Były dyrektor PŻM podejmuje polemikę

Bogdan Tychowski
opublikowano: 2007-03-08 00:00

W nawiązaniu do artykułu Bogdana Tychowskiego „Czy zatopiony dyrektor torpeduje zarząd PŻM”, opublikowanego w „Pulsie Biznesu”, dn. 18 stycznia 2007 r. pragnę odpowiedzieć na postawione w tym tekście zarzuty.

Po pierwsze „złota akcja” nie istniała, a była jedynie formułą medialną. Zgodnie z ówczesnym prawem jako dyrektor naczelny Polskiej Żeglugi Morskiej nie musiałem mieć zgody ministra skarbu (wówczas Jacka Sochy) na sprzedaż akcji, o której mowa. Miałem obowiązek powiadomić go o transakcji i zrobiłem to. Minister skarbu uważał zaś, że naruszyłem prawo i odwołał mnie ze stanowiska, ale zrobił to bezpodstawnie. Mam trzy postanowienia prokuratury i jeden wyrok sądu apelacyjnego stanowiące o tym, że nie naruszyłem prawa. Sąd wojewódzki w Szczecinie orzekł natomiast, że nie mam prawa odwoływać się od decyzji ministra Jacka Sochy. Chcę także zaprzeczyć, że złożyłem lub zamierzam złożyć pozew w tej sprawie do Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu.

Zaprzeczam, że inspiruję kontrole w Polskiej Żegludze Morskiej. Uważam jednak, że firma powinna być kontrolowana, tak jak nieustannie kontrolowana jest Agencja Rozwoju Przemysłu, którą obecnie kieruję.

Uważam, że przedsiębiorstwo Polska Żegluga Morska jest zarządzane fatalnie. Jego szef, Paweł Szynkaruk, nie posiada ani doświadczenia, ani wykształcenia, by nim kierować. Początkowo były realizowane pewne inwestycje, ale obecnie są one na poziomie zerowym i firma się nie rozwija. Istnieją tylko plany inwestycyjne, jednakże inwestycji brak. Przypuszczam, że zapowiadany w przyszłym roku zakup kilku statków się nie odbędzie. Jedyne statki, które obecnie posiada PŻM, zostały zakontraktowane przeze mnie, gdy byłem jeszcze szefem firmy. Również cztery jednostki z Chin, których zakup jest planowany na przyszły rok.

Kolejną kwestią jest polityka promowa firmy. PŻM zainwestowała 120 mln USD na opanowanie rynku przewozów promowych między Polską a Skandynawią. W tym czasie przegrała dwie licytacje promów. Dodatkowo jeden z promów, Galileusz, został kupiony przez najgroźniejszego konkurenta PŻM — Euroafricę i został włączony do eksploatacji pod skrzydłami Unity Line, czyli spółki PŻM. To skandal. Została sprzedana prawie cała grupa statków o ładowności 4,4 tys. ton — z całym rynkiem i kontraktami — to jest wycięcie całego segmentu działalności firmy. Ponadto ani jedna ze sprzedanych maszyn nie poszła na złom, ale została przekazana innym armatorom do dalszej eksploatacji.

Moja troska o PŻM wynika z tego, że zbudowałem tę firmę od nowa. Gdy przyszedłem do niej w 1998 r., przedsiębiorstwo miało 700 mln USD kredytów, a wszystkie statki były zastawione. Ja odkupiłem je od banków wraz z odsetkami — razem około 2 mld USD i zdołałem osiągnąć rentowność na poziomie 30-40 proc. W 2004 r. zostawiłem grupę z 900 mln zł zysku i z gotówką na kontach w wysokości 170 mln USD. Kupiłem 20 statków, w tym pięć z Japonii, cztery z Chin, odkupiłem też sześć innych.

Tekst jest jednostronny, krzywdzący i nieprawdziwy, a informacja o tym, że dziennikarz nie mógł się ze mną skontaktować, także świadczy o jego nieprofesjonalizmie .

Z poważaniem

Paweł Brzezicki

prezes Agencji Rozwoju Przemysłu, były dyrektor naczelny PŻM

Odpowiedź redakcji

Już trzy lata minęły od odwołania Pawła Brzezickiego z tego stanowiska, a on nadal nie może się z tym pogodzić. Wbrew jego zarzutom, Paweł Szynkaruk, nowy dyrektor firmy — absolwent Wydziału Ekonomii i Organizacji Transportu Morskiego Uniwersytetu Szczecińskiego — jest odpowiednio przygotowany do sprawowania tej funkcji i radzi sobie dobrze.

Pan Brzezicki żyje jednak wspomnieniami, które mieszają mu się z faktami. Przypisuje sobie np. budowę 20 statków, podczas gdy kontrakty na pięć z nich podpisał w latach 1996-99 jego poprzednik — Janusz Lembas. On sam zakontraktował zaledwie cztery jednostki. Takich „nieścisłości” w jego argumentach jest więcej. A to mnie były dyrektor PŻM zarzuca stronniczość i brak rzetelności. W środowisku dziennikarskim znany jest on z tego, że w niewygodnych dla siebie sytuacjach nie reaguje na telefony i pytania zadawane pocztą elektroniczną. Wbrew temu co sugeruje w liście, podejmowałem próby kontaktu — mogę potwierdzić to wykazami połączeń telefonicznych i poczty elektronicznej.