tym roku jedna lub dwie kawiarnie franczyzowe założone przez uchodźców z Ukrainy mogą powstać.

Rok temu działało w Polsce 12 kawiarni Dobro&Dobro, ale miała pani bogate plany rozwoju sieci. Jak duża jest teraz?
Mamy teraz w Polsce 16 kawiarni. Czterema z nich sami zarządzamy, a pozostałe to placówki franczyzowe. Ale planujemy dalsze rozszerzenie sieci, w trakcie przygotowań do uruchomienia jest kilka kolejnych kawiarni: trzy w Warszawie, w tym jedna franczyzowa i dwie nasze własne, oraz jedna we Wrocławiu.
Oprócz tego uruchomiliśmy nowy koncept Sushi:Sushi Cafe. Na razie mamy cztery bary z kuchnią japońską, ale następny ruszy już latem w Gdańsku.
Weszliśmy w jeszcze jeden nowy koncept, czyli Prosecco Oyster Bar. W menu są przede wszystkim krewetki i ostrygi podawane na różne sposoby. Pierwszy punkt nowej marki otworzyliśmy jesienią zeszłego roku na Starym Mieście w Krakowie. Mam nadzieję, że za dwa, może trzy tygodnie otworzymy kolejny we Wrocławiu. Teraz czekamy na przyznanie koncesji na sprzedaż alkoholu, bo przecież bar, który ma prosecco w nazwie, bez takiego pozwolenia nie może działać.
Chcielibyśmy, aby również w Warszawie powstał taki bar. Prowadzimy już rozmowy, ale na razie nie mogę nic więcej na ten temat powiedzieć. Konkurencja nie śpi.
A co z planami zagranicznej ekspansji? Na początek Dobro&Dobro miało się pojawić w Czechach.
I pojawiło się. Najpierw, na początku czerwca zeszłego roku, otworzyliśmy franczyzową kawiarnię Dobro&Dobro w centrum Pragi. To był skomplikowany i długi proces ze względu na lockdown obowiązujący wtedy w Czechach. A gdy już kawiarnia ruszyła, ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu stała się gwiazdą czeskich mediów. Mieliśmy kilkanaście wywiadów dla gazet, czasopism, radiostacji. I wszędzie podkreślano, że w Czechach pojawiła się polska sieć gastronomiczna. To było bardzo miłe i ciepłe przyjęcie.
Oczywiście chcemy uruchomić w Czechach więcej kawiarni. To teraz nasz priorytetowy kierunek ekspansji, bo znamy już ten rynek i wiemy, jak się na nim poruszać.
Miała pani też pomysły na inne kraje.
Owszem i cały czas otrzymujemy pytania o współpracę franczyzową – choć nigdy jej nie promowaliśmy w żaden sposób – ze Słowacji, Słowenii, Bośni i Hercegowiny, a nawet z Holandii czy z Hiszpanii. Nie jest to jednak teraz dla nas najważniejsze, chcemy się skoncentrować na uruchomieniu tych franczyz, które już zakontraktowaliśmy w Polsce czy w Czechach.

Czy pandemia nie pokrzyżowała państwu planów rozwoju sieci?
Trochę pokrzyżowała, choć początkowo wydawało się, że tak nie będzie. Ogłoszony wiosną 2020 r. lockdown spowodował, że wiele firm gastronomicznych zawiesiło lub definitywnie zakończyło działalność. Na rynku pojawiło się wiele świetnych, wolnych lokalizacji i postanowiliśmy to wykorzystać. Podpisywaliśmy nowe umowy franczyzowe. Mieliśmy nadzieję, że gospodarce uda się szybko wyjść z trudności, ale miesiące mijały i pojawiały się kolejne fale koronawirusa. Zeszły rok okazał się nawet trudniejszy niż 2020 r. Aż do początku lata z powodu przeciągającego się lockdownu nie mogliśmy działać, tak jak chcieliśmy, i to znacznie uszczupliło nasz biznes.
Musieliśmy m.in. zamknąć kawiarnię w warszawskim centrum biurowym zwanym powszechnie Mordorem. W pandemii biura zamknięto i nie było sensu dłużej utrzymywać tej kawiarni. Zresztą niedługo potem kompleks budynków, w którym znajdowała się ta kawiarnia, został rozebrany.
Teraz, gdy właśnie zdjęto praktycznie ostatnie ograniczenia, znowu mam nadzieję, że ruszymy z kopyta.

Inna i Oleg Jarowowie przyjechali z Ukrainy do Polski około sześciu lat temu. Niedługo potem założyli pierwszą kawiarnię Dobro&Dobro. Lokal stał się znany, ponieważ miał tylko 6 m kw. i okazał się najmniejszą – co potwierdzono wpisem w Księdze rekordów Guinnessa – kawiarnią w kraju. Teraz ukraińskie małżeństwo prowadzi lokale aż trzech brandów. Oprócz kawiarni Dobro&Dobro są jeszcze Sushi:Sushi Cafe oraz Prosecco Oyster Bar. Łącznie własnych i franczyzowych punktów gastronomicznych jest już ponad 20.
