Czarno-białe interesy

Józef Lubiński
06-06-2008, 00:00

Po kilku dniach pobytu na wybrzeżu Kenii przyjezdny nieborak przyłapuje się na tym, że mówi o sobie „białas”.

KENIA: Biały człowiek spacerujący po Mombasie może się czuć nieswojo, bo czarnoskórzy bracia polują niemal na każdą bladą twarz, by ubić z nią interes.

Po kilku dniach pobytu na wybrzeżu Kenii przyjezdny nieborak przyłapuje się na tym, że mówi o sobie „białas”.

Turysta samotnie zwiedzający zakątki drugiego co do wielkości miasta Kenii jest rzadkością. Zwykle towarzyszy mu tzw. przewodnik, przeważnie wałęsający się po ulicy bezrobotny, który kulawą angielszczyzną proponuje spacer po najbardziej znanych miejscach. Bywają nachalni. Delikwentom z własną mapą tak tłumaczą swoją użyteczność: „Jak pójdziesz tam ze mną, nie ukradną ci torby i aparatu fotograficznego”. Wmawiają turystom, że się zgubią, bo Mombasa jest dla nich zbyt zawiłym miastem. Nie warto im ulegać — nic nie wiedzą o swoich zabytkach. Ich cel — bezczelnie wyłudzić pieniądze, choćby za wskazanie drogi na przystanek autobusowy.

Hindusi, których jest bardzo wielu, są bezinteresowni. Potrafią zagadnąć człowieka na środku ulicy, aby w miłej pogawędce dowiedzieć się czegoś o kraju, z którego przybysz pochodzi. Azjaci należą też do jednej z najbogatszych grup. Mają eleganckie sklepy. Można w nich kupić najlepsze chyba pamiątki z podróży — wzorzyste kenijskie koszule oraz autentyczne wisiory i maski różnych plemion.

Wcale nie są droższe od tandetnych pierdółek wciskanych turystom przez ulicznych sprzedawców. Niewielu podróżnych o tym wie, bo rzadko wychodzą z hotelu na własną rękę. A wystarczy tylko stanąć na głównej drodze i machnięciem ręki złapać matatu — wieloosobową miejską taksówkę, czyli najpopularniejszy środek transportu Kenijczyków. Oni za przejazd nissanem płacą około 25 szylingów kenijskich, ale od zagraniczniaka szef matatu może zażądać nawet stówki. Zapchany do granic możliwości pojazd z włączoną na cały regulator muzyką reggae, trąbiąc, wyprzedza wszystkich na drodze, jeśli trzeba, pędzi nawet po poboczu. Nie da rady wygramolić się z tej torpedy bez bezczelnego ocierania się o ciała współpasażerów. Tym bardziej że nie ma zwyczaju ułatwiania wysiadającym tego manewru.

Z antylopą na wieszaku

Najlepiej wysiąść z matatu przed pocztą główną. Stąd tylko kilka kroków — najpierw Digo Road, a potem Langoni Road — na wielki targ warzywno-owocowy. Wszystkiego chciałoby się spróbować, zwłaszcza usypanych w kolorowe kopczyki egzotycznych przypraw z Zanzibaru. Co innego stojący tuż obok bazar mięsny. Zaglądać tam powinni tylko odważni, bo ani widok, ani zapach obdartego ze skóry oryksa (mięso tej antylopy jest bardzo twarde) wiszącego na hakach niczym bluzka w sklepie nie jest przyjemny.

Wychodząc z targowiska, warto zajrzeć do ozdobionej z przepychem pobliskiej świątyni dżinickiej (trzeba zdjąć buty). Potem prosto Old Kilindini na starówkę — najciekawszą dzielnicę miasta z plątaniną wąskich uliczek z zabytkowymi kamieniczkami. W niektórych miejscach aż trudno przejść — odległość między budynkami nie ma nawet metra szerokości. O dawnej ich świetności przypominają zaniedbane ozdobne balkony i bramy. Znajdują się tu najlepsze sklepy, w których można kupić kolorowe sari lub czarne długie bui-bui, czyli strój muzułmanek.

Dzielnicę tę warto też zobaczyć z góry. Najlepiej z Wieży San Antonio w pobliskim Forcie Jesus — wzniesionej przez Portugalczyków w 1593 r. ufortyfikowanej twierdzy. Budowlę uznano w 1958 r. za pomnik narodowy. Pewnie dlatego zabytek jest sztywnym punktem programu każdej przyjeżdżającej do Mombasy wycieczki. Oprócz doskonałej panoramy miasta widzianej ze szczytu nie ma w nim nic interesującego. Na dodatek przyjezdni płacą za wstęp 800 szylingów, a miejscowi tylko 400. Za tę kwotę można nawet kilka godzin jeździć po mieście tuk-tukiem — trójkołową taksówką i wygodnie zwiedzać miasto. Obowiązkowy przystanek takiej przejażdżki — wznoszące się nad jezdnią olbrzymie słoniowe kły (z blachy) na głównej ulicy Moi Avenue. Na zakończenie — lunch na przyjemnie zacienionej werandzie hotelu Castle Royal — ulubionego miejsca spotkań „białasów”. Podają tam niedrogie i doskonale schłodzone piwo.

Bure pobojowisko

Po obiedzie na północnym wybrzeżu przeważnie wieje wiatr. Znak, że ocean wraca i można się wreszcie kąpać. Pływy są duże. Przez większą część dnia wody prawie w ogóle nie ma. Ucieka na jakieś dwa kilometry. Plaża wygląda wtedy jak bure pobojowisko pełne rozkładających się glonów i dreptających krabów. Lepiej chodzić po niej w butach, bo na dnie grasują jeżowce. Woda przypomina zupę. Wiele w niej poszarpanych roślin. Jest tak ciepła, że nawet pluskać się nie chce. Fale prawie żadne. Najlepiej położyć się niczym wieloryb wyrzucony na brzeg i udawać, że to lecznicza solanka. Niestety, po zakończeniu „kuracji” ciało dostaje gęsiej skórki, bo wiatr hula jak szalony. Słowem — kenijska plaża jest zimna.

O spacerach wzdłuż linii brzegu lepiej zapomnieć. No, chyba że za pieniądze na grzbiecie wielbłąda, czyli taksówki plażowej. Samodzielne przechadzki bywają denerwujące. Trudno opędzić się od miejscowych sprzedawców. Potrafią leźć za człowiekiem godzinę i paplać w kółko, że ich breloczki na klucz to szczególna okazja. Są sprytni. Kilka podstawowych pytań: „Skąd jesteś?”, „Jak masz na imię?”, „Czy jesteś pierwszy raz w Kenii?” opanowali w kilku językach. Po polsku też. Wystarczy tylko raz im się przedstawić. Potem codziennie będą zagajać po imieniu i wałkować tę samą gadkę. Najlepiej udawać gbura i w ogóle nie odpowiadać, albo pojechać na bezludną wyspę.

Zobaczyć taką można w okolicy wyspy Funzi — kilka godzin podróży od Mombasy, w pobliżu znanego szlaku przemytników z Zanzibaru. Nic na niej nie rośnie. Wielki plac piachu pojawia się wyłącznie podczas odpływu. Turyści przywożeni są tu tradycyjnymi arabskimi łodziami dhow. Kąpiel na tym pustkowiu jest ekscytująca. Błękitne niebo i woda oraz biały piasek. Zero wodorostów. Czyściutko jak w basenie. Nie ma fal. Takiej ciszy człowiek chyba nigdzie nie doświadczy, bo nawet ptaków nie słychać.

Słoń pod oknem

Ptasich odgłosów nie brakuje za to w pobliskich lasach namorzynowych, gdzie tolerujące sól morską drzewa i krzewy porastają brzegi wąskich i krętych wodnych korytarzy. Pełno tu węży i krokodyli oraz bajecznie kolorowych egzotycznych ptaków. Fruwają tuż nad głowami siedzących na lekkiej motorówce turystów. Pogoń za nimi wygląda jak wyreżyserowana sesja zdjęciowa. Niby płoszy je warkot silnika, ale i tak co chwilę — jakby czekały na dobre ustawienie obiektywów — przysiadają na nisko zwisających nad rzeką gałęziach i pozują.

Inaczej zachowują się zwierzęta na sawannie. Najlepiej jeździć po niej pod koniec krótkiej pory deszczowej (połowa grudnia). Soczysta zieleń drzew i krzewów cudnie wtedy kontrastuje z czerwoną ziemią.

W największym kenijskim parku narodowym Tsavo żyrafy na widok busa z uzbrojonymi w aparaty ludźmi odwracają głowy albo chowają się za krzewy. Strusie uciekają. Najbardziej ciekawskie osobniki kryją swe olbrzymie cielska w gąszczu krzaków, ale głowy na długich szyjach wystawiają ponad zarośla. W ten sposób obserwują intruzów. Trudno przyłapać polującą lwicę. Za to obżartą, która po owocnym polowaniu na antylopę barłoży się na zacienionej polance — bez problemu. Szkoda tylko, że drapieżnica leży i sapie zupełnie jakby zdychała. Warto wtedy poczekać, aż raczy choćby na chwilę podnieść łeb i zrobić zdjęcie.

Ze słoniami nie ma tego problemu, bo czerwone od piasku kolosy albo stoją, albo wędrują. Tsavo jest największym ich skupiskiem na świecie. Przykro robi się tylko wtedy, gdy zobaczy się porzucone przez stado maleństwo ze złamaną nogą. Widok nieszczęśnika jest straszny. Chciałoby się wysiąść z samochodu, wziąć ważące z 500 kg zwierzę i zawieźć do szpitala.

Dorosłe osobniki potrafią być agresywne. Machają na widok ludzi uszami, a to znak, że szykują się do ataku. Dlatego samochody ze zwiedzającymi najczęściej ustawiają się tyłem do podglądanej rodziny, aby w razie gonitwy szybko uciec. Takiego ryzyka nie ponoszą goście hotelu Hilton Salt Lick Lodge w prywatnym rezerwacie Taita Hills. Codziennie około 20.00 wielkie stado słoni podchodzi pod okna i taras wzniesionego na balach budynku. Pomrukują i chłepczą wodę z pobliskiej sadzawki. Nie boją się świateł dochodzących z jadalni. Wszyscy goście — aby zobaczyć tę scenę — przerywają kolację i biegną na balkony widokowe. Zwierzęta, przechodząc pod nimi, są tak blisko, że chciałoby się wystawić rękę za barierkę, aby pogłaskać choćby jednego drepczącego w głąb ciemnego buszu olbrzyma. Lepiej się jednak opamiętać, bo z dzikimi zwierzętami żartów nie ma.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Józef Lubiński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Po godzinach / Czarno-białe interesy