Budżet państwa jest potrzebny. Ta oczywistość wymaga powtórzenia w momencie gorącej dyskusji nad planem finansów państwa w 2003 r. Oczywiście można sobie wyobrazić, że budżetu nie ma. Ale funkcjonowanie państwa byłoby wówczas bardzo trudne. Ktoś musi budować drogi, szpitale, szkoły. Tę rolę mu powierzamy, wraz ze środkami na ten cel. Lepszej i bardziej sprawiedliwej metody nikt nie wymyślił.
Pozostaje jednak kwestia takiej konstrukcji ustawy budżetowej, by z jednej strony powierzane państwu środki były wykorzystywane efektywnie, a z drugiej — by nie brało się ono do czegoś, do czego brać się nie musi. Inaczej budżet — w formie podatków i parapodatków — wysysa z gospodarki środki potrzebne na jej funkcjonowanie i rozwój.
Z tego punktu widzenia żaden polski budżet po 1990 r. nie był dobry. Z jednej strony nie było wyjścia — po poprzednim systemie państwo odziedziczyło wiele wydatków, których trudno się pozbyć. Z drugiej jednak rósł apetyt polityków na publiczne pieniądze, rosła niegospodarność. Przykłady można mnożyć. Aż doszliśmy do punktu, w którym fiskalizm w oczywisty sposób jest nadmierny — dług publiczny jest niebezpiecznie wysoki, a pieniądze podatników przeznaczane są nie na to, na co powinny. Państwo zaś w niewielkim stopniu stara się pozbywać obciążeń, raczej konserwując zastaną sytuację.
Na to nałożyło się spowolnienie gospodarcze, które spowodowało, że coraz trudniej o dochody budżetu, podczas gdy wydatki regularnie rosną. W tej sytuacji nadzieja na szybszy wzrost gospodarki daje tylko szansę zażegnania poważnego niebezpieczeństwa. Finanse publiczne potrzebują tymczasem odpowiedzialnych polityków, którzy podejmą próbę jakościowej zmiany sytuacji. Dotąd nie udało się to żadnemu ministrowi finansów — jedni nie chcieli, innym nie pozwalali politycy. Obecne propozycje Grzegorza Kołodki też nie napawają optymizmem. Wytłumaczeniem może być spowolnienie gospodarcze. Jeśli jednak wraz z nadejściem ożywienia polityka ministra finansów nie zmieni się, będzie to poważny błąd.