I będzie nabrzmiewała, jako że 10 lutego wreszcie zaczynają się długo przygotowywane wielkie rosyjsko-białoruskie manewry „Sojusznicza stanowczość 2022” na terenie Białorusi, których część zaplanowano tuż nad granicą z Ukrainą.
Na całe szczęście na rynkach nie widać jakiejś wojennej paniki. W naszych firmach prowadzących interesy u wszystkich wschodnich sąsiadów – obok Ukrainy i Białorusi naturalnie uwzględniamy Rosję, z którą przecież graniczymy przez okręg kaliningradzki – oczywiście istnieją obawy, ale bez jakichś gwałtownych ruchów. Charakterystycznym zjawiskiem jest bardziej nerwowa sytuacja w firmach, powiązanych z kapitałem zagranicznym. Na wyraźne żądania zachodnich właścicieli menedżerowie części polskich spółek córek musieli przygotować biznesplany na wypadek konfliktu – nie żeby od razu ewakuacyjne, lecz antykryzysowe. Powtarza się syndrom realizowanej „na wszelki wypadek” panicznej i bezzasadnej ewakuacji personelu niektórych zachodnich ambasad z Ukrainy.
W tych okolicznościach należy oczywiście pozytywnie ocenić wszelkie przeciwdziałające wojnie mediacje polityczne. W ostatnich dniach już nie zdalnych, lecz osobistych spotkań decydentów jest tyle, że właściwie łatwiej spisać, kto jeszcze z kim nie rozmawiał. No, na pewno Andrzej Duda z Władimirem Putinem – z wizualnej dokumentacji obu stron wynika, że szef chińskich komunistów Xi Jinping podczas otwarcia igrzysk w Pekinie rozsadził obu skonfliktowanych gości na VIP-owskiej trybunie stadionu Ptasie Gniazdo wystarczająco daleko od siebie.
W tym cyklu rozmów wczoraj w Berlinie dość niespodziewanie został reaktywowany w trybie awaryjnym Trójkąt Weimarski, który po 2015 r. pozostawał tworem martwym. Przy czym bardzo różna jest perspektywa władzy trzech uczestników – niemiecki kanclerz Olaf Scholz oraz prezydent Andrzej Duda powinni stabilnie sprawować swoje urzędy do 2025 r., natomiast francuskiego prezydenta Emmanuela Macrona już 10 kwietnia czeka pierwsza tura ciężkiej walki o reelekcję. Dla wzmocnienia wyborczych szans skutecznością międzynarodową podjął się ciężkiej misji – odwiedził Moskwę i Kijów, zaś wracając zawinął o Berlin, żeby weimarskim partnerom po prostu zrelacjonować, co przez pięć godzin usłyszał od Władimira Putina.

Car Kremla nieustannie odtwarza płytę zgraną już od 2014 r. Stoi na gruncie tzw. porozumień mińskich (mało kto już pamięta, że po zaborze Krymu przez Rosję plac dla rokowań udostępnił zaakceptowany przez wszystkie strony jako neutralny… Aleksander Łukaszenko), ale tylko w wątkach dla niego korzystnych. Realnie chodzi mu o urwanie przez Rosję z Ukrainy przeważającej części Donbasu, czyli formalne usankcjonowanie stanu utrzymującego się tam siódmy rok. Dlatego jedyną platformą, na której zgadza się rozmawiać, jest tzw. format normandzki. Wypada przypomnieć, że ta nieformalna czwórka – Francja, Niemcy, Rosja, Ukraina – skrzyknęła się w czerwcu 2014 r. w kuluarach obchodów 70. rocznicy lądowania aliantów w Normandii. Przebywał tam również prezydent Bronisław Komorowski, ale dla niego miejsca przy tym stole akurat nie przewidziano. Podobnie jak dla prezydenta USA oraz premiera Wielkiej Brytanii. Władimir Putin doskonale rozumiał, że para francusko-niemiecka jako reprezentacja Zachodu będzie w sprawie agresji na Ukrainę zdecydowanie bardziej spolegliwa, niż np. całe NATO. I umiejętnie rozgrywa to do dzisiaj.