Celuloidowe lato

Jolanta Grabowska
23-09-2005, 00:00

Bez czerwonych dywanów i błysków fleszy. Czasem i bez gwiazd. Prowincjonalne letnie festiwale filmowe. A jednak się kręci...

W ciągu całego lata w Polsce odbywa się kilkanaście większych i mniejszych festiwali filmowych. Można by pomyśleć, że jesteśmy filmową potęgą... Poza trzema letnimi miesiącami takich imprez też jest sporo, ale to właśnie podczas wakacji następuje wyjątkowe ich skondensowanie. Kino w ślad za widzami przenosi się do mniejszych miast i miejscowości atrakcyjnych turystycznie.

Widzowie, organizatorzy, miejscowe władze — generalnie wszyscy są zadowoleni. Dla pierwszych to ciekawy sposób na spędzenie wolnego czasu — mogą nadrobić kinowe zaległości i obejrzeć filmy, które później raczej nie trafiają do szerszej dystrybucji. Organizatorzy zarabiają. A miasta mają reklamę i tłumy turystów kinomanów, którzy na miejscu zostawiają sporo pieniędzy. Wykształciła się już pewnego rodzaju turystyka festiwalowa. Najwięksi zapaleńcy jeżdżą z jednego festiwalu na drugi — zaliczają ich po kilka w ciągu lata. I to nie tylko tych poświęconych X muzie.

Kalendarz imprez

Festiwalowy maraton filmowy zaczyna się już w czerwcu — od Lubuskiego Lata Filmowego w Łagowie, zaraz potem jest Lato Filmów w Toruniu, pod koniec lipca festiwal Era Nowe Horyzonty w Cieszynie. Sierpień to festiwale w Kazimierzu Dolnym, Zwierzyńcu, Ińsku (by wymienić tylko te najważniejsze, które przez lata zdążyły już okrzepnąć i nabrać rozmachu). Festiwalowe ostatki przeciągają się jeszcze na wrzesień — Schronisko Turystyczne Orzeł i Klub Filmowy im. inż. Mamonia organizują w Górach Sowich Mamoniową Jesień Filmową. Inżynier Mamoń — duchowy patron przeglądu — to, przypomnijmy, bohater legendarnego filmu „Rejs” Marka Piwowskiego.

Chociaż większość letnich imprez filmowych szumnie określa się mianem festiwali, to w niczym nie przypominają one zorganizowanych z przepychem widowisk w Cannes, Wenecji czy choćby naszego rodzimego festiwalu filmowego w Gdyni. Niektóre, z założenia, nawiązują do dobrej tradycji znanych z PRL dyskusyjnych klubów filmowych. Oczywiście, skala tych przedsięwzięć jest nieporównywalna. Rozmach i machina organizacyjna — też nie. Ale intencje pozostały te same. W gruncie rzeczy większość dzisiejszych letnich festiwali filmowych to takie duże współczesne DKF-y, tyle że w plenerze. Są też festiwale, które stawiają na wielkość, gwiazdorstwo, a wychodzi… zadęcie.

Telewizyjny Kazimierz

Od połowy lat 90. tłumy miłośników kina ciągnęły latem do Kazimierza nad Wisłą — ze względu na urokliwe miejsce, kameralną atmosferę i niebanalny program. Kazimierz zyskał rozgłos i markę, ale szybko zaczął ją tracić. W kolejnych latach program stawał się coraz bardziej oczywisty — głównie pokazy przedpremierowe i produkcje telewizyjne. Zmieniła się też publiczność — z elitarnej, kochającej kino, na masową, którą bardziej interesują rozrywki. Po dziesięciu latach Lato Filmów wyniosło się z Kazimierza do Torunia (lipcowa edycja odbyła się już tam, w zmienionej formule). Kazimierz objęła TVP (do tej pory była sponsorem i patronem medialnym), która zdecydowała się na zorganizowanie własnego festiwalu z nową nazwą — Wysokie Temperatury Filmowe — i nowym producentem — Niezależną Fundacją Filmową. Program i charakter imprezy zmieniły się na jeszcze bardziej komercyjne...

Podczas festiwalu całe miasto, dosłownie, obwieszone było znakami firmowymi TVP, rozdawano tysiące gadżetów z logo organizatora.

— Tam, gdzie była policja, dawali czapeczki. W sumie można było skompletować cały zestaw: z koszulką, peleryną przeciwdeszczową, torbą, wachlarzem i kubkiem — wspominają trzy studentki z Warszawy, które przyjeżdżają latem do Kazimierza już od kilku lat.

Wydarzeniami festiwalu były nie filmy, ale spotkania z gwiazdami. Te pierwszej wielkości, jak np. Jerzy Stuhr (otwierał wystawę poświęconą Krzysztofowi Kieślowskiemu), nie miały tam łatwego życia. Na projekcje trzeba było dowozić go samochodem — nie był w stanie przedrzeć się przez tłum wielbicieli. To, co nie posłużyło renomie festiwalu, na pewno nie zaszkodziło samemu Kazimierzowi. W mieście — tłumy ludzi. Sztuką było znalezienie kwatery. Teoretycznie ceny pokoi zaczynały się od 35 zł, ale wszyscy na dzień dobry mówili przynajmniej 80. W niektórych sklepach podwójne ceny: niższe dla miejscowych, wyższe dla przyjezdnych.

Zwierzyniecki zodiak

Zupełnie inaczej rzecz się miała podczas innego festiwalu — Letniej Akademii Filmowej (LAF) w Zwierzyńcu. Pokazującego tam swój najnowszy film „Komornik” Feliksa Falka widzowie nie traktowali ze szczególną atencją.

— U nas nie ma gwiazdorstwa, jeśli ktoś czasem próbuje, łagodnie sprowadzamy go na ziemię. Reżyserzy, aktorzy nie istnieją przecież bez widzów, powinni mieć tego świadomość. To dla nich tu przyjeżdżają — przekonuje Arnold Deć, dyrektor ds. organizacji i promocji LAF.

A jednak niektórym nie brakuje gwiazdorskich zapędów...

— Dwa lata temu gościliśmy Walerija Todorowskiego, znanego rosyjskiego reżysera. Kiedy Rosjanin zobaczył, że nie ma czerwonego dywanu, godzinę trzeba było go namawiać, żeby wysiadł z samochodu. A gdy na dokładkę dowiedział się, że będzie mieszkał w zwykłym pensjonacie, a nie w pięciogwiazdkowym hotelu — chciał natychmiast wracać z powrotem — opowiada Arnold Deć.

Twórcą zwierzynieckiej imprezy jest Piotr Kotowski. Prowadzi w Lublinie Akademickie Centrum Kultury Chatka Żaka. Z kina tam istniejącego uczynił niemalże instytucję — organizuje przeglądy filmowe, m.in. Studenckie Konfrontacje Filmowe. Był współwłaścicielem firmy dystrybucyjnej Black Cat, ekspertem Agencji Produkcji Filmowej TVP. Prezesuje jednemu z niewielu działających jeszcze w kraju dyskusyjnych klubów filmowych. W Zwierzyńcu nazywany jest Rektorem. „Zestawem śniadaniowym Rektora” nazwano nawet jedno z dań serwowanych w jadłodajni Leśniczówka, popularnej ze względu na dobre jedzenie, niskie ceny i sąsiedztwo z klubem festiwalowym.

O tym, że Letnia Akademia Filmowa ulokowała się w tej miejscowości, a nie w innej, zadecydował w dużej mierze przypadek.

— Szukaliśmy miejsca, w którym można byłoby wypocząć i mającego warunki do pokazywania filmów — tłumaczy Arnold Deć.

Okoliczności przyrody

Okazało się, że Zwierzyniec spełnia wszystkie warunki. Małe, spokojne miasteczko, położone w niedużej odległości od Zamościa, w środku lasu. I pełne zabytków.

— Cała moja gmina leży w otulinie Roztoczańskiego Parku Narodowego. Niedaleko jest Puszcza Solska. Zwierzyniec nazywany jest perłą Roztocza. Ktoś wyliczył nawet, że na metr kwadratowy przypada tu więcej zabytków niż w Krakowie. W końcu miasto należało kiedyś do ordynacji Zamoyskich — zachwala Jan Skiba, burmistrz.

Od początku istnienia Letniej Akademii burmistrz jest ten sam, zastępca w tym czasie został dyrektorem domu kultury.

— Nie bez znaczenia dla festiwalu była życzliwość miejscowej władzy: burmistrza, jego zastępcy. Boję się, co będzie po wyborach — kiedy nastanie inna władza. Czy współpraca będzie się tak dobrze układała? — martwi się Arnold Deć.

— Ludzie nie wybaczyliby nowej władzy, gdyby impreza się stąd wyniosła — uspokaja włodarz Zwierzyńca.

Początki festiwalu były skromne. Filmy wyświetlano w trzech miejscach: w kinie Skarb, domu kultury (jeszcze z kaset VHS) i na dziedzińcu starego browaru z 1806 r. Miejscowi mówią, że Zamoyski, wielbiciel portera, rozdrażniony tym, że nie może go sprowadzać — w czasie wojen napoleońskich granice były zamknięte — kazał wybudować browar i produkować w Zwierzyńcu swój ulubiony trunek.

— Dwie pierwsze edycje festiwalu liczyły po kilkaset osób, dzisiaj przewija się nawet do 3 tys. — mówi z dumą Arnold Deć.

LAF odbyła się w tym roku po raz szósty. Licząc razem tych, którzy wykupili karnety na całość (koszt 150 zł), karnety pięciodniowe (80 zł) i trzydniowe (50 zł) oraz tych, którzy kupowali bilety na poszczególne seanse (10 zł), w festiwalowym szczycie uczestników akademii było mniej więcej tylu, ilu mieszkańców miasteczka.

— Karnety preferują osoby, dla których oglądanie filmów jest głównym celem przyjazdu do Zwierzyńca. Bilety zaś kupują turyści, którzy przy okazji pobytu tutaj zaglądają też do kina — mówi Anna Jastrzębska z biura organizacyjnego.

Dzisiaj projekcje odbywają się w pięciu miejscach — doszły jeszcze kino Salto, zaadaptowana sala gimnastyczna szkoły podstawowej, i kino Dzięcioł w zabytkowym budynku, należącym do technikum drzewnego. Przez tych kilka lat miasteczko wypiękniało, przybyło kwater, poprawiła się infrastruktura turystyczna: jest gdzie zjeść, pojawiły się nowe ścieżki rowerowe, dyrekcja parku narodowego udostępniła do kąpieli stawy Echo, nad którymi jest ostoja konika polskiego — wcześniej zamknięty rezerwat.

— Chciałbym, żeby akademia była zawsze i żeby trwała jak najdłużej. Na taką promocję w mediach, jaką mamy przy okazji LAF, miasto musiałoby wydać mnóstwo pieniędzy. Przydałoby się nam więcej takich imprez — zapewnia gospodarz Zwierzyńca.

Być, zobaczyć

Formuła wszystkich letnich festiwali filmowych jest do siebie zbliżona. W ciągu kilku dni odbywa się nawet 200-300 projekcji filmów: fabularnych, dokumentalnych, krótkometrażowych. Zapaleńcy siedzą w kinie od rana do nocy, z krótkimi przerwami na jedzenie i przemieszczanie się z jednego kina do drugiego.

— Chcę jak najwięcej zobaczyć — mówi Dagmara z Radomia, studentka chorwatystyki na Uniwersytecie Jagiellońskim, pokazując gęsto pozakreślany program.

Wczoraj widziała pięć filmów, dziś chce obejrzeć sześć.

— Przyjechałam do Zwierzyńca leczyć rozczarowanie Kazimierzem, ale, niestety, tylko na trzy dni. Już jutro wyjeżdżam — tłumaczy.

Organizatorzy festiwali kuszą różnorodnością. Działa stara zasada: dla każdego coś miłego. Od wysublimowanych wizualnie i intelektualnie obrazów, kina azjatyckiego, filmów mistrzów, retrospektyw, dokumentów — po hollywoodzkie hity, przeboje kinowe ostatnich miesięcy, nawet premiery, które za chwilę będą wyświetlane na dużym ekranie.

Lubuskie Lato Filmowe przyciąga widzów zainteresowanych wciąż mało znaną kinematografią krajów Europy Środkowej i Wschodniej. W ramach przeglądu, w tym roku po raz drugi, odbył się festiwal krajów Inicjatywy Środkowoeuropejskiej. Łagów to najstarszy festiwal filmowy w Polsce. Pierwsza edycja miała miejsce w 1969 r. — przez lata był to festiwal filmów krajowych, od 1990 r. jest imprezą międzynarodową. Równie stare Ińskie Lato Filmowe (32. „wydanie”) pokazywało panoramę kina węgierskiego, najnowsze polskie kino. LAF w Zwierzyńcu — filmy naszych południowych sąsiadów: Czechów, Słowaków, Węgrów, ale też kino tureckie, białoruskie, rosyjskie czy etiudy studentów kijowskiej szkoły filmowej albo cykl filmów „Ucieczka z heteromatriksu”, poświęcony sztuce homoseksualnej. W Toruniu prezentowana była sztuka filmowa Izraela, premierowe projekcje kina czeskiego i Azji Centralnej. Po raz pierwszy też odbył się konkurs na najlepszy scenariusz.

Cieszyn w tym roku reklamował się tak: ponad 160 filmów, 250 pokazów i 11 koncertów w ciągu 11 dni. Na otwarcie festiwalu — film „Dziecko” Jean-Pierre’a i Luca Dardenne’ów, tegoroczny zdobywca Złotej Palmy w Cannes. Na zamknięcie — „Manderlay” Larsa von Triera. W konkursie na najlepszy film pokazano 18 nowych, nieprezentowanych w Polsce obrazów — zwycięzcę wybrała publiczność. Poza tym cykl mistrzowie i odkrycia, autorski cykl ułożony przez Andrzeja Wajdę, dokumenty i eseje, pokazy specjalne, retrospektywy, m.in. Fassbindera — by wymienić tylko te najważniejsze.

— Program imprezy był przebogaty. Ciekawostka? Kino indyjskie. Przed każdym seansem w kinie puszczano indyjską muzykę i wszyscy tańczyli — opowiada Magda Konar z Warszawy, która w Cieszynie była po raz drugi.

Stamtąd na ciąg dalszy filmowego maratonu pojechała do Zwierzyńca.

Krok przez granicę

Przez ostatnich kilka lat festiwal organizowany przez Romana Gutka wyrósł na największą i jedną z wartościowszych imprez filmowych w kraju. Letnie festiwale filmowe Gutek zaczął organizować dziesięć lat temu, od Kazimierza Dolnego i Lata Filmów. Ale po kilku latach wycofał się. Nie godził się na ich coraz bardziej masowy i komercyjny charakter. Zorganizował własny festiwal, najpierw w Sanoku, później w Cieszynie. Najlepiej na tym wszystkim wyszedł Cieszyn — w tym roku festiwal Era Nowe Horyzonty odbył się już po raz piąty. Impreza z roku na rok przyciąga coraz więcej osób. Już na początku lipca (festiwal zaczynał się 21 lipca) wykupione były wszystkie karnety, chociaż kosztowały 250 zł. Ich posiadacze mieli 50-proc. zniżki na wydarzenia specjalne. Ceny biletów wyniosły zaś od 6 do 14 zł, w zależności od kina. Rokrocznie na festiwal do Cieszyna przyjeżdża 5-6 tys. widzów.

Od zeszłego roku pokazy odbywają się po obu stronach podzielonego miasta: w polskim i czeskim Cieszynie.

— Między kinami kursowały specjalne autobusy — opowiada Magda Konar.

Miasto robi inwestycje specjalnie pod tę imprezę, organizatorzy również.

— W tym roku doszły trzy nowe kina: Pod Brunatnym Jeleniem, w hotelu o tej samej nazwie, Divadlo w teatrze Divadlo i sala kinowa na zamku. I zakładamy dalszy przyrost — zapewnia Katarzyna Hanć z firmy Gutek Film.

Dzisiaj festiwal branżowy, np.: filmowy, który oferuje tylko filmy, uważany jest za coś podejrzanego. Dlatego w programach festiwali znaleźć da się również spektakle teatralne, koncerty, wystawy, warsztaty, performance, uliczne teatry... Wszystko, żeby przyciągnąć jak najwięcej osób. Nie tylko ciekawych kina, ale i ciekawskich — co też się będzie działo? — Na ulicach Cieszyna była prawdziwa rewia mody... Wystarczyło przysiąść w jakiejś kafejce i patrzeć — śmieje się Magda Konar.

Patrzcie i pamiętajcie

Co jest lepsze od kilkuset intelektualistów? 5 tysięcy widzów. To dlatego — za sprawą sponsorów i władz samorządowych — festiwale organizowane są z myślą o przeciętnym odbiorcy. Sponsorzy liczą na efekt marketingowy, włodarze — na pamięć w kolejnych wyborach. Stąd np. bezpłatne pokazy „pod gwiazdami” na małym i duży rynku w Kazimierzu, koncerty w amfiteatrze nad Wisłą, specjalne poranne przedstawienia dla dzieci w Ińsku czy plenerowe projekcje z kinowymi hitami.

Warunkiem zorganizowania letnich imprez filmowych jest współpraca organizatorów, sponsorów i samorządów. Budżety dużych festiwali to nawet kilka milionów złotych, mniejszych — kilkaset tysięcy. Najbardziej znane festiwale chętnie sponsorują telekomy, np.: Era — festiwal Era Nowe Horyzonty w Cieszynie, Plus — Kazimierz. Mniejsze festiwale wspierają głównie hojni mecenasi z regionu.

Programy imprez są na tyle bogate, że niemożliwością jest zobaczyć wszystko, nawet tylko to, co nam, subiektywnie, wydaje się godne uwagi. Część repertuaru można później „dopaść” w kinach. Filmy z cieszyńskiego festiwalu wyświetlane są w warszawskim kinie Muranów (należy ono do Romana Gutka) i w kilku miastach Polski. Przykład? Obraz „Pusty dom” — hit Cieszyna — południowokoreańskiego reżysera Kim-Ki-duka kilka dni temu obejrzeli warszawiacy w Muranowie (specjalny pokaz przedpremierowy przy pełnej sali). Oficjalna premiera zaś będzie na początku września. Organizatorzy letnich festiwali znaleźli zatem nietuzinkowy sposób na prezentowanie filmów — na imprezach wychowują sobie publiczność. Zdecydowana większość to młodzi ludzie, którzy mają satysfakcję, że widzieli niektóre filmy dużo wcześniej niż inni. Mają też poczucie, że brali udział w czymś absolutnie wyjątkowym. Czyli wszystkie strony są zadowolone. A o to chyba chodzi.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jolanta Grabowska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Nieruchomości / / Celuloidowe lato