Było we mnie szalone marzenie

Dorota Wojnar
opublikowano: 2010-11-26 00:00

Luksus dla każdego znaczy coś innego: spacer z dzieckiem po parku albo torebka z diamentami — twierdzi Elżbieta Wysoczańska. Polka, której luksusowe kosmetyki kupują kobiety w największych stolicach świata.

"Business Class": Jak przekonać Szwajcarów, żeby dali komuś milion euro?

Elżbieta Wysoczańska
Elżbieta Wysoczańska
None
None

Elżbieta Wysoczańska*: Robi się dobrą prezentację w PowerPoincie (śmiech). A tak na serio, mój pomysł urodził się w czasach najlepszych dla luksusu. Na przełomie lat 2005 i 2006 r., kiedy doskonale się sprzedawały limitowane kolekcje torebek po 25 tys. euro. Wiem, że teraz jego realizacja byłaby nierealna. Inwestorzy to trzej szwajcarscy aniołowie biznesu, którzy nie mają potrzeby ujawniania tożsamości. Miałam szczęście, że ich poznałam. Pech chciał, że zaczęłam lansować moje kosmetyki tuż przed kryzysem. Ponad trzy lata pracowałam nad składnikami i produkcją, a z promocją wystartowałam we wrześniu 2008 r. W listopadzie zaczął się krach. Wtedy już się nie dało zatrzymać tej maszyny.

 

Co sprowadziło panią do Paryża?

Urodziłam się w Poznaniu, ale moi rodzice pochodzą z ziemi lwowskiej, a potem mieszkali we Wrocławiu. Babcia była malarką, matka śpiewaczką operową, a ojciec profesorem uniwersyteckim. Moje dzieciństwo wypełniały muzyka i sztuka. W Polsce mieszkałam do 19. roku życia. Studiowałam literaturę hiszpańską. Zawsze jednak chciałam podróżować, dlatego pojechałam do Madrytu, gdzie studiowałam dziennikarstwo. To był czas, kiedy szukałam samej siebie, a do tego najlepiej się nadają podróże: poznawałam ludzi, próbowałam różnych rzeczy i sprawdzałam, w czym się czuję najlepiej.

 

Muzyka, filologia hiszpańska, dziennikarstwo… Gdzie w tym zacięcie biznesowe?

Zawsze było we mnie to szalone marzenie — mieć własną markę kosmetyków. Jako nastolatka miałam problemy z cerą. Gdy studiowałam i pracowałam w Hiszpanii, wszystkie sjesty spędzałam w sklepach przy półkach z kremami. To marzenie krążyło wokół mnie przez lata. Jeszcze w liceum czytałam o ESSEC — paryskiej szkole biznesu, która jako jedyna kształci z zarządzania markami luksusowymi. Pomyślałam: będę tam. Ale żeby się dostać, musiałam spełnić szereg warunków: mieszkać w trzech krajach, mówić trzema językami, przez pięć lat być menedżerem. Szkoła przyjmuje ludzi łączących talent artystyczny i biznesowy, np. projektantów przedsiębiorców czy bankowców kochających grafikę. W tym czasie studia kosztowały tyle, co mieszkanie w Polsce, ale wiem, że to dobra inwestycja. Zdobyłam wiedzę biznesową, ale uczyłam się też historii sztuki i mody. Odwiedziłam światowe imperia mody: Vuittona w Paryżu, Ferragamo we Florencji, Estee Lauder w Nowym Jorku. Ale nie chodzi nawet o to, czego się można tam nauczyć, ale o przyjaźnie, które tam zawierasz, a które się potem przekształcają w kontakty biznesowe. MBA skończyłam z wyróżnieniem i dostałam propozycję pracy dla L’Oreala w Moskwie. Wtedy pojawił się dylemat: pracować dla koncernu albo zrobić coś swojego.

 

Dużo pani ryzykowała?

Finansowo nie, ale w innym sensie tak. Wszyscy koledzy ze studiów pracują dla wielkich marek w światowych stolicach, mają wysoką pozycję, a ich stopa życiowa jest wyższa niż moja. Ale ja robię coś długoterminowo.

 

Z muzyka stała się pani chemikiem…

Wiedza chemiczna nie jest niezbędna, by stworzyć firmę kosmetyczną. Trzeba umieć się otoczyć wybitnymi fachowcami. Między studiami w Hiszpanii a przyjazdem do Francji mieszkałam w Szwajcarii i pracowałam w firmie farmaceutycznej, gdzie zajmowałam się marketingiem naukowym. Tam się nauczyłam czytać i oceniać badania. Dowiedziałam się, że w stresie organizm człowieka jest o wiele bardziej wydajny, czego dowodzą np. wyczyny sportowców. W Japonii i Himalajach żyją plemiona, których członkowie doprowadzają się do stresu przez głodówkę i dzięki temu żyją ponad sto lat. Istnieją też rośliny rosnące w ekstremalnych warunkach i mające niesamowite właściwości. Postanowiłam sprawdzić, co można w nich znaleźć. Kiedy je zbadaliśmy, zdecydowaliśmy się wykorzystać m.in. szwajcarską szarotkę, kwiaty Tybetu i algi z Antarktydy.

 

A jakich kosmetyków pani używa?

Do pielęgnacji tylko moich. Krem do cery mieszanej na dzień, krem pod oczy, czasem serum przeciwko niedoskonałościom skóry — właściwie zrobiłam je dla siebie — i krem na noc. Nie używam podkładów, bo zawierają składniki, których kobiety nie powinny nakładać na twarz. Używam tylko sypkiego pudru Armaniego. Często własnych mikstur pudrów.

 

Co to jest luksus?

Dla każdego to słowo oznacza coś innego. Luksusem może być wyjazd z dzieckiem na kilka dni nad morze. Dla kogoś innego — torebka wysadzana diamentami. Chodzi o indywidualną przyjemność, wyjątkowy moment. Dla kogoś, kto zna się na winach, luksusem jest wypicie dobrego wina. To samo wino nic nie znaczy dla innego człowieka. Dlatego ta sama chwila nie musi być luksusem dla każdego. Kiedyś był dostępny tylko dla elit, dziś się zdemokratyzował. Choć jedni mają go cały czas, a inni od czasu do czasu, nie jest zarezerwowany dla bogatych. Dla mnie luksusem są rzeczy, o których wiem, że będą przy mnie długo i dają mi przyjemność. Momenty i przedmioty. Na przykład mam wspaniały stół z marmuru i nie mogę się oprzeć, by wciąż go nie dotykać. Przedmioty, które cieszą oko, podnoszą mnie na duchu.

 

Polki mogą kupić kosmetyki Visoanska w perfumeriach Missala. Co z resztą świata?

Wciąż trwa pięć trudnych lat startowych firmy. Dużo podróży i spotkań, każde zarobione euro jest ponownie inwestowane. Chcemy, by marka Visoanska najpierw stanęła na wysokiej półce, a dopiero później będziemy rozszerzać jej zasięg. Jeśli bylibyśmy na każdym rogu we Francji, to Harrods w Londynie nie chciałby nas u siebie. Jeśli natomiast będziemy w pięciu dobrych punktach, to zaproszą nas i Harrods, i CUM w Moskwie, i nowojorskie butiki. Ta strategia działa, bo mieliśmy okna wystawowe w Harrodsie i odnieśliśmy sukces. Teraz kosmetyki Visoanska są sprzedawane w 11 krajach Europy. Powolutku idziemy dalej: na Mauritius, do Dubaju i Maroka. W planach jest też Moskwa i Daleki Wschód, ale żeby podbić te rynki, najpierw trzeba zdobyć starą Europę. Azjaci i Rosjanie nie zaakceptują marki, której nie pokochali Europejczycy. W Polsce mamy zamiar wprowadzić nową gamę produktów dla spa. Nasze klientki to raczej trend-setterki niż trend-followerki, czyli kobiety, które stawiają na jakość, nie boją się dobrych marek niszowych.

Podobno Nowy Jork nie polubił pani czteroletniej obecnie córeczki…P

(Śmiech). Rzadko zabieram ją w podróże. Ostatnio była ze mną w Nowym Jorku, ale Manhattan jest totalnie antyrodzinny. Ludzie ze złością patrzyli na wózek, w którym wiozłam córkę. Nie miałam wyjścia i poszłam z nią na spotkanie do sklepu Bergdorf Goodman, wizytówki nowojorskiego luksusu. Wszystkie panie, które mnie tam zobaczyły, były przerażone. We Francji pod tym względem jest zupełny luz.

Ma pani przygotowane jakieś wyjście awaryjne?

Nie. Nie ma planu B. To się musi udać.

* Rocznik 1975. Pochodzi z Poznania, z rodziny o tradycjach artystycznych i humanistycznych. W Polsce studiowała literaturę hiszpańską, w Madrycie dziennikarstwo. Jest też wykształconą pianistką. Z wyróżnieniem zdobyła tytuł MBA z międzynarodowego zarządzania markami luksusowymi w ESSEC — słynnej szkole biznesu w Paryżu. Zanim stworzyła markę kosmetyków Visoanska, zebrała najlepszych specjalistów z kosmetologii, biotechnologii, dermatologii i żywienia, którzy przez trzy lata prowadzili badania, by opracować kosmetyki przeciwdziałające starzeniu się skóry. Nie ma w nich pochodnych petrochemicznych, parabenów,silikonów i emulsji chemicznych. W 93 proc. zawierają czyste składniki pochodzenia naturalnego. Kosmetyki marki Visoanska można kupić w Hiszpanii, Francji, Monako, Polsce, Niemczech, Wielkiej Brytanii, Włoszech, Grecji, Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Maroku.