Adam Zaremba-Śmietański nie tylko buduje i pisze. Interesuje się filozofią, medytuje, umie interpretować dzieła sztuki, lubi taniec towarzyski, który w młodości trenował, i gry planszowe. Nie ukrywa, że jest milionerem. Stworzył Grupę Geo, która w ciągu 30 lat zrealizowała 75 inwestycji, w nich około 4 tys. mieszkań, a w ostatnim czasie uruchomiła nakładem 150 mln zł jeden z najnowocześniejszych w Polsce szpitali wielospecjalistycznych na 300 łóżek. Na koniec 2017 r. spółki należące do Adama Zaremby-Śmietańskiego zatrudniały 60 osób i osiągnęły skonsolidowane przychody przekraczające 50 mln zł.







Na pytanie, kim właściwie jest — deweloperem? Pisarzem? — żartobliwie odpowiada, że wszystkim po trochu, a według czytelników jego powieści, prawdopodobnie także kobietą. Niewiele o nim informacji w mediach, choć jako deweloper udzielał wielu wypowiedzi o perspektywach rynku mieszkaniowego. Dlaczego tak się dzieje? Dlatego, że — jak mówi — siedzi sobie w kąciku i robi swoje.
Interes na banku
Pierwsze pieniądze zarobił na… kredycie. Był rok 1989. Właśnie wtedy Adam Zaremba-Śmietański otworzył w Krakowie swoją pierwszą, małą firmę, która dzisiaj jest główną spółką całej Grupy Geo. Wtedy funkcjonowała pod nazwą Zakłady Produkcyjno-Usługowe Geo i zajmowała się obsługą geodezyjną, pracując zarówno dla inwestorów krakowskich, jak i dla kopalni przemysłu wapienniczego.
— Taki był wówczas sznyt, że nazwa firmy powinna być długa, na pieczątce przed nazwiskiem powinno być mgr, a dyrektor musi mieć tytuł dyrektora generalnego — uśmiecha się przedsiębiorca.
Po uruchomieniu działalności, postanowił wziąć kredyt, żeby kupić niedrogi, choćby nawet zrujnowany dom — wtedy na inny nie było go stać. Miał być nie tylko jego lokum, ale także siedzibą spółki. Problemu z kredytem nie było. Inflacja wprawdzie szalała (30-50 proc. miesięcznie), ale banki pobierały niewielkie odsetki.
— Kredytów udzielano tylko w złotych, a nieruchomości kupowało się za dolary. Cena w akcie notarialnym była oczywiście wpisana w złotych, ale notariusz na chwilę wychodził z gabinetu, plik dolarów przechodził z ręki do ręki, a kiedy notariusz wracał, potwierdzał, że zapłata została uiszczona — wspomina Adam Zaremba-Śmietański.
Dzięki kredytowi kupił 30 tys. dolarów po 4,5 tys. zł. Było to przecież jeszcze przed denominacją. Połowę tej kwoty zainwestował w zrujnowany dom, połowa została i przyniosła szybki zysk.
— Po wyborach do sejmu kontraktowego nabrałem pewności, że dolary będą drożały i tak się stało. Kiedy kurs doszedł do 10 tys. zł, sprzedałem je. W ciągu trzech miesięcy kupiłem dom, spłaciłem kredyt i jeszcze mi zostało — dotąd ta sytuacja go bawi.
Niepokorny pisarz
Biznesmen ma też zmysł do marketingu. Przejawił się w wyborze pseudonimu autorskiego — Adam Abler.
— Żeby znaleźć Zarembę-Śmietańskiego, szukający mojej książki w księgarni musiałby podejść do ostatniego regału po prawej stronie, położyć się na podłodze i na najniższej półce być może by ją dostrzegł. A dlaczego Abler? To proste. Były kiedyś takie ogłoszenia: „Aaaby wziąć pożyczkę”. Pomyślałem, że jeśli w pseudonimie pierwszą literą będzie A, a drugą B, to moja książka znajdzie się w księgarni na górnej półce po lewej stronie. Każdy ją dostrzeże — wyjaśnia przedsiębiorca. Jako pisarza drażni go, że każdy utwór musi być zakwalifikowany do jakiegoś gatunku literackiego, ponieważ nie wszystkie powieści mieszczą się w schematach.
— Dyktat wtłaczania powieści do jakiegoś gatunku ma negatywny wpływ na literaturę, bo zmusza autora do zmieszczenia się w oczekiwaniach jakiejś grupy czytelniczej. Kiedy ktoś pyta, dla kogo ma być moja książka, dla jakiej grupy celowej, żartuję, że jedyne, co mogę odpowiedzieć, to… dla myślącej — mówi autor powieści „Na granicy światów” (wydanej w 2014 r.) i znajdującej się obecnie w księgarniach „Trzeciej księgi” (2018 r.).
Adama Zarembę-Śmietańskiego zawsze ciągnęło do pisania, ale nigdy nie był zadowolony z tego, co powstawało. Dlatego wydał dopiero „Na granicy światów” — książkę bazującą na jego doświadczeniach biznesowych. Jest w niej wszystko, co dotyka przedsiębiorców: oszustwa wekslowe, przedłużanie procedur urzędniczych i wrogie przejęcie. Tylko to ostatnie nie dotyczyło samego autora. „Trzeciej księgi” zakwalifikować do określonego gatunku się nie da. Jest trochę książką psychologiczną, trochę filozoficzną, jest w niej romans, są fascynacje metafizyczne i tajemnice sprzed 500 lat.
— Taki różnorodny jest właśnie świat — wielopoziomowy. Można go odbierać w sposób prosty, zmysłowy lub na poziomie fascynacji umysłowych czy duchowych. Można świat traktować jako zlepek atomów, albo wejść głębiej i zrozumieć, że świat to jest energia, albo, jak ktoś woli, struny — to modna teoria, która zakłada, że przestrzeń, w której żyjemy, ma co najmniej 10 wymiarów. Świat jest skomplikowany, ale zarazem wszystko jest ze wszystkim połączone. „Trzecia księga” też jest wielowymiarowa, właśnie taka jak świat — tłumaczy pisarz.
Dzieciństwo z szamanem
Życie Adama Zaremby-Śmietańskiego też było różnorodne i wielowymiarowe. Kilka lat spędził w Ghanie, ponieważ jego ojciec zarządzał tam najpierw ghańskimi kolejami, a potem był głównym inżynierem portowym w portach Akra i Tema. Pobytu w Afryce biznesmen nie wspomina jednak dobrze.
— Częste przeprowadzki sprawiały, że mieszkaliśmy w takiej lub innej willi, ale zawsze odcięci od znajomych, cywilizacji, imprez, telewizji. Jednocześnie to Ghanie zawdzięczam, że jestem otwarty na wszystkie kultury, na różne pomysły, światopoglądy. Nie odrzucam żadnego, ale też nie wierzę z automatu. Lubię wszystko sprawdzić, dotknąć, zastanowić się — twierdzi Adam Zaremba-Śmietański.
Wcześniej o tym nie myślał, ale teraz dochodzi do wniosku, że tę otwartość i ciekawość świata, którą ma, może po części zawdzięczać szamanowi, który był ogrodnikiem w domu jego rodziców.
— Patrzyłem, jak puszcza jakieś dymy, miesza jakieś płyny, coś nuci, śpiewa i słyszałem, że ludzie, którzy do niego przychodzą, zdrowieją. Może był to efekt placebo. Nie jestem medykiem, więc trudno mi ocenić, ale efekt placebo czy psychologiczny też jakąś rolę w zdrowieniu odgrywa — uważa Adam Zaremba-Śmietański.
Od urzędnika po dewelopera
Zainteresowania humanistyczne przyszły jednak z czasem. Najpierw były studia matematyczne, informatyczne, później ekonomia na Akademii Ekonomicznej w Krakowie (dzisiaj Uniwersytet Ekonomiczny).
— Dopiero dalsze życie pokierowało mną tak, że rozszerzyłem spektrum działalności. Dlatego w latach 90. zacząłem budować pierwsze budynki mieszkalne — mówi biznesmen.
Żartuje, że co prawda nie sprawdzał tego, ale być może był pierwszym w Polsce deweloperem, choć słowo deweloper jeszcze wtedy nie istniało. Zanim został przedsiębiorcą, w latach 80. pracował jako informatyk, potem jako główny księgowy w krakowskim biurze projektowym Miastoprojekt, ponieważ było to jedyne stanowisko o randze dyrektorskiej, którego nie trzeba było obsadzać ludźmi z nomenklatury PZPR. Pasjonowało go pisanie programów komputerowych, a nie praca księgowego, teraz jednak uważa, że było to cenne doświadczenie, bo otarł się o system kierowania przedsiębiorstwem. Działalność na własny rachunek zaczął od prac geodezyjnych, nie trwało to jednak długo. Zaczął marzyć o zaspakajaniu potrzeb mieszkaniowych Polaków. Na mieszkanie czekało się wtedy 30 lat w spółdzielnianej zamrażarce, ale żeby nie mówiło się o tym, ile to trwa, powstało Biuro Obsługi Kandydatów do Spółdzielni Mieszkaniowych, w którym też trzeba było pobyć kilka lat, aby awansować na członka spółdzielni. Adam Zaremba- -Śmietański postanowił pomóc czekającym na swoje lokum.
— Na szczęście nie było jeszcze RODO, dyrektor biura pozwolił mi więc wysłać listy do zainteresowanych inwestycją w mieszkanie. Wydałem wtedy wszystkie swoje pieniądze na znaczki pocztowe. W pierwszej turze wysłałem 40 tys. listów, w drugiej 15 tys. W ten sposób pozyskałem grupę osób, dla których zacząłem budować mieszkania — wspomina początki swojej przygody z deweloperką.
Pierwsze sukcesy
Pieniądze pozyskał od zainteresowanych, ponieważ kredytów hipotecznych w Polsce jeszcze nie było. Zadziwiające, że zdobył zaufanie ludzi, powierzających mu swoje — często wszystkie — oszczędności. Zwłaszcza że był to czas afery związanej z Drewbudem Piotra Bykowskiego i parabankiem Lecha Grobelnego. Drewbud miał budować tanie domy. Spółka przyjmowała wpłaty w zamian za swoje akcje, które nie dawały żadnych uprawień właścicielskich, a pieniądze przeznaczała na spłaty pożyczek, których udzielał należący do Bykowskiego Invest-Bank. Był to również czas bankructwa parabanku Lecha Grobelnego.
Na wiarygodność trzeba było więc zasłużyć. Adam Zaremba-Śmietański wpadł na pomysł, by pogrupować zainteresowanych mieszkaniami tak, by każda grupa wybrała swój zarząd, który odpowiadał za pieniądze przeznaczone na budowę i puszczał je w kolejnych transzach. Zainteresowanie było tak duże, że pierwsza inwestycja dotyczyła nie jednego, lecz od razu czterech budynków — osiedli wtedy jeszcze się nie budowało.
Później zaczął budować na swój rachunek. Zadecydował o tym trochę przypadek. W 1992 r. powstało Biuro Wspólne Banku Światowego i Rządu Polskiego, które miało testować w naszym kraju nowy produkt, czyli kredyt hipoteczny przed wprowadzeniem go w budownictwie wielorodzinnym. Adam Zaremba-Śmietański zgłosił się do testowania kredytu. Było około 60 aplikacji, ale wytypowano właśnie jego. Wcześniej dwa razy kredytu mu odmówiono. Pierwszy raz dlatego, że nie był spółdzielnią mieszkaniową, a drugi, ponieważ sieci uzbrojenia podziemnego nie były pomalowane na czerwono. Potem już problemów nie było. Nawet po kryzysie w 2008 r. i odmrożeniu kredytów prawdopodobnie pierwszych dwóch udzielono warszawskiej firmie Dom Development i właśnie Grupie Geo z Krakowa.
Medytacja w biznesie
Adam Zaremba-Śmietański uważa, że w jego przypadku o sukcesie zdecydowały odpowiednie proporcje optymizmu i pesymizmu. Optymizm jest potrzebny na początku, ale nie można od razu przystępować do działania w euforii, warto najpierw przyjąć rolę pesymisty, obliczyć wszystkie warianty negatywne. Nie można jednak przesadzać.
— Jest wiele rzeczy policzalnych i przeliczalnych, ale czasem liczymy do przesady. Liczymy np. nadzieje matematyczne poszczególnych przedsięwzięć, całe ich drzewka, co się może stać w różnych wariantach, a są przecież elementy niepoliczalne i nie sposób drogą logiki dojść do pewnych rozwiązań. Mnie pomaga wtedy umiejętność medytacji — wyjaśnia biznesmen.
Wykłada, że po odniesieniu sukcesu wierzący powie: Bóg mi zesłał, niewierzący — że pomogła mu intuicja, zwolennik Younga, że zadziałała nadświadomość.
— Wszystko jedno, jak to nazywać, ale przychodzi taki moment, że człowiek siada do medytacji i w pewnym momencie już wie. Nie oznacza to, że ma wizję, ale ma pomysł. Jeśli da się go zweryfikować metodami obliczeniowymi, lub dojdzie się do jego potwierdzenia w grupie wielu osób, to intuicja świadomie stosowana w praktyce odgrywa istotną rolę w biznesie — co do tego nie ma wątpliwości. Trzeba więc wiedzieć, co się liczy aż do najwyższego stopnia abstrakcji, ale jednocześnie umieć się od tego oderwać, bo jeżeli coś się robi i robi, to czasem trzeba się zastanowić, czy nie jest się już na obszarze czerwonego oceanu, na którym trwa walka, bo to jest już branża mało perspektywiczna. Warto wtedy wypłynąć na błękitne wody — twierdzi biznesmen.
Szpital z prywatną dotacją
W 2017 r. Adam Zaremba-Śmietański wybudował nowoczesny wieloprofilowy szpital specjalistyczny w Katowicach, bo — jak mówi — spodobał mu się etos pracy mieszkańców miasta i konkretne podejście do rozwiązywania problemów. Zjednał go też ówczesny prezydent Katowic.
— Zaraz po kupieniu czterech działek w Katowicach odebrałem telefon z nieznanego numeru. Dzwonił prezydent i zapraszał mnie na rozmowę. To był szok, że nie ja muszę się ubiegać o audiencję u włodarza miasta. Nastawiłem się na krótką, kurtuazyjną rozmowę, a okazało się, że czeka na mnie również ośmiu naczelników wydziałów. Wszyscy pytali, co mogą zrobić, aby dobrze się nam współpracowało. Byłem kompletnie zaskoczony — wspomina deweloper.
Działki nie zostały kupione z przeznaczeniem na budowę szpitala. Zadecydowało o tym niefortunne zderzenie Adama Zaremby-Śmietańskiego z medycyną. Zbulwersowała go niefrasobliwość niektórych lekarzy. Wtedy postanowił zbudować szpital wzorcowy. Udało się tylko częściowo, bo choć powstała wielospecjalistyczna placówka przeznaczona do działalności całodobowej przez siedem dni w tygodniu, z 10 oddziałami, blokiem operacyjnym, zakładem diagnostyczno-obrazowym, laboratorium, pracownią endoskopową i angiograficzną i podjazdem dla karetek, to na jej drodze do sukcesu stanęła ustawa o sieci szpitali.
— Wobec szpitali prywatnych były dwa zarzuty. Uznano, że wiele z nich to szpitale nastawione na wybrane, bardziej opłacalne procedury, np. leczenie zaćmy. Drugi zarzut dotyczył pracy prywatnych szpitali tylko w trybie planowym, a takie placówki nagłych przypadków nie przyjmują, jednak ustawę zrobiono w pośpiechu, niestarannie — uważa Adam Zaremba-Śmietański.
Przyjęta w październiku 2017 r. ustawa umożliwia wejście do tzw. sieci szpitali tylko placówkom, które przez co najmniej dwa lata miały zawarte umowy z NFZ. Nowy szpital nie ma więc szans. Kiedy ustawa dopiero zaczynała powstawać, mówiło się, że 75 proc. pieniędzy publicznych będzie przeznaczonych na sieć, a 25 proc. na konkursy uzupełniające dla reszty szpitali. Proporcje te stopniowo się zmieniały, teraz wynoszą 91 proc. do 9 proc.
— Zmieniono też kryteria przystępowania do konkursów, teraz należą do nich: wieloletnia działalność, określona liczba przeprowadzonych zabiegów, posiadanie certyfikatu nadanego przez Ministerstwo Zdrowia od dwóch lat. Rezultat jest taki, że najwspanialej wyposażony szpital z najlepszą kadrą może zdobyć 20 pkt. na 65 możliwych — wylicza inwestor.
W katowickim szpitalu na razie działa jeden oddział urologiczny, placówka wykorzystuje więc tylko jedną dziesiątą swoich możliwości.
— To dziwaczne, że mieszkańcy Śląska nie mogą korzystać z nowoczesnego szpitala, break even point [miejsce, w którym przychody ze sprzedaży zrównują się z kosztami — red.] dla szpitala jest obliczony na 55 mln zł, a kontrakt na urologię wynosi 5 mln zł. Do szpitala dokładam co miesiąc 800 tys. zł, przyjdzie więc kiedyś moment, że powiem dość. Moje motywy były altruistyczne, ale o pieniądzach też muszę myśleć. Szpital musi wychodzić przynajmniej na zero, a placówka tej wielkości nie ma szans wyżyć z komercji, to może się udać 20-łóżkowemu, małemu szpitalowi — tłumaczy Adam Zaremba-Śmietański.
Pisarz po godzinach
Odskocznią od problemów ze szpitalem jest twórczość. Zaczęła powstawać trzecia książka, a sposób jej pisania jest równie ciekawy jak pierwszych dwóch — Adam Zaremba-Śmietański wciąż czerpie inspiracje z medytacji i chociaż zawsze ma plan, nigdy jednak nie wie, jak potoczy się akcja.
— Nie sposób pisać bez planu, bo powstanie chaos, ale zmuszanie bohaterów, by postępowali wbrew temu, co czują, też nie jest w porządku. Mam więc plan, siadam do medytacji i bardzo mnie ciekawi, co się dalej stanie. Czy będzie jakieś zdarzenie zewnętrzne, czy bohaterowie chcą coś zrobić... Po pewnym czasie, kiedy się przebywa w stanie medytacji, przychodzi odpowiedź. Czasem bohaterowie chcą zrobić coś innego niż miało się w planie, plan byłby wtedy gwałtem na bohaterach powieści, więc zmieniam go — wyjaśnia jako Adam Abler.
Stosuje metodę neurofeedbacku, w której człowiek jest podpięty pod elektrody, mierzące fale mózgowe o określonej częstotliwości, w określonych częściach mózgu. Dzięki temu wie, że wstępem do stanu medytacji jest połącznie koncentracji z rozluźnieniem.
— Takim narzędziem medytacyjnym jest „Ogród ziemskich rozkoszy” opisany w „Trzeciej księdze”. Chodzi o nastrój całego obrazu, a zarazem przeogromną liczbę szczegółów z niezwykłym pietyzmem oddanych przez Hieronima Boscha. Nigdzie nie spotkałem interpretacji, którą odnalazłem w tym obrazie. Chodzi mi o kolor szaty Jezusa w lewej części tryptyku, który jest identyczny z dwoma dziwnymi, pół architektonicznymi, pół żywymi tworami w części lewej i części środkowej. Te twory są dla mnie materializacją siły, która przenika świat. Katolik nazywa to duchem świętym — dodaje pisarz.
Nie sposób określić, czy Adam Zaremba-Śmietański jest bardziej biznesmenem i deweloperem czy humanistą i pisarzem. Jedno jest pewne — potrafi zaintrygować. &
