Chanel, czyli rewolucjonistka

Jerzy Turbasa
opublikowano: 2007-04-27 00:00

To Coco Chanel w dużej mierze zawdzięczamy wizerunek kobiety sukcesu.

Była zaprzeczeniem utracjuszki Barbary Hutton, która miała siedmiu mężów, trzy razy dziennie zmieniała makijaż i malowała paznokcie, o strojach już nie wspomnę — i ogołociła odziedziczone konto do marnych (dla niej) 5 tys. dol. Coco nie miała męża ani czasu na przebieranki. Nosiła ręce w kieszeniach, pokazywała całą sobą, że świat jest do zdobycia, zostawiła po sobie wielomilionowy majątek.

 

Przebogata szwaczka

Gdy Erich von Stroheim spytał na przyjęciu: „Kim jest ta dama” i dostał odpowiedź: „Och, jest szwaczką!”, zrobił kwaśną minę. Szwaczka na przyjęciu elity? Nabrał respektu i zainteresowania, gdy się dowiedział, że to „szwaczka, która płaci rocznie 17 mln franków podatku dochodowego”. W latach 30. nie było tak oczywiste, że żadna praca nie hańbi. Mało kto chciał pamiętać, że Molier był również tapicerem. Co prawda królewskim, ale jednak.

Coco Chanel była zaprzeczeniem współczesnych jej projektantów. Nie umiała rysować. Posługiwała się nie ołówkiem, lecz głową. Gdy w czasach okupacji brakowało tkanin, zerwała zasłonę i już na klientce stworzyła kreację. Posiadła to, co najważniejsze: wyobraźnię i furę gustu. Jej narzędziami były zawieszone na szyi nożyczki i szpilki, które niemiłosiernie gubiła na podłogę. Stworzyła imperium i rządziła twardą ręką. W interesach była stanowcza: wolała zamknąć dom mody, niż ulec presji strajkującej załogi. A w życiu prywatnym niezależna — sam Igor Strawiński wyprowadzał jej psa na spacer...

I do perfum miała nosa. Do dziś szlagierem jest zapach, o którym Marilyn Monroe mawiała, że w łóżku miewa na sobie jedynie „nr 5”.

 

 

Kazała kobietom zawsze nosić pończochy i proste, łatwe w utrzymaniu fryzury. Wszystko, co wkładała, miało znamiona prostoty, która najlepiej eksponuje. W swej szafie trzymała kostiumy w godnych do dziś polecenia kolorach — czarnym, białym, ecru, beżu, szarym i — na wyjątkowe okazje — czerwonym. To ona zrobiła z niezobowiązującego kostiumu podstawowy ubiór kobiety interesu. Wściekły Poiret, któremu nie mieściło to się w głowie (widział bowiem w kobiecie heroinę), krzyczał, że pod wpływem Chanel kobiety stały się małymi, niedożywionymi telegrafistkami. Nie przypuszczał, że co czwarty menedżer brytyjski będzie taką „telegrafistką”. Mało tego: jedna z tych „telegrafistek”, Clara Furse, stanie na czele londyńskiej giełdy.

Pragmatyczny funkcjonalizm nowej epoki wymagał myślenia modułami. Jedną z pionierek takiej postawy w świecie ubiorów była Coco Chanel. Obserwując zubożałą międzywojenną ulicę, zaproponowała nowość — pojedyncze sztuki garderoby, które klientki mogły ze sobą zestawiać. W zależności od nastroju czy okazji tasowały poszczególne elementy. Decydowały o swoim wyglądzie, sporo przy tym oszczędzając.

 

Angielski rezerwuar

Pani Moda niezwykle wiele zawdzięcza Anglikom. Kim byłaby Coco Chanel, gdyby nie spotkała Artura Capela, zwanego „Boyem”? Dał jej uczucie i możliwość penetrowania swej garderoby. To, co nosił, zniewalało wygodą i funkcjonalnością. Dzięki niemu ofiarowała kobietom dżersej, używany wcześnie jedynie do produkcji wojskowej bielizny, flanelę — tkaninę angielskich szkół elitarnych — i tweed, który nosili w plenerz sportowcy i dżentelmeni .

Z szafy amanta wyciągnęła też spodnie, blezer, trencz, sweter w serek, kardigan, golf, angielski krój, zgubienie talii, ukształtowanie ramion, buty na niskim obcasie, a z tradycji brytyjskiej: lamowany żakiet i wzorowaną na szkockiej plisowaną spódnicę.

Na tej podstawie stworzyła wygląd kobiety XX wieku, a wszystko wskazuje, że i XXI stulecia. Ofiarowała jej wygodę, prostotę i niezobowiązujący styl. Kazała się opalać i dbać o figurę. Dała jej „małą czarną”, szmizjerkę, kostiumik chanelowski, pikowany płaszcz, pikowaną torebkę i przyzwoliła nosić sztuczną biżuterię. Ustanowiła standardy, co w modzie kobiecej wydaje się niemożliwe.

 

 

Możesz zainteresować się również: