Aleksander Paszyński: Budowlani wspominają rok 1999 nie najgorzej
LICZBY NIE KŁAMIĄ: Przydałoby się w każdym polskim domu kieszonkowe wydanie Rocznika Statystycznego RP — uważa Aleksander Paszyński. fot. Małgorzata Pstrągowska
Budownictwo zakończyło rok w nastroju dalekim od euforii, ale też — jeśli obiektywnie spojrzeć na jego wyniki — bez powodu do płaczu. Oczywiście nie dysponujemy jeszcze pełnymi danymi za rok 1999, jednakże bez wątpienia wykażą one dynamikę inwestycji i robót budowlanych zdecydowanie wyprzedzającą wskaźniki wzrostu PKB. Przyrost inwestycji w stosunku do roku 1998 osiągnął poziom 7-9 proc., zaś produkcja budowlana była tylko nieco niższa. Wobec niezwykle korzystnych wyników sprzed roku oznacza to pewien regres, jednakże budownictwo utrzymało się w grupie dziedzin o relatywnie wysokim wskaźniku wzrostu.
NADAL korzystnie zmienia się struktura nakładów i wynikająca z niej struktura robót budowlanych, co może świadczyć o pozytywnych zmianach w gospodarce narodowej, modernizacji parku maszynowego polskich przedsiębiorstw oraz potencjalnej poprawie ich konkurencyjności. Szczególnie wysoki wzrost inwestowania obserwuje się w dziedzinach stanowiących infrastrukturę gospodarki rynkowej — czyli łączności, bankowości, hotelarstwie, handlu itp. Bardzo istotnym czynnikiem kreującym popyt inwestycyjny był utrzymujący się w roku 1999 relatywnie wysoki napływ kapitału zagranicznego.
O TRWAŁOŚCI tego trendu może świadczyć to, iż licząca się grupa inwestorów wkłada kapitały właśnie w rozwój potencjału budowlanego oraz przemysł materiałów budowlanych. Kwoty bezpośrednich inwestycji zagranicznych w polskim budownictwie już na koniec roku 1998 wyniosły około 3 mld USD. Drugie tyle zaangażowano w rozwój przemysłu materiałów budowlanych, w którym działa już ponad 60 firm zagranicznych. Godny odnotowania jest również fakt, iż wzrost nakładów na środki trwałe brutto był u nas — mimo spadku jego dynamiki — wyższy niż w innych krajach naszego regionu. Według ekspertów banku Morgan Stanley Dean Witter, w roku 1999 inwestycje w Polsce mogły wzrosnąć o około 8 proc., na Węgrzech — o 7 proc., natomiast w Czechach zmaleć o 6 proc.
POWYŻSZE informacje mogą wywołać zdziwienie wśród mniej zorientowanych obserwatorów naszego życia gospodarczego, jako że w potocznych opiniach właśnie budownictwo uważane jest za branżę szczególnie silnie ugodzoną w procesie transformacji. Otóż nie! Przydałoby się w każdym polskim domu kieszonkowe wydanie Rocznika Statystycznego RP. Można by wówczas na przykład porównać, na co w kolejnych latach wystarczała przeciętna pensja. Z zestawienia czystych liczb wychodzi, iż powszechne narzekania nie mają racjonalnego uzasadnienia — tyle że oferta dóbr jest z każdym rokiem bogatsza, natomiast część z nich jest mało dostępna.
JESZCZE JEDNA statystyczna tajemnica dowodzi, że budownictwo trzyma się nieźle — otóż między rokiem 1995 a 1998 przeciętne zatrudnienie w tym dziale zwiększyło się (podaję za najnowszym GUS-owskim rocznikiem 1999) z 689,2 tys. do 736,9 tys. pełnozatrudnionych osób, utrzymując stałą tendencję wzrostową. Uwzględniając dynamikę robót, można spokojnie zwiększyć oficjalną statystykę o kilkadziesiąt tysięcy osób, jako że akurat w budownictwie praca na czarno nie jest zjawiskiem sporadycznym. W każdym razie w roku 1999 nie sygnalizowano spadku zatrudnienia na budowach.
TYM zaskakująco optymistycznym informacjom musi towarzyszyć zastrzeżenie, że — nie licząc Warszawy i kilku największych miast — budownictwo mieszkaniowe nadal znajduje się w głębokim dołku. Ale to przede wszystkim problem relacji między naszymi dochodami a kosztem usług budowlanych. Niestety, niewiele wskazuje, aby mieszkaniowy impas mógł zostać szybko zlikwidowany.
Aleksander Paszyński jest prezesem Korporacji Przedsiębiorstw Budowlanych Uni-Bud, byłym ministrem budownictwa