Czytasz dzięki

Brexit 2.0 — znowu grozi nam no deal

opublikowano: 17-06-2020, 22:00

Premier Boris Johnson rozmawiał z liderami UE, chcąc ratować upadające negocjacje. Z komunikatu powiało optymizmem, ale rozbieżności jest wiele

Kiedy o północy 1 lutego Wielka Brytania opuściła Unię Europejską po wielu miesiącach chaotycznych negocjacji i poszukiwania większości w Izbie Gmin, wydawało się, że temperatura sporu opadnie, a 11 miesięcy, które strony mają na wypracowanie umowy handlowej, upłynie pod znakiem rzeczowych rozmów. Dziś wydaje się jednak, że szanse na porozumienie między jednym z największych bloków handlowych na świecie a piątą co do wielkości gospodarką globu są coraz mniejsze. Może to mieć bardzo poważne konsekwencje dla polskich przedsiębiorców, zwłaszcza teraz — gdy będą się podnosić po gospodarczym kryzysie.

Boris Johnson, premier Wielkiej Brytanii, ucierpiał
politycznie i wizerunkowo podczas walki z pandemią. Dlatego podczas negocjacji
z UE musi zadowolić swoich eurosceptycznych wyborców.
Zobacz więcej

W POLITYCZNYM POTRZASKU:

Boris Johnson, premier Wielkiej Brytanii, ucierpiał politycznie i wizerunkowo podczas walki z pandemią. Dlatego podczas negocjacji z UE musi zadowolić swoich eurosceptycznych wyborców. Fot. Bloomberg

Zgodnie z umową regulującą warunki brexitu do końca 2020 r. nic nie zmienia się w zasadach prowadzenia biznesu między obiema stronami kanału La Manche. Zjednoczone Królestwo podlega wszelkim regulacjom unijnym pomimo utracenia prawa głosu w unijnych instytucjach. Prowadzone w tym czasie rozmowy handlowe mają zaowocować traktatem, który pozwoli płynnie przejść na nowe zasady współpracy. Ostatnie cztery miesiące pokazały jednak, jak wiele różni strony.

Kością niezgody jest dostęp do brytyjskich wód terytorialnych europejskiego rybołówstwa oraz tzw. level playing field, czyli unijna ambicja, by Wielka Brytania przestrzegała regulacji UE m.in. w zakresie środowiska, opodatkowania i pomocy publicznej, by nie stanowić dla unijnego bloku „nieuczciwej konkurencji”.

Ryba niezgody

Rybołówstwo wytwarza jedynie 0,12 proc. brytyjskiego PKB i zatrudnia 0,1 proc. siły roboczej, jest to jednak branża mocno skoncentrowana geograficznie, co oznacza, że w pewnych regionach jest dominującym sektorem gospodarki. Miasta portowe stały się symbolem rozczarowania Unią Europejską w Wielkiej Brytanii, szczególnie zaś kontrowersyjną wspólną polityką rybołówstwa, która pozwala wielkim firmom z całej UE łowić ryby w ogromnych brytyjskich łowiskach kosztem małych, lokalnych przedsiębiorstw. Regiony te na własnej skórze odczuły upadek sektora w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Drugi ważny powód, dla którego rybołówstwo jest tak ważną barierą w negocjacjach handlowych, to aspekt stricte polityczny — większość, bo aż 53 proc. sektora ulokowane jest w Szkocji, a więc w kraju rządzonymprzez nacjonalistyczną Szkocką Partię Narodową (SNP), która sprzeciwiała się brexitowi. SNP chce go wykorzystać, by doprowadzić do kolejnego referendum niepodległościowego i tym razem je wygrać. Rząd Borisa Johnsona chce więc uczynić sektor rybołówstwa orężem walki z SNP i pokazać Szkotom korzyści z brexitu, których nie dostrzegli podczas referendum w 2016 r. (za pozostaniem w UE głosowało 62 proc. Szkotów).

Wyjściową pozycją Wielkiej Brytanii w negocjacjach jest deklaracja, że UK z dniem 1 stycznia będzie tzw. niezależnym państwem nadbrzeżnym (ang. independent coastal state). Taki status oznaczałby, że pełną kontrolę nad brytyjskimi wodami przejąłby brytyjski rząd, który co roku negocjowałby z zainteresowanymi stronami warunki i skalę połowów zagranicznych podmiotów, w tym z Unii Europejskiej. UE nie chce się na to zgodzić — żąda przedłużenia czasu obowiązywania wspólnej polityki rybołówstwa bądź przynajmniej wynegocjowania wieloletniego porozumienia dla unijnych podmiotów na brytyjskich wodach. Wydaje się, że w tej kwestii Wyspy mogą postawić na swoim. Według mediów Michel Barnier, główny negocjator po stronie UE, poinformował na spotkaniu z przedstawicielami 27 krajów członkowskich, że Wielka Brytania uzyska status niezależnego państwa nadbrzeżnego, jeśli kraje członkowskie (zwłaszcza północne, jak Belgia, Dania i Holandia) nie pójdą na ustępstwa. Zdaniem dr. Rocha Dunina- Wąsowicza, socjologa University College London i London School of Economics, zajmującego się kwestią brexitu, „mandat negocjacyjny Komisji Europejskiej był bardzo konserwatywny i kraje basenu Morza Północnego będą musiały trochę ustąpić ze swoich wcześniejszych postulatów”.

Uczciwe reguły gry

Najtrudniejszym dla Zjednoczonego Królestwa warunkiem stawianym przez UE są gwarancje uczciwych reguł gry. Choć tego rodzaju zapisy same w sobie są normą w umowach handlowych, Londyn — ustami Davida Frosta, głównego negocjatora — w dość ostrych słowach argumentuje, że narzucane przez Brukselę rozwiązania są zbyt daleko idące. Zdaniem UE surowsze zasady przyszłej współpracy gospodarczej są konieczne ze względu na powiązanie gospodarek i ich geograficzną bliskość. Nie przekonało to jednak Davida Frosta, który w opublikowanym później liście do Michela Barniera odpowiedział, że bliskość to nowy argument w umowach handlowych i trudno go uzasadnić precedensami w innych krajach. „Na przykład USA i Kanada handlują razem na podstawie umowy handlowej bez przepisów, których chciałaby UE. Argument bliskości sprowadza się do stwierdzenia: kraj w Europie nie może oczekiwać, że określi własne reguły, i musi zgodzić się z normami UE. To nie jest argument, który mógłby zostać zaakceptowany w XXI w.” — napisał główny negocjator.

fb545d1e-8c30-11e9-bc42-526af7764f64
Ekonomia na dzień dobry
Newsletter autorski Marcela Lesika
ZAPISZ MNIE
Ekonomia na dzień dobry
autor: Marcel Lesik
Wysyłany raz w tygodniu
Marcel Lesik
Autorski newsletter poświęcony światowej ekonomii: analizy, prognozy, badanie trendów i sprawdzanie faktów.
ZAPISZ MNIE

Administratorem Pani/a danych osobowych będzie Bonnier Business (Polska) Sp. z o. o. (dalej: my). Adres: ul. Kijowska 1, 03-738 Warszawa.

Kliknij w link w wiadomości, aby potwierdzić subskrypcję newslettera.
Jeżeli nie otrzymasz wiadomości w ciągu kilku minut, prosimy o sprawdzenie folderu SPAM.

Istotą tych zapisów jest strach Brukseli przed „Singapurem nad Tamizą”, czyli silnym konkurentem dla unijnej gospodarki, który będzie mógł swobodnie likwidować regulacje środowiskowe, obniżać podatki i wszelkiego rodzaju standardy, by zyskać konkurencyjną przewagę. Dla Brytyjczyków szczególnie drażliwym politycznie elementem tego warunku jest to, że nad wypełnianiem zobowiązań w zakresie gospodarczej uczciwości miałby czuwać znienawidzony przez brexitowców Europejski Trybunał Sprawiedliwości. Roch Dunin-Wąsowicz spodziewa się, że w kwestii zasad pomocy publicznej dla firm prywatnych to Wielka Brytania będzie musiała iść na ustępstwa. Przeciwnego zdania są brytyjskie media. James Crisp, korespondent konserwatywnego dziennika „The Telegraph”, informuje, że na ostatnim spotkaniu z dziennikarzami „Barnier zasygnalizował, że UE porzuciła żądanie, aby unijne prawo dotyczące pomocy państwa, regulujące bailouty i fuzje, nadal obowiązywało w Wielkiej Brytanii”.

Co dalej?

Publiczne deklaracje zdają się nie pozostawiać zbyt wiele miejsca na porozumienie, choć po poniedziałkowej telekonferencji z liderami trzech unijnych instytucji premier Boris Johnson powiedział, że strony „wcale nie są tak daleko od siebie, jak mogłoby się wydawać”, i wierzy w porozumienie do końca lipca, a we wspólnym komunikacie zadeklarowano przyspieszenie negocjacji. Roch Dunin-Wąsowicz zwraca uwagę, że na kwestie merytoryczne w negocjacjach wpływ mają także rozgrywki polityczne w rządzącej partii.

— Z punktu widzenia rządu brytyjskiego sukces na polu brexitu może kompensować negatywne opinie społeczne na temat tego, jak państwo radzi sobie z pandemią. Mówi się też, że zwolennicy twardego brexitu w Partii Konserwatywnej chcą, by negatywne ekonomiczne skutki wirusa przykryły ewentualne reperkusje twardego brexitu. Z drugiej strony ostatnie bardzo negatywne dane o spadku PKB o 20 proc. w kwietniu wywierają presję na premiera, by doszło do podpisania umowy dogodnej dla obu stron. Bruksela zaś już od dawna jest zmęczona sytuacją, a komisja skoncentrowana jest teraz głównie na kwestii nowego budżetu — mówi ekspert brytyjskich uczelni.

W zgodnej opinii pozostałych brytyjskich analityków retoryka obu stron na razie była nastawiona na zdobywanie poparcia dla twardej postawy negocjacyjnej wewnątrz swoich obozów. W rzeczywistości obie strony chcą porozumienia, zwłaszcza w czasach pokoronawirusowego kryzysu, i najbardziej prawdopodobne jest, że kompromis uda się znaleźć — nawet jeśli nastąpi to we wrześniu lub październiku. To ostatnia chwila na zawarcie porozumienia, żeby wszystkie państwa UE, instytucje europejskie i brytyjski parlament zdążyły je ratyfikować. W ostatnich tygodniach pojawiła się także koncepcja, by w razie nieuzgodnienia kompleksowej umowy handlowej spróbować porozumieć się sektorowo — w branżach, co do których nie występują większe różnice między stronami. Taki model przez wiele lat obowiązywał w relacjacj między Szwajcarią a UE. Zdaniem Rocha Dunina-Wąsowicza nie jest to jednak możliwe ze względu na sprzeciw Brukseli.

— Unia Europejska chce za wszelką cenę uniknąć scenariusza szwajcarskiego, ponieważ byłby to niebezpieczny precedens dla innych krajów chcących wyjść ze wspólnoty. Bardziej realistyczne wydaje się podpisanie umowy „light”, która po pewnym czasie będzie renegocjowana z wykorzystaniem tzw. sunset clause [zapis w traktacie oznaczający moment wygaśnięcia jego obowiązywania — red.] — uważa ekspert.

Polski interes

Umowa między UE a UK jest ważna dla Polski, bo Zjednoczone Królestwo jest trzecim co do wielkości partnerem eksportowym dla naszych przedsiębiorców. Ministerstwo Rozwoju, zapytane o polskie oczekiwania względem trwających negocjacji, odpowiedziało, że głównym celem Polski jest zachowanie warunków współpracy gospodarczej w formie „maksymalnie zbliżonej do obecnie obowiązujących”. W przypadku braku porozumienia między stronami MR spodziewa się awaryjnych funduszy osłonowych dla najbardziej dotkniętych przedsiębiorców.

„W przypadku gdy ryzyko braku porozumienia będzie rosło, możliwe, że przyjęta zostanie tzw. legislacja awaryjna zarówno na szczeblu UE, jak i polskim. Umożliwi ona przedsiębiorcom stopniowe i łagodniejsze dostosowanie się do nadchodzących zmian w przypadku braku umowy, w ograniczony i terminowy sposób oraz w określonym stopniu uwarunkowanym międzynarodowymi ramami (między innymi WTO). Niemniej jednak takie działania w kontekście obecnej fazy negocjacji nie są teraz procedowane” — odpisał nam resort rozwoju.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcel Lesik

Polecane