Bomb(k)owy interes

  • Ewa Bednarz
opublikowano: 23-12-2020, 19:58

Najstarszą firmę rodzinną produkującą ozdoby choinkowe założył stolarz, przejął ją jego syn – perkusista, a później wnuk – niedoszły hotelarz i pilot wycieczek zagranicznych, który prowadzi ją z żoną – z wykształcenia… piekarzem. Los bywa nieprzewidywalny.

Cnota cierpliwości:
Cnota cierpliwości:
Dzisiaj dmuchaczy jest niewielu, ponieważ dojście do wprawy trwa kilka lat. Dopiero po nabraniu jej zaczyna się prawdziwa praca. Dla młodych ludzi to za długo – uważa Paweł Fogiel, właściciel Fabryki Fogiel, manufaktury ozdób choinkowych.
Marek Wiśniewski

Polskie bombki są najpiękniejsze na świecie, co do tego nikt nie ma wątpliwości – nawet za oceanem, bo tam trafia większość z nich. Prasa donosiła nawet, że grają w świątecznych produkcjach amerykańskich i wcale nie musi to być plotką. Wprawdzie Paweł Fogiel, obecny właściciel Fabryki Fogiel, w której powstają małe dzieła sztuki, przyjmuje to z rezerwą, ale nie zaprzecza. On również produkcję, jak większość polskich wytwórni bombek, kieruje do Stanów Zjednoczonych. Drugiej takiej firmy z kilkudziesięcioletnią tradycją jednak nie ma.

Perkusista biznesmen

Marek Wiśniewski

Historia Fabryki Fogiel zaczęła się w latach powojennych, choć Jan Fogiel, ojciec siedmiorga dzieci, jeszcze przed wojną postanowił wybudować na warszawskim Grochowie czteropiętrową kamienicę dla wszystkich swoich potomków. Nie spodziewał się wówczas, że jego stolarski warsztat, który został urządzony w piwnicy, a w pierwszych latach po wojnie zmieniający się w firmę bombkarską, przykuje do siebie kolejne dwa pokolenia. Zdołał jednak namówić syna na przejęcie interesu. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że Jerzy Fogiel wolał w kamienicy na Kordeckiego urządzać próby wraz z zaprzyjaźnionymi muzykami, z którymi grał na co dzień – Urszulą Dudziak i Michałem Urbaniakiem.

– To był grający dom. Nie wiem, jak sąsiedzi to znosili, bo kiedy Ula ćwiczyła, to szyby w oknach się trzęsły, ale to były fajne czasy – uśmiecha się Paweł Fogiel, syn Jerzego.

O ile założyciel wytwórni miał pracowników, o tyle jego syn muzyk sam zaczął podpatrywać pracę dmuchaczy i bombki dmuchać. Nauczył tej sztuki również swojego syna Pawła – obecnego właściciela firmy, który z zawodem hotelarza i pilota wycieczek zagranicznych nie miał okazji się zetknąć.

– Kiedy skończyłem studia, ojciec powiedział: „chcesz synku zarabiać pieniądze, bierz się za produkcję bombek”. Byliśmy już po ślubie z Wiesią i trzeba było z czegoś żyć. Zrezygnowałem więc z wyuczonego zawodu – wspomina właściciel rodzinnej schedy.

Wiesława Fogiel też zrezygnowała z zawodu piekarza i od czasów narzeczeńskich zajmuje się zdobieniem choinkowych świecidełek.

Pierwszy eksporter

Stopnie trudności:
Stopnie trudności:
Paweł Fogiel wyjaśnia, że najłatwiej wykonać bombki okrągłe, które wystarczy wydmuchać ze szklanej rurki. Kształt grzybków, szyszek czy domków nadają specjalne aluminiowe formy. Dmuchanie jest wtedy znacznie trudniejsze, ponieważ trzeba wybrać odpowiedni moment włożenia szkła do ognia, aby nie powstały naprężenia, które powodują pękanie.
Marek Wiśniewski

Przez kilka lat Paweł Fogiel pracował razem z ojcem, który okazał się nie tylko świetnym jazzmanem, lecz także biznesmenem.

– W czasach PRL-u towary mogły być eksportowane tylko przez Centralę Handlu Zagranicznego. Mój ojciec pierwszy w Polsce zrobił to jako osoba prywatna. Kiedy tylko zaczęło to być możliwe, wystąpił o koncesję. Miał ją wprawdzie z numerem trzecim, ale posiadacze dwóch pierwszych nie skorzystali z nich – opowiada Paweł Fogiel.

Pierwsza partia bombek pojechała do Niemiec Zachodnich, a właściwie została zawieziona przez właściciela firmy w towarzystwie dwóch synów.

– Na granicy wszyscy byli zdziwieni, że tak można, ale dokumenty były w porządku, więc nas puścili – tłumaczy Paweł Fogiel.

Potem pojawił się jednak kłopot z płatnościami. Niemcy przesyłali marki, a bank wypłacał bony towarowe, ponieważ nie wolno było mieć dewiz.

– Nie obyło się awantury w Ministerstwie Finansów, bo za bony przecież się dało kupić na Zachodzie lakiery do zdobienia bombek. Ministerstwo ustąpiło, ale potem trzeba było z każdej marki się tłumaczyć – śmieje się Paweł Fogiel.

Przyznaje też, że ojciec perkusista, mimo że artysta, potrafił załatwić wszystko. Jak wyrzucali go drzwiami, to wchodził oknem, a po śmierci założyciela fabryki postawił na firmę i grał już tylko okazjonalnie. Później nie tylko fachu, ale i prowadzenia biznesu musiał się nauczyć jego syn.

Wiosenny wysyp

Marek Wiśniewski

Paweł Fogiel wychowywał się w warsztacie, a wszystkie panie malarki to były jego ciocie. W czasach PRL-u pracowało ponad 20 osób, było siedmiu dmuchaczy, dziesięć malarek i osoby pomagające przy pakowaniu. Dzisiaj zmienił się sposób pracy. Firma zatrudnia do zdobienia bombek chałupników.

– Dostarczam im materiały i wzór. Malują na konkretny termin, a ja w umówionym dniu odbieram gotowy towar i przywożę do warsztatu. Pozostaje tylko ścinanie, kapslowanie i pakowanie. Dzisiaj nie opłaca się zatrudniać pracowników na stałe, ponieważ koszty rosną. Wiele warsztatów w ten sposób oszczędza – wyjaśnia przedsiębiorca.

Największy ruch w bombkarskim świecie – co dla wielu może być zaskakujące – jest w maju, czerwcu i w lipcu, ponieważ w sierpniu i we wrześniu towar musi być wysłany.

– Najwięcej pracy jest wtedy, kiedy wszyscy myślą o urlopie i leżeniu na plaży. Amerykanie muszą jednak dostać bombki we wrześniu, najpóźniej na początku października, żeby rozwieźć je po całym kraju – mówi Paweł Fogiel.

O wzornictwie na nowy sezon trzeba myśleć wcześniej – już w styczniu. Wtedy odbywają się międzynarodowe targi bombkarskie we Frankfurcie nad Menem. Zjeżdżają się producenci ozdób świątecznych z całego świata i wielkie korporacje, które chcą je kupować. Właśnie tam zawiera się kontrakty, a w lutym, najpóźniej w marcu trzeba dostarczyć zamawiającym zrobione pierwowzory. Dopiero wtedy zaczynają spływać konkretne zamówienia i zaczyna się walka z czasem.

Papieski akcent

Edukacja i zabawa:
Edukacja i zabawa:
W warszawskiej wytwórni Pawł Fogla powstaje 120-130 tys. bombek rocznie. Organizowane są w niej również pokazy produkcji bombek dla szkół i przedszkoli. Dzieci w czasie warsztatów same je malują.
Marek Wiśniewski

Obecność we Frankfurcie jest jednak dla wystawcy sporym kosztem –trzeba wydać około 80 tys. zł, a przy słabych zamówieniach koszty w małych firmach mogą się nie zwrócić. Część z nich pełni więc rolę obserwatorów, albo korzysta z pośrednictwa największych producentów na rynku. Trendy trzeba jednak znać.

– Kiedyś otworzyliśmy z przyjaciółmi drugą firmę Silverado, która mieści się w Józefowie pod Warszawą i dzisiaj jest jedną z największych i najprężniejszych fabryk w Polsce. Zrezygnowaliśmy jednak z jej prowadzenia, bo czasu było za mało na dwa warsztaty, ale wciąż współpracujemy i za ich pośrednictwem realizujemy zamówienia eksportowe – mówi Paweł Fogiel.

A zamówienia bywają zaskakujące.

– Malowaliśmy np. na bombkach budynek Kapitolu i Białego Domu. Mieliśmy też zamówienie od Szwajcara na namalowanie godła Zurychu. Nikt z nas nie miał pojęcia, jak ono wygląda, a to jest czarny smok – mówi Paweł Fogiel.

Firma jest jednak najbardziej dumna z bombek z godłem papieskim wysłanych samolotem do Watykanu dla Jana Pawła II. To były jego pierwsze święta jako papieża.

– Największym dla nas szokiem był list z podziękowaniem, który dostaliśmy później z własnoręcznym podpisem papieża – podkreśla Paweł Fogiel.

Dzisiaj list oprawiony w ramki wisi na ścianie warsztatu.

Trudny fach

Marek Wiśniewski

Do produkcji bombek trzeba mieć cierpliwość i dryg. Nie chodzi tylko o zdolności manualne, które są niezbędne do wykonania precyzyjnych zdobień. Długich ćwiczeń wymaga samo dmuchanie bombek.

– Dzisiaj dmuchaczy jest niewielu, ponieważ dojście do wprawy trwa kilka lat. Dopiero po nabraniu jej zaczyna się prawdziwa praca. Dla młodych ludzi to za długo – mówi Paweł Fogiel.

Najprostsze do wykonania są bombki okrągłe, które wystarczy wydmuchać ze szklanej rurki. Kształt grzybków, szyszek czy domków nadają specjalne aluminiowe formy. Dmuchanie jest wtedy znacznie trudniejsze, ponieważ trzeba wybrać odpowiedni moment włożenia szkła do ognia, aby nie powstały naprężenia, które powodują pękanie.

Dobrych formiarzy też na rynku pozostało już niewielu, a formy do bombek muszą być tak zrobione, by bombki przy wyjmowaniu nie pękały. Najwięcej jest ich jeszcze w Częstochowie, która jest bombkowym zagłębiem Polski.

Opłacalny eksport

Marek Wiśniewski

W warszawskiej wytwórni powstaje 120-130 tys. bombek rocznie. Od 2014 r. organizowane są w niej również pokazy produkcji bombek dla szkół i przedszkoli. Dzieci w czasie warsztatów same je malują. Wszystko odbywa się w piwnicy warszawskiej kamienicy – na 130 mkw. To nieliczne bombki, które pozostają w kraju. Firma nie chce sprzedawać na polskim rynku na większą skalę. Przed świętami otwiera tylko mały sklepik w kamienicy.

– W Polsce sklepy chętnie przyjmą towar w komis, a jak nie sprzedadzą, to oddają, dlatego wolimy bombki eksportować. Mamy gwarancję, że nie zostaną zwrócone, a płatność będzie w ustalonym terminie. Poza tym rynek amerykański jest bardzo chłonny. Amerykanie kupują wszystko, co się oferuje nie tylko od nas, ale również od innych firm – tłumaczy Paweł Fogiel.

Polskie bombki Amerykanie nie tylko cenią, ale i dobrze wyceniają. Poniżej 100 USD się nie kupić i nie jest to mowa o zestawie, lecz o sztuce.

W tym roku już tak dobrze nie jest, ponieważ w Stanach pandemia siała spustoszenie i wiele sklepów poupadało, zamówień też było jak na lekarstwo. Firma musiała odwołać pokazy dla wycieczek szkolnych. Paweł Fogiel liczy jednak na to, że sytuacja wróci do normy. Liczy też na kolejne pokolenia. Ma dwie córki i trzech wnuków, z których najmłodszy – jeszcze przedszkolak – mieszka w kamienicy, w której znajduje się warsztat. Schodzi więc do piwnicy, bawi się bombkami i przygląda się ich produkcji na co dzień – podobnie jak kiedyś Paweł Fogiel, a wcześniej jego ojciec.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane