nRK: Czy istnieją analogie pomiędzy tym, co wydarzyło się w 1994 i
2000 roku na giełdzie, a tym, co dzieje się teraz?
Wiesław Rozłucki,
były szef GPW: Przed krachem w 1994 roku ceny akcji wzrosły o tysiąc kilkaset
procent w ciągu roku z bardzo niskiego poziomu. Dzisiaj mamy do
czynienia z kilkuletnim wzrostem. Jest też o wiele mniejszy niż w przeszłości.
Na szczycie hossy w połowie lat dziewięćdziesiątych akcje były droższe od
dzisiejszych trzy, cztery razy - mówię o relacji cena akcji spółki do jej zysku.
Dzisiaj niektórzy mówią, że giełda jest przewartościowana, ale w 1994 roku co do
tego nie było żadnych wątpliwości. Każdy, kto znał się choć trochę na giełdzie,
widział, że wyceny spółek są przesadne.
Dzisiaj też mamy na giełdzie spółki, których akcje z roku na rok
rosną o kilkadziesiąt procent - to chyba za szybko.
Od kilku lat się
powtarza, że banki są przewartościowane - ich akcje rosną co roku o 20-30
procent. I nic - giełda się nie przewraca. Po prostu tempo wzrostu naszych
spółek, ich zysków jest bardzo wysokie. Niemniej po czterech bardzo dobrych
latach na giełdzie, trudno oczekiwać piątego roku, równie dobrego. To byłoby
zastanawiające.
Właśnie globalny nastrój na giełdach się zmienia. Do niedawna żaden
ze znaczących finansistów i ekspertów nie chciał mówić o poważnym zagrożeniu
związanym z kryzysem na amerykańskim rynku nieruchomości. Teraz ostrzega nas
prezes Deutsche Banku Josef Ackermann, problem widzi też Alan
Greenspan.
Akurat Alana Greenspana bardzo lubię za jego
niedookreślone, dwuznaczne wypowiedzi typu: "Jeżeli wam się wydaje, że moja
wypowiedź była jasna, to znaczy, że w ogóle jej nie zrozumieliście, bo ona z
założenia miała być niejasna.". Dzisiaj Greenspan nie jest już prezesem Banku
Rezerw Federalnych, więc może się wypowiadać publicznie w sposób mniej
zawoalowany. Nie polemizowałbym z nim na temat gospodarki amerykańskiej. Gdyby
wypowiedział się na temat gospodarki polskiej, w związku z Europą, to tutaj
można mieć inne zdanie.
Ale inne zdanie niż Alan Greenspan dotyczące sytuacji na światowych
rynkach finansowych ma między innymi prezes zarządu GPW Ludwik
Sobolewski.
Ludwik Sobolewski wypowiada się jako urzędujący prezes
giełdy i jak każdy prezes, każdej giełdy, nie może się wypowiadać w sposób
budzący zaniepokojenie. Każda jego wypowiedź musi być raczej uspokajająca.
Funkcja wypowiedzi Sobolewskiego i Greenspana nie są takie same. Prezes giełdy
ma ograniczoną swobodę wypowiadania swoich poglądów. Przeżyłem to kilkakrotnie,
więc wiem co mówię. W 1993 roku pozwoliłem sobie na wypowiedź ostrzegającą -
teraz, jak dzisiaj to czytam, wydaje mi się bardzo niewinna. I następnego dnia
były małe wahnięcie. Wypowiedzi uspokajające są zawsze mile widziane, i tego
inwestorzy oczekują.
Więc jednak obawy Greenspana i Ackermanna są słuszne?
Nic
tu nie jest jednoznaczne. W portfelach niemieckich landesbanków znalazły się
papiery zabezpieczone kiepskimi hipotekami amerykańskich nieruchomości - to
tłumaczy ostrożne wypowiedzi Ackermanna. Ryzyko rozlało się po świecie. Dobrze -
zostało rozproszone. Ale z drugiej strony jest niemal wszędzie - to z kolei może
niepokoić. Nikt już nie może powiedzieć, że problemy na amerykańskim rynku
nieruchomości go w ogóle nie dotyczą. Poza tym mamy do czynienie ze zjawiskami,
które nie są transparentne.
Dzisiaj system finansowy jest globalny, instytucje finansowe są powiązane dziesiątkami różnych więzów, wiele zależności pomiędzy nimi umyka ekspertom. Nie ma instytucji w skali świata, która bada i nadzoruje wiarygodność instytucji finansowych. Może się zdarzyć, że gdy w jakimś miejscu powstanie problem, to nie od razu będziemy wiedzieli, że on w ogóle jest. I po drugie, jak pojawią się jego negatywne skutki, to będą miały charakter mnożnikowy, nie liniowy. Dzisiaj nikt nie jest w stanie włącznie z Greenspanem i Ackermannem - ocenić poziom globalnego ryzyka i przewidzieć skutki kryzysu związanego z rynkiem nieruchomości w Stanach Zjednoczonych. Wiemy tylko, że ryzyko jest rozłożone, globalny poziom bezpieczeństwa jest na wyższym poziomie, ale z kolei światowy system finansowy jest pod znacznie mniejszą kontrolą niż jego lokalny odpowiednik w obrębie jednego państwa.
Przed nami wybory. Czy polityka wpłynie na
giełdę?
Wybory, które mogły być niezwykle groźne dla giełdy, odbyły
się w 1993 roku. Wygrała lewica i pojawiły się poważne obawy, że nastąpi powrót
do gospodarki centralnie planowanej, gdzie dla giełdy miejsca nie ma. Dzisiaj
wydaje się to nam przesadą, ale wtedy naprawdę niektórzy myśleli, że budowa
kapitalizmu w Polsce zostanie zatrzymana. Lewica na szczęście wiedziała, że są
takie obawy i zaraz po wyborach na giełdzie pojawił się premier Waldemar Pawlak
z uspokajającą wypowiedzią, kontynuowano też prywatyzację Banku Śląskiego, żeby
przypadkiem nie wysyłać sygnałów, że nowy rząd wycofuje się z rynkowych reform.
Dzisiaj jest zupełnie inaczej.
Nadchodzące wybory nie mają większego znaczenia dla giełdy. Żadna z liczących
się partii nie zamierza wywracać gospodarki do góry nogami. Poza tym jesteśmy
już w Unii, i nawet gdyby ktoś chciał a nie chce
rewolucji, to już dzisiaj jej przeprowadzenie jest niemożliwe. Inwestorzy patrzą
na to podobnie. Z roku na rok przekonują się, że polityka wywiera coraz mniejszy
wpływ na giełdę. Jeżeli kursy akcji zależą od przyszłych dochodów
przedsiębiorstw dyskontowanych na cenę dzisiejszą, to trzeba by się zastanowić,
jakie decyzje w politycznym programie wpłynęłyby negatywnie na dochody
przedsiębiorstw. I tutaj nie ma wyraźnych wskazówek, że taki czy innych rząd
mógłby wpłynąć w najbliższych dziesięciu latach na pogorszenie ich
wyników.
Pełny wywiad z Wiesławem Rozłuckim znaleźć można w październikowym
miesięczniku "Nasz Rynek Kapitałowy". 