Bokserzy zawodowi wcale nie zarabiają milionów dolarów. To tylko mit. Tych, którzy są rzeczywiście bogaci, można policzyć na palcach jednej ręki. Najczęściej są nimi naprawdę wybitni sportowcy, supergwiazdy wagi ciężkiej. Jak mówi Agnieszka Rylik, mistrzyni świata w wadze lekkopółśredniej federacji WIBF, zdecydowana większość zawodników zarabia takie sobie pieniądze — nie za duże. A boks kobiecy? To inna sprawa, kobiety zarabiają w tym sporcie mniej.
Ładnie to tak? Bić się za pieniądze?
Agnieszka Rylik: W zasadzie przez 10 lat nie biłam się za pieniądze, więc dla mnie to bez różnicy. Uwielbiam walkę. Boks to supersport. Lubię w nim nawet nie rywalizację o mistrzostwo, gdzie do głosu dochodzi stres, presja itp. Najbardziej cieszą mnie sparingi z osobami, które znam...
Z facetami?
A.R.: Tak. Mam sparingpartnera, z którym się bardzo dobrze znamy. Podczas walki ciężko go uderzyć, trzeba cudować, robić milion różnych zwodów, zanim się dobrze trafi. I właśnie taka walka najbardziej mnie bawi. Typowo techniczna, w zasadzie polegająca na tym, kto lepiej pomyśli, bo warunki fizyczne na pewnym etapie wszyscy mają jednakowe, wszyscy mocno uderzają, wszyscy są twardzi, a w takiej walce chodzi raczej o przełamanie presji psychicznej, to już jest walka umysłów.
Przyszliśmy we dwóch, bo się trochę boimy.
A.R.: Dlaczego?
W końcu jesteś mistrzynią świata w boksie zawodowym.
A.R.: Ale jestem grzeczna... czasami. Zresztą kariera sportowa kiedyś się kończy.
No nie, bez przesady.
A.R.: Niestety mam już 28 lat i chciałabym boksować jeszcze ze dwa lata. Tu jednak dużo zależy od zdrowia, bo wyczynowe uprawianie sportu — nie oszukujmy się — nie jest zdrowe. Oczywiście boks nadal mnie bawi i mogłabym to robić przez najbliższych kilka lat. Cały czas się rozwijam, mam swoje cele. Dla mnie tak naprawdę nie jest ważne, kogo pokonam. Ważniejsze jest to, że wymyślę nową, lepszą kombinację i to mnie motywuje do pracy.
Kombinację? Chodzi o ciosy?
A.R.: (śmiech) Tak. Tu chodzi o to, że na przykład wy napiszecie taki artykuł, z którego będziecie w 100 proc. zadowoleni, a w moim przypadku chodzi o to, że akurat wyczuję tempo i uderzę taką wymarzoną kombinację. Mnie to bardzo cieszy.
Co po zakończeniu kariery sportowej? Jakiś własny biznes?
A.R.: Całkiem możliwe. Podoba mi się dziennikarstwo, może zaistnieję politycznie — to takie ciągoty po studiach, bo skończyłam politologię. Mam parę propozycji... na razie boksuję.
Ale może w prowadzeniu biznesu byłoby Ci łatwiej, w końcu potrafisz świetnie walczyć?
A.R.: Nie sądzę. W ringu jest prościej. Jest sędzia i czyste zasady walki, a w biznesie często nie stosuje się żadnych zasad, można oszukiwać, uderzać poniżej pasa, kopać w piszczel...
Kto jest Twoim idolem w boksie? Ideałem?
A.R.: Nie mam idoli i nie mam ideałów. Na każdego można znaleźć haka i to wykorzystać. Podoba mi się Roy Jones Jr. Podobają mi się jego mocne pojedyncze ciosy, wejścia, szybkość, przegląd. Jest rewelacyjnym zawodnikiem.
Dużą satysfakcję sprawia nokaut przeciwnika?
A.R.: Nie, na nokaut nigdy nie można się nastawiać. Co prawda, na swoim koncie mam 11 walk, w tym 10 wygranych przed czasem, ale nigdy nie wychodzę na ring z myślą o nokaucie. Chociaż, z drugiej strony, nokaut jest zwycięstwem bezdyskusyjnym.
Czujesz na ringu presję pieniędzy?
A.R.: Kiedy już dochodzi do walki, to o pieniądzach się nie myśli... Pieniądze są ustalane przed walką i nieważne, czy wygrasz, czy przegrasz. Podpisujesz kontrakt przed walką i wtedy wiesz, o co walczysz. Ktoś może się obawiać, że jak przegra, to z czasem będzie tracił dobre stawki, ale ja z tym nie mam problemu. Na ringu staram się być bardzo skoncentrowana. Gdy dochodzi do pojedynku, to już nie myślę o tym, co będzie, jak przegram lub wygram. Nie myślę o tym, że na hali jest kilka tysięcy osób z mojego rodzinnego miasta. Przed walką to wszystko odrzucam.
Często walki w boksie są „ustawiane”?
A.R.: Cały ten światek odbierany jest zbyt stereotypowo. Ustawione walki w boksie zawodowym to jakaś kompletna bzdura. Te dwie rzeczy mają tyle wspólnego ze sobą, co świnka morska z morzem. Wiadomo, że promotorzy na początku kariery załatwiają przeciwnika, który jest słabszy i wtedy...
... jest wygrana i tak podkręca się statystykę walk?
A.R.: I tak zapewnia się rozwój. Jeżeli chcesz mieć profesjonalny debiut, to nie warto od razu walczyć z kimś, kto ma już na swoim koncie 10 walk i wszystkie wygrane przez nokaut. To trzeba zaplanować i komuś może się wydawać, że niektóre walki są ustawione. Z drugiej strony rzeczywiście, np. ostatnia walka Michalczewskiego... Na takim poziomie nie powinno się walczyć z tak marnym zawodnikiem. To nie była ustawiona walka, ale promotorzy wiedzieli, że przeciwnik Michalczewskiego nie umie boksować. Przecież on nawet nie dostał mocnego ciosu. Po pierwszym uderzeniu patrzył do narożnika, czy się nie poddać.
To z kim powinien walczyć Tiger? Z Royem Jonesem?
A.R.: Myślę, że Michalczewski by z nim przegrał. Zresztą znalazłoby się jeszcze co najmniej kilku zawodników, z którymi miałby kłopoty.
Ponoć walk Michalczewskiego nie wycenia się w USA zbyt wysoko?
A.R.: No... na pewno nie. Nie dostałby tam takich pieniędzy jak w Niemczech, bo boksem rządzą telewizje. Stacje niemieckie nie przejmują się tym, kto jest przeciwnikiem. One chcą mieć swoich własnych mistrzów. Pompują ich, pompują, a ich przeciwnicy są nieistotni. Natomiast np. HBO w życiu nie zgodziłoby się na walkę mistrza z jakimś słabym przeciwnikiem. Dlatego myślę, że do walki Roya Jonesa Juniora z Michalczewskim nie dojdzie, a swoją drogą Michalczewski powinien wiedzieć, kiedy przestać, żeby zejść z ringu niepokonanym.
Jak duże są różnice w pieniądzach, które na boksie zarabiają mężczyźni i kobiety?
A.R.: Istotne.
Czyli?
A.R.: Spore...
Ale gdybyśmy mieli operować konkretnymi kwotami?
A.R.: Właśnie. Tutaj znowu krąży jakiś mit, że bokserzy zawodowi zarabiają miliony dolarów. Takich, co tak zarabiają, można policzyć na palcach. Wybitni bokserzy, supergwiazdy, waga ciężka — tam można zarobić grube pieniądze. Większość zawodników zarabia takie sobie pieniądze, nie za duże, i nie są to na pewno miliony dolarów. A boks kobiecy to inna sprawa. Kobiety zarabiają mniej. Boks kobiecy jest młodszą dyscypliną...
... i nie jest tak popularny.
A.R.: Ale w zasadzie rozwija się tak jak męski. Na razie w boksie kobiecym zarabiają sławne nazwiska, czyli córki sławnych bokserów, np. Laila Ali. Oczywiście, pewnie jest ze sto lepszych bokserek od nich, bo ich poziom nie jest wysoki, ale to właśnie nimi interesują się media. Jeżeli telewizja jest zainteresowana, ma swoją gwiazdę, to za nią płaci. Natomiast sportowcy w Polsce mają pod tym względem gorzej. Nie mamy dobrze rozwiniętego rynku medialnego. W Anglii jest kilka telewizyjnych kanałów sportowych, z którymi można negocjować. W Polsce była Wizja Sport, z którą nam się miło współpracowało...
U nas telewizja przyzwyczajona jest do tego, że to jej trzeba płacić, żeby coś pokazała. W ogóle naszym mediom wszystko się poprzestawiało, na Zachodzie to gwiazdom płaci się za to, że gdzieś się pokażą, a u nas jest prawie odwrotnie.
A jak jest ze sponsorami i pieniędzmi za udział w reklamach?
A.R.: Z tym jest średnio. Marketing sportowy w Polsce to głównie układy. Jak się z kimś zbratasz, to jest dobrze, bo wszystko jest robione po układach. Dla ludzi z reklamy nie jest ważne, że jesteś mistrzem świata i walczyłeś w Las Vegas. Ważniejsze jest, czy masz układy. Jeżeli tak, to wtedy możesz być nawet z Koziej Wólki. Ze sponsoringiem w Polsce też jest kłopot. Co prawda, mam swoich sponsorów.
To są polskie firmy?
A.R.: Tak. Współpracuję z firmą Super Fish. Współpracuję też z Junakiem. Wiele firm nie chce być kojarzonych z boksem.
To może lepiej pojechać na Zachód i tam robić karierę?
A.R.: Zaraz, zaraz. Ja nie narzekam. Mam podpisany kontrakt z Polish Boxing Promotion. Mam w kontrakcie liczbę walk, mam zaplanowany rozwój, supertrenerów, sparingpartnerów, którzy przyjeżdżają z całego świata. Mam najlepiej, jak może być.
I mówisz to, mając świadomość tego jak mogłabyś żyć np. w Stanach?
A.R.: Tak, bo wiem, od czego zaczynał Andrzej Gołota. On nie miał superwarunków, nie miał pieniędzy. Na Zachodzie nie ma raju. Na początku kariery w Polsce miałam stypendium, żebym mogła zajmować się tylko boksem. A ludzie na Zachodzie normalnie pracują i trenują, trenują i pracują. Często dopiero po zdobyciu tytułu mistrza mogą sobie pozwolić na rzucenie innej pracy.
A często bywa jak w filmie „Wściekły byk”? Mistrzowie kończą w rynsztoku, czy to tylko film?
A.R.: Rzeczywiście niewielu dobrych bokserów potrafiło poradzić sobie w życiu po zakończeniu kariery sportowej. Część oczywiście potrafi zadbać o swoją przyszłość, odłożyć jakieś pieniądze. Ale część... Imprezy między walkami i ciągła zabawa. No i nie oszukujmy się, niektórzy z zawodników są nie za bardzo rozwinięci umysłowo, jak w każdym sporcie.
Zawsze trzeba pamiętać, że kolejna walka może być ostatnia, bo przecież w tej dyscyplinie bardzo łatwo o kontuzję...