Wszyscy wiedzą, że publikowane w tym tygodniu zyski za czwarty kwartał będą złe lub bardzo złe i czekają z decyzjami inwestycyjnymi na okres po ich publikacji.
Z Ameryki
Tydzień temu pisałem, że nadchodzące dni powinny wyjaśnić, w którym kierunku pójdą indeksy w najbliższym czasie. Niestety, nie wyjaśniły. Była taka szansa po sesji wtorkowej, kiedy indeksy bardzo mocno spadły, przełamując wsparcia, ale następne dwa dni zwyżek anulowały sygnały sprzedaży.
Pod koniec zeszłego roku pisałem o tym, że analitycy buntują się przeciwko nieuzasadnionym odliczeniom niektórych kosztów w celu osiągnięcia lepszego zysku operacyjnego. Może nie dokładnie o to we wtorek chodziło, ale i do tej sprawy jeszcze wrócimy. Dwie spółki: Tyco International i Williams Cos., były właśnie we wtorek wyprzedawane, ponieważ inwestorzy przejęli się tym, że niewłaściwie podawały swoje zyski. Pierwszy był Enron z podobnymi problemami, uważany do ostatniej chwili przed bankructwem za potęgę. Ile jeszcze spółek ma trupy w szafie? Takie pytanie musi sobie postawić każdy inwestor. Świat finansowy USA to nie jest niewinna dziewica. Obecnie zaczyna wyglądać na to, że coraz więcej jest po prostu oszustów. Cóż, trudne czasy, a management przyzwyczajony do luksusów...
Wydaje się, że tylko krok dzieli świat finansów od ustalenia przez SEC nowych standardów liczenia zysków i bardziej surowych kar za „kreatywną księgowość”. Skutki dla giełd byłyby opłakane. Powód jest prosty: spółki w indeksie S&P 500 mają średnio P/E na poziomie 48, ale na to nikt nie zważa i patrzy się jedynie na zysk operacyjny, który powstaje właśnie dzięki księgowym (wtedy P/E wynosi 33). Nawet nie biorąc pod uwagę tego, że uzasadniona wartość P/E powinna być poniżej 20, widać gołym okiem, że zmiana standardów liczenia zysku, a co za tym idzie jego urealnienie, unaoczniłoby inwestorom, jak drogie są spółki.
Napisałem w pierwszym zdaniu wydaje się, bo wielcy świata finansów zrobią wszystko, żeby do zmiany standardów nie dopuścić. Zdają sobie doskonale sprawę ze skutków. Sytuacja będzie się więc pogarszała, ale nawet projekty i dyskusje na temat takich zmian wywołają przerażenie inwestorów. Uważam, że w żadnym wypadku nie można lekceważyć zagrożenia płynącego z tego, co powyżej opisałem. To bomba z opóźnionym zapłonem.
Jedynym powodem utrzymywania się rynków w niezłej kondycji są nadzieje na to, że gospodarka wyjdzie z recesji i zyski spółek wzrosną. Nie można zaprzeczyć, że olbrzymia większość danych makro pokazuje, że gospodarka drgnęła. Powstaje oczywiście pytanie, dlaczego ja ciągle piszę, że takiego ożywienia nie będzie, a recesja się przeciągnie, a może nawet pogłębi. W celu uniknięcia zawału gospodarki w konsekwencji wydarzeń z 11 września zostały podjęte nadzwyczajne środki. Wielu ekonomistów mówi, że ten atak paradoksalnie pomógł wyjść z recesji, bo wymusił nadzwyczajne działania. Moim zdaniem to błąd w rozumowaniu.
Wrześniowy atak wywołał rzeczywiście ostrą reakcję obronną banków centralnych, ale zostawił gospodarkę amerykańską z odkrytym miękkim podbrzuszem, bo bez możliwości dalszych działań w przypadku następnych problemów. Oczywiście te działania spowodowały, bo musiały, polepszenie nastrojów, podniesienie indeksów i poprawę wskaźników makro.
Nadzieje są jednak tak mocno rozbudzone, że inwestorzy oczekują wręcz cudów. Widać było to podczas sesji piątkowej, kiedy dane tylko nieznacznie były gorsze od optymistycznych prognoz, stopa bezrobocia okazała się zadziwiająco niska, a mimo to indeksy spadły. Po prostu inwestorzy zakładali, że dane będą dużo lepsze od najlepszych prognoz. W takiej sytuacji najmniejsze osunięcie we wskaźnikach makro będzie powodowało rozczarowanie i wyprzedaż. O drugim zagrożeniu pisałem powyżej — kreatywna księgowość i niezwykle drogie akcje. Trzecie to sytuacja międzynarodowa — mój pogląd, że sprawy idą w bardzo złym kierunku jest znany.
Czwarte to dziwna sytuacja na rynku nieruchomości: hossa trwa w najlepsze i ma się coraz lepiej. To pozwala ekonomistom twierdzić, ze nie ma prawdziwej recesji. Ja uważam, że po prostu świat nie wszedł jeszcze w prawdziwą recesję. Każda hossa kończy się bessą, a taka jak na rynku nieruchomości w USA musi przejść w ostrą bessę.
Wreszcie piąte, ale z pewnością nie ostatnie, zagrożenie, to plany prezydenta Busha „niewielkiego” i „krótkotrwałego” wprowadzenia deficytu budżetowego, żeby przeznaczyć więcej pieniędzy na bezpieczeństwo (czytaj na sektor zbrojeniowy). Bez komentarza.
Oczywiście nie oczekuję, że któreś z tych zagrożeń zmaterializuje się w czekającym nas tygodniu. Danych makro nie będzie dużo. Przede wszystkim istotne są wtorkowe o zamówieniach fabrycznych i indeksie ISM w usługach oraz środowe o wydajności pracy za czwarty kwartał. Wydajność powinna sporo wzrosnąć, jeśli rzeczywiście PKB wzrósł — malejąca ilość godzin pracy i wzrost PKB powinny dać wzrost wydajności.
Techniczny obraz rynku nie uległ zmianie. W tym tygodniu znowu będziemy walczyli z tymi samymi poziomami wsparć, co w ostatnim. Okres publikacji wyników spółek powoli się kończy, a inwestorzy mogą kupować akcje licząc na ożywienie w drugim kwartale. Uważam, że docelowo wyjdziemy jednak z tej stabilizacji dołem. Nie jest przypadkiem, że według ankiety Reutersa większość zarządzających funduszami na świecie pozbywa się akcji amerykańskich i kupuje obligacje uważając, że ożywienie będzie słabe, a skromny wzrost zysków nie usprawiedliwi obecnej wyceny spółek.
Z Polski
To był tydzień dziwnych sesji na małym obrocie, z wyjątkiem poniedziałku, który przyniósł zimny prysznic i dużą zniżkę, skorelowaną z podobną w Budapeszcie. Wyglądało tak, jakby wychodził zagraniczny kapitał spekulacyjny. Wtorek to małe odbicie, a środa to znowu spadek, ale zadziwiająco niewielki, jak na poprzedzającą sesję przecenę w USA. Czwartek to znowu spory wzrost, ale na niezwykle małym obrocie, właściwie bez oporu ze strony podaży. Piątek to znowu spory spadek, tym razem dzięki całkowitemu strajkowi popytu, a nie nadzwyczajnej aktywności podaży.
Rynek na coś czeka. Nie miały jednak na niego żadnego wpływu zarówno decyzje RPP, jak i opublikowany program gospodarczy rządu. Obniżenie stóp przez radę było oczekiwanym posunięciem, ale godne uwagi jest to, że stopy zostały obcięte o maksymalną wartość, na którą pozwalały nie tyle warunki ekonomiczne, ile uwarunkowania polityczno — psychologiczne. To krok we właściwym kierunku i mam nadzieję, że retoryka prezesa NBP, mówiącego, iż dalsze obniżki byłyby ryzykowne ze względu na możliwość zmniejszenia skłonności do oszczędzania, jest tylko ostrożnością, a nie zapowiedzią końca cięć. Żeby oszczędzać trzeba zarabiać więcej niż się potrzebuje, a do tego potrzebne jest ożywienie gospodarcze.
Nie liczyłbym na natychmiastowe, pozytywne skutki programu gospodarczego rządu. Dopiero wypełnienie idei „mięsem” pokaże, czy program ma szansę być zrealizowany.
Warto zauważyć ambitny zamiar rozwinięcia budownictwa mieszkaniowego i autostrad. Media bardzo wstrzemięźliwie komentowały ten program, uwypuklając przede wszystkim jego niedostatki. A potem te same media krytykują premiera za przedstawianie sytuacji w czarnych barwach i odbieranie Polakom nadziei. Ten program to właśnie jest nadzieją, tyle, że trzeba chcieć to wykorzystać.
Ekonomiści przepytywani przez media (zresztą zawsze ci sami) dopasowali się do oczekiwań i też szukali wad. Nie znając jeszcze szczegółów uznali np. zamiar użycia środków OFE czy oszczędności obywateli za niezwykle niebezpieczny. Jeden z nich powiedział nawet, że sobie nie życzy, żeby jego oszczędności były wykorzystywane niezgodnie z jego wolą. Ciekaw jestem, jaki wpływ ma teraz na to czy bank kupi obligacje czy akcje Elektrimu? Ja jestem pozytywnie nastawiony do tych propozycji. Zakładam, że zostaną stworzone takie warunki, że bankom i OFE po prostu będzie się opłacało wspierać zamiary rządu.
Niestety, wszystkie te działania zwiększają bardzo już duże zadłużenie kraju. Jedynie ucieczka do przodu i działanie w celu osiągnięcia ożywienia gospodarczego jest szansą uniknięcia w dalszej przyszłości problemów Argentyny. Zakładałbym, że rządowi się uda wyprowadzić gospodarkę ze stagnacji, ale nie można mówić o ożywieniu w oderwaniu od tego, co będzie się działo na świecie. Dane makro w Europie są jeszcze mniej jednoznaczne niż w USA, a jeśli zakładam, że gospodarka światowa będzie pogrążała się w recesji, to nie mogę jednocześnie być optymistą co do perspektyw naszego ożywienia. Miejmy nadzieję, że po prostu nie będę miał racji.
Obraz techniczny jest ciągle skomplikowany. WIG odbił się od linii szyi dużej, dwuletniej formacji RGR. To sygnał bardzo negatywny. Dopiero przełamanie 16.500 pkt. anulowałoby tę formację. Na razie ostatnie wzrosty można traktować jako ruch powrotny. WIG-20 ma w tej chwili opór w połowie poniedziałkowej świecy (1450 pkt.), a potem 1500. Wsparcie jest w oknie hossy (1420), a potem 1395 pkt. Zamknięcie okna hossy dawałoby poważny sygnał ostrzegawczy, że rynek może wrócić do 1350 pkt. Przełamanie 1450 na dużym obrocie byłoby dla mnie sygnałem kupna.
Ten tydzień będzie można pewnie nazwać tygodniem PKN Orlen, ze względu na to, że to są ostatnie dni, kiedy można kupić, zaksięgować i zarejestrować akcje przed WZA spółki. Poza tym firmy będą podawały wyniki, i to pewnie jest jedna z przyczyn, dla których rynek zachowuje się tak dziwnie. Wszyscy wiedzą, że wyniki będą złe, lub bardzo złe, i czekają z decyzjami inwestycyjnymi na okres po ich publikacji. Poza tym OFE mogą czekać na publikację portfeli, żeby zorientować się, jak sprawy wyglądają u konkurencji.
W tej sytuacji najbardziej prawdopodobny jest trend horyzontalny, albo lekki spadek indeksów. Nie skreślałbym idei zaatakowania poziomu 1500 pkt. Ale to chyba dopiero za tydzień. Wciągnięcie do gry nowych inwestorów, którzy chcieliby zarobić na jedynym nieopodatkowanym rynku, to duża pokusa. Wymaga jednak systematycznych wzrostów z niezbyt dużymi korektami i relatywnego spokoju na świecie.