W utworze Samuela Becketta dwóch włóczęgów wyglądało mitycznego bohatera daremnie. Po latach prześmiewca Sławomir Mrożek w swojej powieści o realiach PRL wplótł wątek, że Godot jednak przyjechał. Nasz pierwszy COVID-19 dotarł w trybie schengeńskim rejsowym busem z zainfekowanej Nadrenii Północnej—Westfalii, czyli przez całe Niemcy. 66-letni pacjent wysiadł zaraz po przekroczeniu Odry w Słubicach — mieszka w pobliskiej Cybince — ale autokar powiózł tykającą bombę biologiczną w głąb kraju…

Zielonogórska służba zdrowia szybko podjęła standardowe czynności dla wyizolowania pacjenta i jego rodziny. Przy obecnych rozmiarach ataku koronawirusa całkowicie wystarczają dotychczasowe procedury i przepisy o zwalczaniu chorób zakaźnych. Epizodyczna ustawa oczekująca na rozpatrzenie przez Senat skrojona została na znacznie większe rozmiary. W przypadku COVID-19 fatalna jest okoliczność, że wirus przeskakuje nie z powodu konkretnej aktywności — jak np. AIDS — lecz drogą oddechową. W tym kontekście dosyć zrozumiałe, chociaż często na wyrost, są różne ograniczenia zgromadzeń — imprez sportowych, koncertów, nabożeństw, spektakli etc. Pewna organizacja biznesowa zaprosiła mnie na 4 marca na okolicznościowe spotkanie, ale w przeddzień grzecznie napisała do „Dear Jacek”: jeśli wróciłeś w ostatnich dwóch tygodniach z obszaru zainfekowanego, to Cię nie widzimy… Przy czym jako ów obszar konkretnie wskazano: Chiny, Tajwan, Japonię i Koreę Południową, następnie Iran oraz Włochy. Zdziwiło mnie zawężenie listy, niespójnej choćby ze wskazówkami naszego MSZ. Oczywiście aż do środowego ranka zagrożenie z kierunku wspomnianego landu Niemiec w ogóle u nas nie istniało…
Historia nauczycielką życia, dlatego warto przypomnieć największy po wojnie atak broni biologicznej na Polaków. W maju 1963 r. wracający z Azji agent Służby Bezpieczeństwa przywlókł do Wrocławia prawdziwą, czyli czarną ospę. Punktowa epidemia była szokiem nie tylko dla władz PRL, lecz także dla Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). Władza początkowo ukrywała zagrożenie, stan epidemii ogłoszono dopiero w lipcu. Zachorowało prawie 100 osób, głównie ze służby zdrowia. Zmarło relatywnie niewiele — siedem, w tym bohaterscy lekarze i pielęgniarki. Wrocław został sparaliżowany i na 47 dni odcięty od reszty kraju, ale czarna ospa i tak wydostała się poza miasto. Przerażona WHO przewidywała, że epidemia potrwa dwa lata, zachoruje do 2 tysięcy osób, zaś umrze 200. Tymczasem przy ogromnej mobilizacji lekarzy i pielęgniarek została zduszona po 25 dniach od oficjalnego ujawnienia. Zaszczepiło się aż 98 proc. mieszkańców Wrocławia, pod karą więzienia za oporność… Przypominam tamten prawdziwy dramat ku pokrzepieniu serc. Notabene w 1971 r. Roman Załuski nakręcił film „Zaraza”, będący sfabularyzowaną opowieścią o Wrocławiu z 1963 r. Podpowiadam telewizji Jacka Kurskiego, która ponoć realizuje jakąś misję, odkurzenie tego obrazu. To psychologiczna fabuła, ale bardzo prawdziwie obrazująca ludzkie postawy. Oczywiście w obecnej sytuacji zgodę na taką emisję musiałby prezesowi wydać jego najwyższy szef z Nowogrodzkiej…