Ciepło i ładnie

Patrycja Pustkowiak
opublikowano: 28-08-2019, 22:00

Love on the snow, polska marka prowadzona przez Joannę Kołodziejczak, udowadnia, że ciepła bielizna może być elegancka, seksowna i zapewniać efekt drugiej skóry. Topy, body i majtki szyte ręcznie z wełny merynosów w 2018 r. zadebiutowały na rynku.

Joanna Kołodziejczak już rok temu miała pomysł na markę bieliźniarską, a w ręku projekty ubrań, które chciała uszyć. Potrzebowała jednak kogoś, kto przełoży je na wykroje. Joannę Misztelę, projektantkę i konstruktorkę odzieży, poleciła jej koleżanka. Dziś razem pracują nad drugą już kolekcją bielizny marki Love on the snow. Z wykształcenia jest dziennikarką, alepracowała nie tylko w zawodzie. Joanna Kołodziejczak zajmowała się w życiu całą masą innych rzeczy: PR-em, marketingiem, tłumaczeniami, a nawet prowadzeniem wine baru nad Wisłą. Ale jak twierdzi, choć nie ma talentu do projektowania, zawsze chciała pracować w branży odzieżowej. Zatrudniła się więc jako asystentka u jednej z projektantek. Szybko się okazało, że projektowanie to tylko jeden i w dodatku najprzyjemniejszy aspekt prowadzania własnej marki ubrań.

Docenione. Joanna Kołodziejczak, pomysłodawczyni marki Love on the snow (z lewej), i Joanna Misztela, projektantka i konstruktorka odzieży, zapowiadają, że nowa kolekcja bielizny z wełny merynosów pojawi się na rynku jesienią.
Wyświetl galerię [1/4]

Docenione. Joanna Kołodziejczak, pomysłodawczyni marki Love on the snow (z lewej), i Joanna Misztela, projektantka i konstruktorka odzieży, zapowiadają, że nowa kolekcja bielizny z wełny merynosów pojawi się na rynku jesienią. Fot. Marek Wiśniewski

— Pracowałam tam przez rok, zdobywając praktyczną wiedzę. Zajmowałam się promocją kolekcji, ale też pakowaniem zamówień i noszeniem belek materiałów oraz obsługą klientek w showroomie. Przy okazji zobaczyłam ten świat od kuchni i choć wydał mi się mniej bajkowy niż z zewnątrz, utwierdziłam się w przekonaniu, że chcę w nim zostać na dłużej — wspomina Joanna Kołodziejczak.

Koncept Love on the snow — firmy projektującej i szyjącej elegancką i ciepłą bieliznę z wełny merynosa — pojawił się w jej głowie już pięć lat temu. Miała pomysł na produkt, ale żeby wystartować z biznesem, musiała się dobrze przygotować, robiąc research na rynku, a także znaleźć odpowiednią wełnianą dzianinę, z której będzie można szyć majtki i topy.

— Pomysł wydawał mi się całkiem nowy, ale uznałam, że zanim zacznę go realizować, zobaczę, czy na pewno ktoś inny już tego nie zrobił. Okazało się, że nie — w Polsce nie mam bezpośredniej konkurencji. Bieliznę z wełny merino robią natomiast Włosi, ale zazwyczaj to tylko sezonowa krótka seria produktów w portfolio dużej marki odzieżowej — przyznaje pomysłodawczyni Love on the snow.

Odwiedziła włoskie zagłębia produkcji przędzy. W poszukiwaniu dostawców pojechała na kilka targów tekstylnych, w tym te we Florencji poświęcone wyłącznie przędzy wełnianej. Tam zdobyła także cenną wiedzę o tym, jak powstaje materiał, na którym oparła swój pomysł. Jak?

— Wszystko zaczyna się od owcy. Te, z których runa powstaje przędza na naszą dzianinę, żyją w Afryce Południowej. To było dla nas ważne, bo nie występuje tam muszyca i owce nie są narażane na cierpienie związane z praktyką mulesingu — twierdzi Joanna Kołodziejczak.

Tłumaczy, że muszyca to choroba wywoływana przez pasożytnicze larwy muchówek — gnieżdżą się w fałdach owczej skóry, wywołując infekcję, która zagraża nie tylko zdrowiu zwierząt, lecz także jakości wełny. Dlatego owcom wycina się ten nadmiar skóry. Często robi się to niestety w brutalny sposób. W RPA ryzyko muszycy jest minimalne, bo panuje tam suchy klimat. A im zależało, by produkt ich marki powstawał w etyczny sposób, a hodowla owiec była zrównoważona.

— Tak jest w przypadku naszych dostawców Na miejscu prowadzone są ścisłe kontrole, by owce miały dostęp do wody, zapewnioną odpowiednią przestrzeń itp. Przy zachowaniu pewnych standardów hodowli wełna to ekologiczne włókno — jest biodegradowalne, łatwo odnawialne, a samo golenie nie jest dla owcy nieprzyjemne — twierdzi Joanna Kołodziejczak.

Płaszcz to za mało

Dlaczego zdecydowała się szyć właśnie bieliznę? Właścicielka Love on the snow wspomina pewną wyprawę do kina w styczniu, kiedy było minus 15 stopni. Strasznie zmarzła, mimo że włożyła swoją najcieplejszą kurtkę, czapkę i szalik. Zrozumiała, że gdyby miała na sobie termiczną bieliznę, byłoby jej cieplej niż w płaszczu.

— Najważniejsza jest pierwsza warstwa. Poza tym bielizna to bardzo ważna część garderoby dla kobiet. Chcą, żeby była seksowna, ale też praktyczna i wygodna. Dlatego wymyśliłam produkt, który to łączy. Bieliznę, która jest zarazem ciepła i elegancka — tłumaczy Joanna Kołodziejczak.

Odmiana wełny merino ultrafine powstaje z przędzy, której pojedyncze włókno jest cieńsze i bardziej elastyczne od ludzkiego włosa. Dlatego nie drapie i nadaje się do produkcji bielizny.

— Można ją nosić nawet w lecie. Mając na sobie taką bieliznę, nie pocisz się, bo ten materiał oddycha, ściąga wilgoć i bardzo szybko schnie, a do tego nie gryzie. W ramach testów ostatnio jeździłam konno w naszym komplecie. W ogóle nie czułam go na sobie — mówi Joanna Misztela.

Do swoich projektów Joanny używają dzianiny, w której składzie jest prawie wyłącznie wełna. Niewielki dodatek elastanu okazał się niezbędny — wymagały tego szczególnie body z długimi rękawami, bo bez tego nie dało się ich włożyć.

W internecie i na wieszakach

Joanna Misztela zaczęła współpracę z Love on the snow już przy pierwszej kolekcji jako konstruktorka, a pełną parą zaangażowała się przy drugiej. Joanny prędko opracowały plan współpracy. Zaczęły od targów, z których sprowadzają próbki tkanin i szyją sample. Wspólnie próbują jak najwierniej przełożyć na produkt pomysły, które mają w głowach. Obie podkreślają, że ważne jest nie tylko to, czy uszyte rzeczy im się podobają, ale też czy się sprzedadzą. Skąd wiedzą, że tak będzie? Słuchają klientek, kierują się ich sugestiami. I tym wygrywają. W pierwszej kolekcji było 12 modeli topów, body i majtek w rozmiarach od XS do L, w cenach od około 200 do około 490 zł. Jako że bieliznę zakłada się na gołe ciało, wspólniczkom zależało, by była jak najbardziej komfortowa. Dbały też o ekologiczne aspekty produkcji, jedyne odstępstwo robiąc dla plastikowych zapięć — okazały się najwygodniejsze. Początkowo sprzedawały tylko przez sklep internetowy pod własną marką.

Joanna Kołodziejczak z dumą podkreśla, że miała tylko cztery zwroty. — I od razu doczekałam się też powracających, wiernych klientek. Jedna pani przez przypadek zrobiła paznokciem dziurę w koszulce. Natychmiast zamówiła drugą, dokładnie taką samą — mówi właścicielka Love on the snow. Działalność marketingową zaczęły od wrzucenia postu na profil marki na Facebooku. Kilka życzliwych osób udostępniło go na swoich prywatnych profilach. I od razu zaskoczyło. Co ciekawe, twórcy serialu „Diagnoza” w jednej ze scen ubrali Maję Ostaszewską w koszulkę Love on the snow. Nie umknęło to uwadze klientki, która polowała potem na taką samą rzecz.

Niebawem właścicielka zaprzyjaźnionej marki odzieżowej zgodziła się wstawić wełniane body Love on the snow do swojego showroomu, gdzie wisiały obok jej jedwabnych sukienek. Ten model sprzedażowy doskonale się sprawdził — kobiety kupujące zwiewną odzież z jedwabiu potrzebowały zarazem cieplejszej bielizny. Dziś rzeczy Love on the snow są dostępne w kilku concept store’ach w Warszawie, we Wrocławiu i w Krakowie. Joanna Kołodziejczak zapewnia, że w nowym sezonie liczba punktów dystrybucji stacjonarnej będzie konsekwentnie powiększana.

W body przez cały rok

Trwają prace nad drugą kolekcją, która pojawi się na rynku jesienią. Jak to wszystko wygląda od kuchni? Dwie Joanny z projektowaniem, produkcją i dystrybucją na razie radzą sobie same. Szyją w Polsce, pod Łodzią. Opowiadają, że znalezienie szwalni, która zgodziłaby się wykonywać limitowaną liczbę rzeczy najwyższej jakości, było jednym z najtrudniejszych etapów uruchomienia produkcji. Na szczęście się udało. PR-em zajmuje się agencja specjalizująca się w obsłudze marek fashion. Reklamą w mediach społecznościowych — zatrudniana tylko na sezon specjalistka. Eskalacja ich działań przypada na czas od września do kwietnia, ale dużo pracy mają i w pozostałych miesiącach. Trzeba wtedy znaleźć nowe koronki, alternatywnych dostawców, zaplanować nową kampanię, poszukać kolejnych dystrybutorów. Obie planują też wtedy produkty na kolejne zimowe sezony. Choć w zasadzie wolałyby nie ograniczać w ten sposób kolekcji, które tworzą.

— Body z długimi rękawami nadaje się też na chłodniejsze letnie dni jako bluzka, ale nie chcę nikogo przekonywać na siłę. Trzeba samemu tego doświadczyć — twierdzi Joanna Kołodziejczak.

Wskazują, że ich rzeczy da się nosić na kilka sposobów. Idąc do pracy, można wykorzystać body jako bieliznę, narzucając na nie marynarkę albo sweterek. Wieczorem, umawiając się na drinka, wystarczy zdjąć okrycie wierzchnie, a z body zrobi się seksowna bluzka.

— Ten argument wysuwam przeciwko tym, którzy mówią, że nasze rzeczy nie są tanie. Kosztują więcej niż bielizna z sieciówki, ale to cena adekwatna do ich jakości, komfortu noszenia i wielofunkcyjności — uważa Joanna Misztela.

Wpadki? Na razie nie było. Zachęcone sukcesem pierwszej kolekcji, wspólniczki planują rozwój firmy, między innymi podbój rynków zagranicznych. Joannie Kołodziejczak marzy się, by jej rzeczy były sprzedawane nie tylko w Polsce, lecz wszędzie tam, gdzie jest zimno, choćby w krajach skandynawskich. I żeby miłość do bielizny z wełny stała się czymś oczywistym.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Patrycja Pustkowiak

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu