Co oznacza „nie” dla euroobligacji?

DI, PAP
opublikowano: 2011-08-17 13:46

Trzech ekonomistów mówi o efektach odrzucenia przez Niemcy i Francję koncepcji euroobligacji.

Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu:

Dobrze, że w ogóle politycy wzięli to w swoje ręce. Do tej pory inicjatywa ta spoczywała całkowicie w rękach banków centralnych, niepowołanych do tego, by prowadzić politykę fiskalną. W rzeczywistości Europejski Bank Centralny występując w roli nabywcy obligacji rządowych wypełniał rolę, którą normalnie spełnia polityka fiskalna, a nie monetarna. Inicjatywa zaczyna przechodzić w ręce polityków i to cieszy.

A dlaczego rynki są niezadowolone? Politycy cały czas są o jeden krok w tył w stosunku do oczekiwań. Te oczekiwania były ograniczone do dwóch elementów. Po pierwsze - do znaczącego poszerzenia możliwości finansowych Europejskiego Funduszu Stabilizacji Finansowej. Po drugie - do wprowadzenie euroobligacji. W tej sprawie należy odnotować pewien postęp. Ta propozycja została co prawda odrzucona, ale już warunkowo. Przesłanie brzmi - na razie nie. Uważam, że jest postęp. Politycy w ten sposób kupują trochę czasu, by najpierw uporać się z opozycją wewnątrz własnych rządów, przeciw tym rozwiązaniom, które już zaaprobowali, i które są uznawane za niewystarczające, ale oni nie mogą ich jeszcze przeprowadzić wewnątrz własnych krajów.

W Polsce można się spodziewać dalszych perturbacji na rynkach, dalszej dużej niepewność, która szczególnie będzie dotyczyła dwóch segmentów rynku - walutowego i giełdy.

Stanisław Gomułka, główny ekonomista BCC:

Odrzucenie tej idei przez Niemcy i Francję nie jest dla mnie zaskoczeniem. Dlatego, że ich narodowe obligacje cieszą się dużym popytem na rynkach międzynarodowych. Rentowność - szczególnie niemieckich obligacji - jest na wyjątkowo niskim poziomie. Przejście na euroobligacje wiązałoby się ze zwiększeniem kosztów obsługi długu publicznego przez Niemcy i Francję.

Tak jak mówił prezydent Francji Nicolas Sarkozy, o takiej koncepcji można pomyśleć dopiero dużo później, kiedy stopień politycznej, gospodarczej i finansowej integracji w strefie euro będzie dużo większy niż obecnie. Jeśli chodzi o finanse publiczne, to Unia Europejska jest na bardzo początkowym etapie integracji. Mamy bardzo wysoką integrację: monetarną, na rynkach produktowych oraz rynku pracy, ale nie w finansach publicznych, gdzie podstawowe decyzje są podejmowane przez narodowe parlamenty i rządy. Na razie nie ma zgody ze strony poszczególnych państw, aby tę sytuację zmienić. W związku z tym taka idea euroobligacji jest absolutnie przedwczesna.

W związku z tym koszt obsługi długu publicznego naszego kraju będzie dalej zależał od naszej wiarygodności w oczach rynków kapitałowych, czyli od naszej polityki fiskalnej.

Mamy w tej chwili duże zróżnicowanie rentowności obligacji wśród krajów Unii Europejskiej, nawet wśród krajów strefy euro. Hiszpania i Włochy walczą, by rentowności 10-letnich papierów nie przekroczyły granicy 7 proc. Europejski Bank Centralny i Europejski Fundusz Stabilizacji Finansowej jest skłonny (...) nie dopuścić do przekroczenia tak wysokiego poziomu rentowności. Ale ta pomoc jest ograniczona i warunkowa. Zakłada silne dostosowanie fiskalne ze strony tych dwóch krajów, a także innych państw strefy euro.

Witold Orłowski, ekonomista z Rady Gospodarczej przy premierze

Odrzucenie przez Niemcy i Francję pomysłu wprowadzenia euroobligacji, wspólnych dla całej strefy euro, to dobra wiadomość dla polskiej gospodarki.

Koncepcja euroobligacji oznaczałaby, że kraje wypłacalne, czyli Niemcy i Francja, gwarantowały spłatę długów zaciąganych przez inne państwa strefy euro. Byłyby one zaciągane we wspólnym imieniu. Nie byłoby już długu pożyczanego przez Grecję, czy Portugalię, tylko przez wszystkie kraje strefy euro. Z punktu widzenia Grecji czy Portugalii to bardzo wygodna koncepcja. Kraje te miałyby zapewnione niskie stopy procentowe i łatwy dostęp do pieniędzy, niezależnie od ich sytuacji.

Natomiast pojawia się pytanie, czy kraje te kontynuowałyby prace na rzecz wyjścia z pułapki zadłużenia, czy też odwrotnie zadowoliłyby się tym, że mają dostęp do taniego kredytu, gwarantowanego tak naprawdę przez Niemcy. Czy to nie doprowadziłoby do przesunięcia w czasie problemu, aż do momentu, kiedy Niemcy nie byłyby w stanie spłacać długów, które zostałyby w ten sposób pozaciągane we wspólnym imieniu? Długookresowo to zła rzecz. Krótkookresowo - rynki finansowe, inwestorzy są zainteresowani spokojem i zyskami; byliby szczęśliwi, gdyby Niemcy zagwarantowały długi wszystkich krajów strefy euro. Przez najbliższe kilka lat Niemcy byłyby w stanie to spłacić i giełdy na tym mogłyby zarabiać.

Dla nas pomysł wprowadzenia euroobligacji, wspólnych dla całej strefy euro, byłby szczególnie niedobry. Dawałby szaloną premię i fory krajom, które są w strefie euro i mają długi tak naprawdę żyrowane przez Niemcy, w stosunku do krajów, które tak jak Polska muszą walczyć o swoją pozycję. Krótko mówiąc, inwestor mając do wyboru dług Portugalii, czy Hiszpanii, ale podżyrowany w 100 proc. przez Niemcy, wolałby takie obligacje kupić, niż polskie. Nawet gdyby nasza sytuacja była o niebo lepsza, niż portugalska, czy grecka. A to oznaczałoby dla nas znacznie wyższe stopy procentowe oraz wyższe koszty.

Koncepcja euroobligacji byłaby dobra, gdyby Niemcy potrafiły narzucić wszystkim krajom strefy euro swoje zasady prowadzenia polityki finansowej. W momencie, kiedy nie są w stanie tego robić, to oczywiście pomysł ten byłby daniem forów tym, którzy nieodpowiedzialnie zadłużają się kosztem tych, którzy starają się być odpowiedzialni.