Coraz więcej tych rządów w rządzie

Jacek Zalewski
opublikowano: 2007-03-05 00:00

O tym, że w IV RP funkcjonuje nie jeden, lecz kilka rządów — w odniesieniu do wątków krajowych wiadomo już od dawna. Niespójność decyzji ministrów Samoobrony i Ligi Polskich Rodzin z koncepcjami Prawa i Sprawiedliwości coraz bardziej rozkłada politykę rządu, zwłaszcza gospodarczą — jeśli taka kategoria w ogóle istnieje. Poza tym nad koalicją bez przerwy wisi groźba przedterminowych wyborów.

Coraz częściej okazuje się, że również kilka rządów prowadzi polską politykę zagraniczną. Wicepremierzy Andrzej Lepper i Roman Giertych wypowiadają się w imieniu kraju na najróżniejsze tematy, wykraczające poza ich uprawnienia resortowe. Giertych właśnie wznowił ideologiczną ofensywę na froncie walki z aborcją i homoseksualizmem, której międzynarodowy kontekst staje się karta przetargową w kolejnych rozgrywkach wewnętrznych.

Przypomnijmy, że konstytucyjnie politykę zagraniczną Polski „prowadzi” Rada Ministrów, a prezydent jako „reprezentant państwa” ma „współdziałać” z premierem i właściwym ministrem. Występuje tu wyraźne, rzadko spotykane w innych zapisach konstytucyjnych, upodmiotowienie ministra spraw zagranicznych. Jednak w praktyce IV RP ukształtował się zupełnie inny model, jako że w trójkącie prezydent — premier — minister ten pierwszy wierzchołek obecnie dominuje absolutnie. Na mocy braterskiego porozumienia Jarosław Kaczyński oddał Lechowi nawet przewodnictwo delegacji na okresowych szczytach Unii Europejskiej — na rozpoczynającym się w czwartek również — co dla wszystkich premierów III RP (a także dla Kazimierza Marcinkiewicza) byłoby degradacją nie do zaakceptowania.

Okolicznością wręcz fatalną — umożliwiającą zagraniczne wyskoki Lepperowi i Giertychowi — jest słaba międzynarodowa pozycja minister Anny Fotygi, która została ustawiona w roli jedynie przekaźnika myśli prezydenckich. Własna kreatywność pani minister osiągnęła absolutne minimum i ogranicza się do deklaracji, że najlepiej przeczekać, nie wychylać się, pochopnie nie wypowiadać. Kiedyś widziałem scenkę, gdy minister została niespodziewanie otoczona przez kordon dziennikarzy, zadających jej trudne pytania w pewnej ważnej kwestii. Jedyne, co szefowa polskiej dyplomacji miała do powiedzenia polskiej opinii publicznej, to „proszę mnie przepuścić, proszę mnie przepuścić…”

Dlatego nawet trudno się dziwić, że złożona Sejmowi w piątek przez minister Fotygę informacja o stanowisku Polski w debacie nad Konstytucją dla Europy oraz projektem Deklaracji Berlińskiej była zbiorem znanych od dawna ogólników, a po jakiekolwiek konkrety odsyłała do prezydenta.