Jeszcze w latach 80. XX w. posiadanie psa w Pekinie było zakazane jako "burżuazyjne pozerstwo". W obliczu przeludnienia i problemów z wystarczającym dostępem do zwierzęcego białka pies kojarzył się tam raczej ze smacznym daniem głównym niż domowym pupilem.

Sytuacja odwróciła się dziś jednak do tego stopnia, że wciąż organizowane "Festiwale potraw z mięsa psiego" są już na cenzurowanym, a chińska klasa średnia napędza biznes weterynarzom, pismom o psach i kotach, producentom zwierzęcych karm czy trenerom domowych zwierząt.
Dziś w samym Pekinie zarejestrowanych jest już milion psów domowych i działa 300 szpitali weterynaryjnych. Łącznie w domach Chińczyków mieszka zaś 27 milionów psów i 11 milionów kotów. Ich właściciele wydali na nich w 2012 r. 7,84 mld juanów czyli ok. 3,6 mld zł, a tempo wzrost wartości tego rynku jest tam prognozowane na 64 proc. w ciągu najbliższych 3 lat.
Na nowej chińskiej miłości zarabiają w dużej mierze również inne narodowości, zwłaszcza Amerykanie, Japończycy, i południowi Koreańczycy. Bloomberg BusinessWeek opowiada historię byłego amerykańskiego żołnierza Dennisa Schenka, który w 2009 r. zwietrzył interes i zamiast w USA - swoją szkołę psiej tresury założył w Chinach, gdzie za godzinę zajęć pobiera 500 juanów (81 USD).
Kwitną też importowane ze Stanów, Kanady czy Korei Płd zwierzęce karmy, cieszące się lepszą reputacją niż te produkowane w Chinach. - Klienci unikają krajowych marek uważając je za mniej bezpieczne dla zwierząt niż te importowane - mówi w rozmowie z BusinessWeekiem Chen Zhiyi, właścicielka zwierzęcego butiku Noble Pets w centrum Pekinu.
ZOBACZ INNE TEKSTY Z SERII "Z CZEGO ŻYJĄ LUDZIE">>
