Polska GPW
Wczorajsza przecena na naszej giełdzie była dziś kontynuowana tylko przez kilkadziesiąt minut. Indeks największych spółek zaczął dzień od spadku o 0,9 proc. Największe spadki miały miejsce w przypadku papierów KGHM, Telekomunikacji Polskiej i Pekao. Straty odrabiał natomiast PKN Orlen i to mimo taniejącej ropy. Widocznie inwestorzy uznali, że po wczorajszych zapowiedziach wyników sporo gorszych, niż w ubiegłym roku, kurs akcji odpowiednią „karę" już dostał (we wtorek spadł o ponad 4 proc.). Już przed godziną 10.00 główne wskaźniki przeszły na dodatnią stronę i dość skutecznie się tam przez dłuższy czas trzymały. Skala wzrostu powyżej tej granicy nie była jednak zbyt duża, a równowaga dość chwiejna. Dane napływające ze Stanów Zjednoczonych, i te dotyczące wniosków o kredyt hipoteczny i te, mówiące o znacznie większym niż oczekiwano spadku zamówień na dobra trwałego użytku, popsuły nastroje, choć informacje nie były jednoznacznie negatywne. Ale inwestorzy stali się bardziej nerwowi i bojaźliwi. Widać to było po powrocie indeksów na niższe poziomy. Mocno pociągnęła je w dół narastająca przecena akcji Telekomunikacji Polskiej, które zniżkowały o ponad 5 proc. przy najwyższych na rynku obrotach. Ciekawe, czy jutro inwestorzy skorygują dzisiejsze spadki tych papierów, jak stało się to z walorami PKN Orlen. Dziś rolę obrońcy rynku pod koniec dnia przejęły niespodziewanie papiery Pekao. Rano zniżkowały o 1,8 proc., a przed zamknięciem rosły o ponad 3 proc. przy pokaźnych obrotach.
Indeks największych spółek zyskał 0,32 proc. i utrzymał bezpieczny dystans
wobec poziomu 2000 punktów, a WIG wzrósł o 0,56 proc. Bardzo dobrze poradziły
sobie wskaźniki średnich spółek, rosnąc aż o 1,24 proc. SWIG80 zwiększył swoją
wartość o 0,48 proc. Wszystko to działo się przy sporych obrotach, sięgających
1,2 mld zł, nieco wyższych
niż podczas wtorkowej zniżki.
Giełdy zagraniczne
Za oceanem bez zmian, czyli małe zmiany wartości indeksów i czekanie na jakiś
impuls. Publikacje wyników firm przestały już chyba pełnić taką rolę, pora więc
teraz na coś z gospodarki. Zamówienia na dobra trwałego użytku są w sam raz,
przynajmniej na dziś. Tylko czy trwałość tego impulsu utrzyma się przynajmniej
do końca sesji? Sądząc po
przebiegu wtorkowej, można wątpić. S&P500 znów
utkwił w poczekalni, tym razem znajdującej się na poziomie około 980 punktów.
Wyszły z niej i to dość ostentacyjnie niektóre wskaźniki giełd azjatyckich. Na
parkiecie w Szanghaju zanotowano spadek aż o 3,7 proc., w Hong Kongu o 2,4
proc., w Bombaju o 1,1 proc. Najbardziej dramatycznie wyglądały dziś zmiany na
giełdzie w Chinach. Shanghai B-Share zniżkował z poziomu 220 do 202 punktów,
czyli o 8 proc. Dzień zakończył jednak trochę wyżej i skala spadków ostatecznie
nie była aż tak wielka. Tyle samo spadał Shanghai Composite, indeks
uwzględniający także akcje dostępne wyłącznie dla rodzimych, chińskich
inwestorów, ale zniżkę w końcówce sesji zdołał zredukować jedynie do -5 proc.
Jedynie Nikkei zanotował niewielki, sięgający 0,26 proc. wzrost i to po złych
danych, dotyczących spadku sprzedaży detalicznej o 3 proc. Czerwiec jest
dziesiątym
z rządu miesiącem kurczenia się tego parametru.
Główne giełdy europejskie zaczęły sesję w pobliżu zera, z lekkim wskazaniem na minus. Ale szybko nastroje zaczęły się poprawiać i po godzinie DAX zyskiwał już ponad 1 proc., podobnie jak paryski CAC40. Jedynie londyński FTSE zachowywał się nieco słabiej, zwyżkując o 0,2 proc.
Na parkietach naszego regionu było znacznie gorzej. W Moskwie indeks spadał o
2,25 proc., w Belgradzie o 2,5 proc., w Budapeszcie o około 1 proc., w Sofii o
0,4 proc. Tylko Praga i Warszawa broniły się przed spadkami, co udało im się
dopiero po około godzinie handlu. W ciągu dnia Paryż i Frankfurt powiększały
skalę wzrostów do 1,7 proc.,
ale naszym parkietom niezbyt to pomogło. Widać,
że i międzynarodowy kapitał stracił odwagę. Tuż przed końcem dnia DAX zyskiwał
ponad 2 proc.
Waluty
Zasada mówiąca, że im gorzej na giełdach, tym lepiej dla dolara nadal świetnie się sprawdza. Zadziałała wczoraj od połowy dnia i dziś rano powiększyła swój efekt. Euro staniało od wczoraj z 1,43 do 1,41 dolara. Ale bardziej wzmocnić się „zielony" nie miał już siły, a euro kontratakowało, próbując na powrót zbliżyć się do poziomu 1,42 dolara.
A my tym sposobem mamy od pewnego czasu zapowiadaną przez analityków korektę
na naszej walucie. Jest ona dość dynamiczna, ale biorąc pod uwagę wcześniejsze
umocnienie się złotego, wielkiej krzywdy mu nie robi. Jeszcze wczoraj przed
południem kurs dolara notował rekordy słabości. Można go było kupić już za 2,9
zł. Dziś rano
kosztował 2,975 zł. Ponad 7 groszy w ciągu kilkunastu godzin
to sporo. Nasza waluta straciła też wobec euro, ale w tym przypadku przecenia
nie była tak silna. Za euro trzeba było dziś płacić 4,19 zł, o niecałe 4 grosze
drożej, niż we wtorek. Tyle samo zyskał frank, który dziś przed południem
kosztował 2,75 zł. Złoty do końca dnia walczył z dolarem w przedziale 2,96-2,98
zł. Z euro i frankiem radził sobie dość dobrze, nie pozwalając zepchnąć się do
defensywy.
Podsumowanie
Dzisiejsza udana próba powstrzymania spadków wartości indeksów i obrony
ważnych dla byków poziomów, zrobiła dobre wrażenie. Po zachowaniu się giełd
naszego regionu widać było, że Warszawa jest pod dużą presją. Nasze indeksy nie
reagowały na spore wzrosty we Frankfurcie, czy Paryżu, lecz „patrzyły" raczej w
kierunku przeciwnym. W
końcu jednak optymizm przeważył szalę. Jeśli dziś
wieczorem Wall Street nie zrobi nam jakiegoś psikusa, a jutro „grzechy"
Telekomunikacji Polskiej zostaną uznane za odpuszczone, możemy mieć do czynienia
z kontynuacją wzrostu.
Roman Przasnyski, Główny Analityk Gold Finance