Budżet 2006 może nie być wart klęcznika

Jacek Zalewski
opublikowano: 2006-01-24 00:00

W komentarzu po drugim czytaniu ustawy budżetowej, zatytułowanym „Deficyt prawdy”, postawiliśmy tezę, iż „problem deficytu budżetu państwa stał się właściwie drugorzędny wobec gigantycznego deficytu prawdy w polskim życiu politycznym”. Przez cały miniony tydzień teza ta codziennie podpierana była mocnymi dowodami. Dzisiaj prawda nie jest już nawet dobrem deficytowym, po prostu wpadła do głębokiej dziury.

Słuchanie codziennej porcji oświadczeń, deklaracji, obiecanek i gróźb przywódców partii reprezentowanych w Sejmie stało się już zwyczajnie nudne. Wszystko i tak sprowadza się do jednej kwestii — czy prezes Jarosław Kaczyński przyjmie kapitulację pozostałych udziałowców tzw. paktu stabilizacyjnego na warunkach ustalonych przez siebie. Jeśli nie, to postawi przed swoim bratem Lechem zadanie skrócenia kadencji parlamentu w trybie art. 225 Konstytucji RP. Z całego wczorajszego zgiełku warta zapamiętania jest tylko deklaracja Andrzeja Leppera, który wcale nie ukrywa, że nawet jeśli teraz pakt z PiS podpisze, to i tak przy pierwszym zatargu ów mało znaczący papier wyrzuci, bo „nie da się rzucić na kolana”.

W dalekim tle całej tej hucpy przewija się jakiś tam budżet, nominalnie będący drugą pod względem ważności ustawą, zaraz po Konstytucji RP. Merytorycznie i formalnie budżet 2006 nie różni się specjalnie od poprzedników. Deficyt zaplanowany na ponad 30,5 mld zł jest dużo większy od wykonanego w roku 2005, który resort finansów właśnie wyliczył na około 28,5 mld zł. Punktem odniesienia formalnie nie mogła być kwota wykonana, lecz zaplanowana w zeszłorocznej ustawie na 35 mld zł — dlatego premier Kazimierz Marcinkiewicz z taką dumą oznajmia o kotwiczeniu deficytu przez kilka lat na poziomie 30 mld zł. To sprytny PR-owski chwyt — rzeczywistym postępem na drodze do ograniczenia długu publicznego byłoby zapuszczenie już od roku 2006 kotwicy dużo głębiej, poniżej 28 mld zł.

Mimo wszystkich zawirowań politycznych Sejm dzisiaj wieczorem powinien bez problemów uchwalić ustawę, skierować ją do Senatu i... czekać na swój los. Przypomnijmy, że w pierwszym i drugim czytaniu nie padł żaden wniosek o odrzucenie budżetu 2006 w całości. Zgłoszono 220 poprawek oraz 5 wniosków mniejszości — nie tylko każda partia, ale także lokalne inicjatywy ponad podziałami mają nadzieje na cząstkowe sukcesy w maratonie głosowań. W finale ustawę zapewne poprze ta sama koalicja, która udzieliła wotum zaufania rządowi i która aspiruje do paktu stabilizacyjnego — Prawo i Sprawiedliwość, Samoobrona, Liga Polskich Rodzin i Polskie Stronnictwo Ludowe. Platforma Obywatelska i Sojusz Lewicy Demokratycznej znajdą jakiś pretekst — czyli przepadnięcie ich ważnych poprawek — do głosowania przeciw.

W normalnej sytuacji, po uchwaleniu budżetu Kazimierz Marcinkiewicz wyszedłby rozpromieniony do mediów i wzorem poprzednich premierów oznajmiłby: „To dobry dzień dla Polski”. Dzisiaj też pewnie wyjdzie, ale w zupełnie innej atmosferze. Wszak jego pryncypał Jarosław Kaczyński uważa, że uchwalenie budżetu państwa, bez udzielenia Prawu i Sprawiedliwości przez pozostałe sejmowe partie gwarancji niezakłóconego rządzenia, to... skrajna nieodpowiedzialność! Ta kuriozalna teza przejdzie do kronik polskiego parlamentaryzmu, ale ponieważ przekonanie swego starszego brata podziela prezydent RP — dzisiaj zyskuje ona moc „normy konstytucyjnej”.