Ba, objawiły się nawet elementy prezydencko-rządowej kohabitacji, czyli wymuszonego wynikami wyborów współzamieszkiwania w gmachach władzy. Ciekawa była opóźniona informacja o tajnym spotkaniu prezydenta Andrzeja Dudy z premierem Donaldem Tuskiem z dala od stolicy. Odbyło się na okręcie w porcie wojennym Gdynia Oksywie. Obie strony nie ujawniają szczegółów ani nawet daty, osobiście typuję poniedziałek 12 sierpnia – na podstawie analizy lotów Boeinga 737 z kodem PLF 101. Tą osobistą taksówką Andrzej Duda fruwa na lotnisko Oksywie/Babie Doły, skąd dojeżdża na wywczasy w ośrodku Mewa w Helu. Donald Tusk zaś wiadomo, z domu w Sopocie ma do Oksywia o rzut beretem…
Efekty utajnionego spotkania poza oczami mediów będziemy obserwowali. Obaj zawzięci ambicjonalnie politycy uzgodnili – a przynajmniej podjęli próbę – warunki brzegowe zimnej kohabitacji w ostatnim roku kadencji Andrzeja Dudy, która skończy się 6 sierpnia 2025 r. Prezydent potwierdził premierowi, które ustawy nigdy nie uzyskają jego podpisu – choćby likwidacja tzw. czerezwyczajnej komisji do tropienia wpływów rosyjskich, uderzające w interesy PiS nowelizacje ustaw o Krajowej Radzie Sądownictwa czy Trybunale Konstytucyjnym, blok aborcyjny etc. Stosunkowo najłatwiej porozumiewają się w sprawie rotacyjnego przewodnictwa Polski w Radzie Unii Europejskiej, przypadającego od 1 stycznia do 30 czerwca 2025 r. W tej sprawie spory wewnętrzne ośmieszałyby na forum unijnym po prostu Polskę, a nie konkretną opcję polityczną. Pozytywnym sygnałem z poletka UE stało się natychmiastowe zatwierdzenie przez prezydenta kandydata rządu na członka Komisji Europejskiej, co jako oczywistość przepowiedziałem w komentarzu z 14 sierpnia „Kto komisarzem i dlaczego Serafin”. Kancelaria prezydenta z lubością opublikowała 16 sierpnia pisemną prośbę Donalda Tuska, na której łaskawca Andrzej Duda własnoręcznie wpisał zgodę…
Taktyczne wyciszenie absolutnie nie oznacza likwidacji sporów w wielu obszarach. Także 16 sierpnia premier Donald Tusk wraz z ministrem Sławomirem Nitrasem, pod ciśnieniem konfliktu z PKOl po Paryżu, wyjęli z kapelusza królika – ogólnikową zapowiedź starań o zorganizowanie w Polsce (bez podania miasta, ale naturalnie w Warszawie) Igrzysk XXXVII Olimpiady w 2040 r. lub może XXXVIII w 2044 r. Absurdalność tej zapowiedzi polega na tym, że przecież Andrzej Duda wraz z Radosławem Piesiewiczem, obecnym PiS-owskim prezesem PKOl, forsują ideę Igrzysk XXXVI Olimpiady w 2036 r. Tak na logikę deklaracja premiera oczywiście powinna się do tej daty dołączyć i wzmocnić polskie starania, ale na takie – w jego mniemaniu – podporządkowanie wizerunkowe Donald Tusk nigdy nie pójdzie! Abstrahując od dywagacji na temat kosztów, frontu inwestycyjnego, realności pomysłu etc. – premier całkowicie pominął geopolitykę Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Po australijskim Brisbane 2032, rok 2036 zarezerwowany jest dla Europy, stąd to właśnie pomysł Dudy/Piesiewicza teoretycznie ma kalendarzowe ręce i nogi, chociaż data już jest zaklepana dla Berlina, który w 100. rocznicę hitlerowskich igrzysk 1936 chce olimpijsko pozbyć się ponurego cienia swastyki. W latach 2040 oraz 2044 igrzyska trafią do Azji i Ameryki, a może pierwszy raz do Afryki. Najbliższy ich powrót do Europy to dopiero rok 2048 lub 2052, dlatego równie zaskakująca co pusta zapowiedź strony rządowej ma wartość zerową. Notabene w 2008 r. podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy-Zdroju w pijalni wód usłyszałem z odległości kilkunastu metrów z ust premiera Donalda Tuska zapowiedź wprowadzenia w Polsce waluty euro od 2011 r. Proponuję powrót do realizacji tamtej obietnicy chlebowej, a nie roztaczanie miraży igrzysk z zerowym prawdopodobieństwem materializacji.
