Sklepy, puby, usługi remontowe. Rzutcy Polacy otwierają biznes dzięki prostocie szkockiego prawa. Pozwala ono założyć firmę nawet przez telefon.
Hydraulicy i elektrycy zarabiają krocie. Szkoci już się nawet z tego śmieją. Opowiadają sobie dowcipy, jak ten o mężu przepraszającym żonę: — Kochanie, hydraulik dziś nie przyjdzie. Pływa swoim jachtem po Karaibach.
— U kumpla w knajpie zatkał się zlew. Hydraulik przyszedł, obejrzał, wypił kawkę. Poszedł. Drugiego dnia upiłował kolanko — kuchnia musiała jakoś pracować, pod zlew podstawiono wiadro. Trzeciego dnia wymienił, co trzeba. I zainkasował 800 funtów — opowiada Maciek Przybycień, młody Polak pracujący w Edynburgu w firmie kateringowej, ponadto jako dziennikarz w polskim portalu Szkocja.net, a także jako tłumacz.
Szkocja potrzebuje nie tylko fachowców. Brak rąk do pracy odczuwa każdy sektor gospodarki. Choć pracuje 75 proc. ludzi w wieku produkcyjnym, starzenie się społeczeństwa i spadający przyrost naturalny robią swoje. Ratunkiem pozostają cudzoziemcy zatrudniani na takich samych warunkach jak Szkoci — czas pracy, wymiar urlopu czy minimalna stawka (5,35 funta za godzinę) są identyczne dla wszystkich. Polaków w tym kraju osiedliło się 50 tys. (70 proc. z nich nie przekroczyło 34 lat). Rynek zdoła wchłonąć co najmniej drugie tyle pracowników z Polski. Rząd zapewnia, że dopóki gospodarka będzie się rozwijała, przyda się każdy, kto chce i potrafi pracować. A będzie, bo pięciomilionowa Szkocja to kolejny celtycki tygrys — dochód narodowy brutto w 2004 r. wyniósł ponad 82 mld funtów, 16,1 tys. na głowę mieszkańca.
— Wiek, wykształcenie, kwalifikacje? Nie stawiamy ograniczeń. Wolny rynek sam decyduje, kto jest potrzebny — przekonuje George Lyon, wiceminister finansów w autonomicznym rządzie Szkocji.
Aby zwabić cudzoziemców i zachęcić zagranicznych studentów do pozostania w Szkocji, a szkockich specjalistów i emigrantów do powrotu na łono ojczyzny, w lutym 2004 r. rząd wdrożył program Fresh Talents.
— To informacja, jak szukać pracy i zorganizować sobie życie w Szkocji. Program niczego nie daje i to trzeba powiedzieć jasno, bo ludzie dzwonią do konsulatu z pytaniami: A kto będzie na mnie czekał na lotnisku? — przypomina Aleksander Dietkow, nasz konsul w Edynburgu.
Potwierdza, że praca w Szkocji jest, ale odradza przyjazd bez znajomości języka, bez pieniędzy na początek pobytu (tylko na kaucję za wynajęcie pokoju trzeba przeznaczyć 500 funtów), bez pomysłu, co się chce robić. Radzi, by przed wyjazdem rozeznać się w ofertach. Szkoccy pracodawcy ogłaszają się na stronie Scottish Executive — szkockiego rządu — www.szkocja.eu. Warto też zajrzeć na portal www.Szkocja.net.
— Od początku 2006 r. kupiliśmy 70 biletów powrotnych do kraju ludziom, którzy przyjechali, nie znając angielskiego i bez pieniędzy. Nie odnaleźli się w wolnorynkowych realiach — dodaje konsul.
Niemiecka precyzja
W Szkocji pracują polscy dentyści, fryzjerzy, kosmetyczki, malarze, tynkarze, spawacze, mechanicy, cieśle budowlani, kierowcy czy pracownicy sektora turystycznego. W niektórych fabrykach Polacy stanowią tak duży odsetek załogi, że pracodawcy organizują kursy menedżerskie dla najlepszych. Robotnicy znajdują zatrudnienie m.in. w przetwórniach ryb, firmach recyklingowych czy w destylarniach whisky. Bardzo cenieni są także polscy architekci — rynek na tych specjalistów zdaje się nie mieć dna, tyle się teraz buduje.
— Szkoły i szpitale. Tym zajmuję się najczęściej. Mamy tyle pracy, że Szkoci nie znaleźli czasu na obejrzenie mojego dyplomu — śmieje się Karim Baaziz, architekt po Politechnice Poznańskiej, zatrudniony w BMJ Architects.
Pracę w zawodzie znalazł w Glasgow. Z ogłoszenia, które przeczytał w Anglii, gdzie pakował książki dla firmy Amazon. Na Wyspy przyjechał za dziewczyną, Joanną Kaczyńską, studentką anglistyki, która, zdawałoby się — jedzie z drewnem do lasu.
— Postanowiłam dokończyć studia w Anglii, ale okazało się, że Szkocja oferuje więcej możliwości. Anglia to rynek nasycony, nie zastanawialiśmy się długo nad przeprowadzką do Glasgow. Karim pracuje tu w swoim zawodzie, a ja bez problemu znalazłam pracę w firmie ubezpieczeniowej Norich Union. Pracowałam tam ponad rok, teraz przechodzę do Damac, dewelopera nieruchomości w Dubaju — opowiada Joanna Kaczyńska, wybrana przez tutejszą Polonię szkocką miss Polski.
Jej opinię potwierdzają inni. Nie warto, zwłaszcza bez planu, pchać się do Londynu. Szkocja to ich przemyślany wybór.
— Tutejsi pracodawcy chwalą Polaków. Mówią, że pracujemy jak Niemcy, albo i lepiej. Choć znajdujemy się w czołówce imigrantów — wciąż w Szkocji jest więcej Irlandczyków i Pakistańczyków, ale Chińczyków już przeskoczyliśmy— tylko incydentalnie zdarzają się przejawy niechęci wobec Polaków. Wpływa na to także nasze zachowanie — od wejścia Polski do Unii w 2004 r. żadnego Polaka nie skazano w Szkocji na karę więzienia — chwali rodaków Aleksander Dietkow.
W imigrantach siła
Ten kraj zawdzięcza przyjezdnym tyle samo, ile oni jemu. Są firmy, dla których siła robocza z Polski, decyduje o ich być albo nie być.
— Perth jest miastem bez tradycji przemysłowych. W jego rolniczej okolicy rozwija się turystyka i przetwórstwo żywności. Gdy w 2002 r., otwieraliśmy firmę recyklingową, mieliśmy trudności ze znalezieniem pracowników. Wielu zatrudnionych u nas Szkotów dojeżdża nawet 50 km w jedną stronę. Od 2004 r. fabryka dynamicznie się rozwija: 57 ze 101 pracowników to Polacy. Operatorzy maszyn, kierowcy — wylicza Malcolm Todd, dyrektor handlowy Shore Recycling z Perth.
Firma zainwestowała 17 mln euro w trzy linie produkcyjne. Przetwarzają lodówki, kineskopy i całą resztę sprzętu elektryczno-elektronicznego. Pracują przez cały tydzień, 24 godziny na dobę. Połowę pracowników zatrudniono przez ostatnie dziewięć miesięcy i to bez reklamy — zdaniem Malcolma Todda wieści o stabilnej pracy przekazywane są z ust do ust.
— Perth to miejsce atrakcyjne dla Polaków. Są tu od 60 lat. Dorastając w pobliskiej wiosce, miałem w klasie trzech polskich kolegów. A wielu studentów z Polski przyjeżdżało latem na zbiór owoców — wspomina Todd.
Szkoci są przychylni polskim imigrantom, bo pamiętają 200 tys. naszych żołnierzy stacjonujących na tej ziemi podczas II wojny światowej. Wydali nawet książkę „Przyjacielska inwazja”.
— Pułkownik Józef Korabiowski, 90-latek nie do zdarcia, przekonywał mnie, że polscy żołnierze trochę świeżej krwi Szkotom wpuścili. Panie konsulu — mówił — co druga ładniejsza dziewczyna na ulicy to nasza robota — śmieje się Aleksander Dietkow.
W przeciwieństwie do nas Szkoci pamiętają o wspólnej historii w XV-XVII w.
— Polska to czwarty kraj wielkiej emigracji Szkotów. Około 1700 r. żyło tu 30 tys. szkockich rodzin — 10 proc. ówczesnego społeczeństwa przeniosło się do nas. Aleksander Chalmers, pierwszy burmistrz Warszawy, był szkockim biznesmenem. Wybrano go na trzy kadencje. A z włókienniczego rejonu Aberdeen sprowadzono do Żyrardowa 1,5 tys. inżynierów i techników. Szkoci osiedlali się też w ordynacji zamojskiej, kraj przemierzali szkoccy handlarze. Największy szkocki bohater, Bonnie Prince Charlie, był pół-Polakiem: synem Klementyny Sobieskiej, wnuczki Jana III, i Jamesa Stewarta. W żyłach naszych rodaków o nazwiskach Machlejd — oryginalnie Macleod, Makaliński — od MacAulay czy Kabron — Cockburn, płynie zaś szkocka krew — przekonuje Aleksander Dietkow.
Dziś fala zmieniła kierunek. Tylko w okolicach Perth zarejestrowało się 5 tys. Polaków. Zatrudnieni w Shore Recycling, pracując po 40 godzin tygodniowo, zarabiają tysiąc funtów miesięcznie. Sto odchodzi na podatki, 350-450 na czynsz za 2-3 pokojowe mieszkanie (ale jedno służy kilku kolegom). Na własny samochód pracownika Shore stać po trzech tygodniach pracy.
— Przy skromnym życiu, sam sobie gotuję, odkładam do 600 funtów miesięcznie. Żywność jest tańsza niż w Polsce — wylicza Wiesław Dzida, jeden z zatrudnionych w Shore Polaków.
W Szkocji mieszka od roku. W Polsce prowadził własny biznes, sklep i hurtownię artykułów spożywczych koło Jasła. Nie poradził sobie z konkurencją — został tylko sklep zarządzany przez żonę. By spłacić kredyty, zdecydował się na wyjazd z kraju. Myśli jednak o powrocie.
Język w gębie
W firmie Malcolma Todda niezbędna jest Magdalena Dubanowska, Polka mówiąca płynnie po angielsku. 11 miesięcy temu przyjechała do Szkocji z Grudziądza z mężem i dzieckiem. Skończyła pedagogikę — w kraju nie znalazła zatrudnienia. A jej mąż miał dość pracy dla Biedronki. Dziś Magda tłumaczy instrukcje obsługi maszyn i treść szkoleń robotnikom nieznającym angielskiego.
— Przetłumaczyliśmy instrukcje i plan pracy, organizujemy szkolenia w języku polskim. W każdej grupie pracuje też ktoś z dobrą znajomością angielskiego, by pomagać innym — mówi Malcolm Todd.
Za tłumaczenia Magda dostaje 6 funtów za godzinę. Ma też drugie zajęcie — w biurze miejscowej elektrowni. Jej mąż, bez znajomości języka, zatrudnił się w przetwórni drobiu.
— Wielu Polaków nie chce się uczyć angielskiego. Prowadziłam dla nich kursy, ale nie było dużego zainteresowania. Ci ludzie sami stawiają sobie barierę. Ograniczają zawodową przyszłość do najprostszych prac — uważa tłumaczka.
Widzi to również Piotr Wesołowski z firmy Venesky-Brown Recruitment z Edynburga.
— Nieznajomość języka to brak kontaktu z pracodawcą. Problemy związane z bezpieczeństwem pracy i desperacja — świetni i poszukiwani fachowcy biorą pierwszą lepszą posadę, bo nie mają wyjścia, życie jest drogie — ubolewa Piotr Wesołowski.
Ten Polak z Kanady szefował w Edynburgu firmie tłumaczeń — zatrudniał 150 tłumaczy wysyłanych na kilka godzin do szpitali, na policję, na wywiadówki (w takich sytuacjach Szkoci zapewniają cudzoziemcom pomoc na rządowy koszt). Tłumaczyli na polski, chiński, suahili. W tym samym budynku mieściła się firma rekrutacyjna Joe Venesky’ego. Szkota z polskimi korzeniami — jego przodkowie zmienili nazwisko z trudnego: Wiśniewski. Napływ Polaków do Szkocji sprawił, że rozmowy obu panów na korytarzu zaowocowały ambitnym projektem.
— Powstała szkoła ucząca „survival English”. Podstaw umożliwiających porozumienie się z pracodawcą. Nauka obejmuje cztery poziomy, każdy po 12 tygodni. Uczymy z uwzględnieniem indywidualnych potrzeb. Na przykład kierowca musi znać język lepiej od stolarza, bo w pracy używa krótkofalówki. To jedyna szkoła na Wyspach sprowadzająca nauczycieli z Polski, by ułatwić kursantom początki — przekonuje Piotr Wesołowski.
Nauka kosztuje 22 funty tygodniowo — 4 godziny pracy za minimalną stawkę. Efekty? Paweł, chłopak po szkole mechanicznej z Krosna, pracował nielegalnie na zmywaku za 4,20 funta za godzinę. Po dwóch miesiącach nauki angielskiego znalazł pracę w zawodzie — za 7 funtów. I dowiedział się, że praca na czarno to strata czasu: po 12 miesiącach legalnego zatrudnienia pracownikowi przysługuje zasiłek dla bezrobotnych (80 funtów tygodniowo), dotacje na dzieci, na naukę fachu. Kierowca z kategorią A, podszlifowawszy język, podjął pracę za 10,5 funta, spawacz za 14 funtów, monter z polskiej stoczni za 16 funtów za godzinę. W szkole może się uczyć każdy, nie tylko klienci Venesky-Brown Recruitment, choć większość uczniów do nich należy.
— Prowadzimy inteligentną rekrutację. Weryfikujemy umiejętności kandydata. Zbieramy o nim referencje z Polski i kierujemy go do odpowiedniej pracy. Według szkockiego prawa, nie wolno pobierać opłat za znalezienie komuś pracy. Za usługi płacą nam pracodawcy: albo przez rok 14 pensów za godzinę pracy fachowca, którego znaleźliśmy, albo tygodniowo. To zależy. Prowizja nie może być duża, bo pracodawca nie przywiązałby się do agencji — podkreśla Piotr Wesołowski.
Najpierw była zabawa
Przedsiębiorczy Polacy wolą jednak otworzyć własny biznes. Szlaki przetarli pionierzy, jak Karol Chojnowski z Wejherowa i Albert Fret z Warszawy. W Szkocji od siedmiu lat. Przyjechali do Edynburga jako uczniowie szkół średnich — technikum elektrycznego i elektromechanicznego — na szkolną wymianę. Skończyli college i studia informatyczne w czasach, gdy Polacy musieli za naukę w Szkocji płacić — dziś, w przeciwieństwie do Anglików, studiują tu za darmo. Chłopaków interesowało projektowanie stron internetowych. Żeby przetestować swoje umiejętności, założyli polskojęzyczny portal Szkocja.net. To, co w założeniu było zabawą, stało się źródłem utrzymania dla kilkunastu osób. Strona opisuje wszystko, czym żyje Polonia: praca, mieszkanie, wydarzenia kulturalne, sposoby spędzania wolnego czasu.
— Strona działa ponad dwa lata. Dziennie mamy jakieś 7 tys. odsłon. Utrzymujemy się z reklam — ogłaszają się szkockie firmy. Nie zatrudniamy pracowników, ale płacimy za współpracę: artykuły, zdjęcia — wyjaśnia Karol Chojnowski, jeden z założycieli portalu.
Szkocję.net poleca przewodnik „Witamy w Szkocji”, wydany po polsku przez Scottish Executive w ramach akcji Fresh Talents. Broszura pokazuje m.in. historie sukcesu: świetnie prosperujący sklep spożywczy Deli Polonia założony przez Lucynę Ellis w Edynburgu, firmę hydrauliczną Mariusza Gruszki w Kirkcaldy. W Szkocji działa co najmniej pięć polskich sklepów, bar Bigos (w Edynburgu), firmy remontowe i hydrauliczne, biuro podróży. Brakuje polskiej restauracji i gazet, choć trzy różne grupy przygotowują się do ich wydawania (w planach m.in. dwutygodnik). Inicjatyw nic nie hamuje — szkockie prawo sprzyja przedsiębiorczym.
— Własną firmę — jednoosobową działalność gospodarczą — rejestruje się w 15-30 minut. Nie trzeba nigdzie chodzić, można to zrobić przez internet lub zadzwonić do Urzędu Podatków i Ceł. Zakładający firmę mogą też liczyć na tysiąc funtów kredytu na rozruch i bezpłatne doradztwo rządowej organizacji — twierdzi Magdalena Dubanowska, rozważająca założenie szkoły językowej.
Prawdziwy sukces w mieście, gdzie w pierwszym roku działalności upada 80 proc. nowych lokali, osiągnęły Anna Brudnowska i Milena Skonieczna, właścicielki polskiego pubu i klubu Cenzor w Edynburgu. Przyjechały tu przed czterema laty, a od lutego 2006 r. prowadzą własną knajpkę. Aż 70 proc. ich klientów to Szkoci.
— Są ciekawi nowych potraw. Zajadają pierogi, gołąbki, śledzie czy bigos. Nie smakuje im tylko chleb ze smalcem — opowiada Anna Brudnowska.
We własny interes wspólniczki włożyły 60 tys. funtów.
— Pomogła rodzina, wzięłyśmy kredyt. Cenzor zarabia na siebie, mamy nadzieję, że w rok pospłacamy długi. Radzimy sobie we dwie, ale jak będzie dalej tak dobrze szło, zatrudnimy kogoś — cieszy się Anna Brudnowska.
Studentka psychologii opuściła rodzinny Świdnik bez zamiaru powrotu. Jak wielu młodych i zaradnych Polaków.
— Teraz wydaje się to niekorzystne dla polskiej ekonomii. Podobna sytuacja była u nas. Od 150 lat Szkoci emigrują do Stanów Zjednoczonych czy do Australii. Ale wielu wraca, nawet w którymś pokoleniu emigrantów, bo gospodarka kwitnie. Wasi też będą wracać — przekonuje George Lyon.
Zobaczymy.
