Rządowi Donalda Tuska zdecydowanie najlepiej idzie realizacja obietnic wyborczych w dziedzinie obronności. Kończy się wycofywanie wojsk polskich z Iraku, obecnie przyszedł czas na zawodową armię. Rząd zdecydował wczoraj, że w 2010 r. Polska będzie dysponowała 120-tysięczną zawodową armią. To dobra okazja do poważnej dyskusji o siłach zbrojnych, pierwsze sygnały wskazują jednak, że podobnie jak w przypadku innych ważnych tematów — okazja zupełnie przez polityków zlekceważona. Jak przystało na dyskusję o militariach, obie armie na naszym politycznym polu bitwy podciągnęły artylerię i sposobią się do boju.
Pierwszy wypalił były minister obrony Aleksander Szczygło, który uznał rządowe plany za osłabienie siły obronnej kraju. Były szef MON stwierdził, że tempo przekształceń jest zbyt szybkie, bo w innych krajach uzawodowienie armii trwało 20 lat. Dwa lata temu prezydent Lech Kaczyński zgadzał się na armię zawodową w 2012 r. Rząd przyspiesza o dwa lata, co skądinąd może niepokoić, ale do dwóch dekad przekształceń i tak było bardzo daleko. Z drugiej strony, niepokój w rządowych propozycjach może budzić żonglerka liczbami przy okazji ustalanie wielkości przyszłej armii zawodowej — raz jest to 150 tys., by w ciągu 24 godzin zmienić się w 120 tys. Sprawia to wrażenie, że przedstawione przez rząd plany nie są wynikiem dogłębnej analizy, która w takiej sprawie byłaby niezbędna. Gdy chodzi o siły zbrojne, nie można tworzyć strategicznych planów na kolanie.
Dyskusja o zawodowej armii powinna doprowadzić do odpowiedzi na parę ważnych pytań: jakie zadanie owa armia ma spełniać, czym ma skusić przyszłych zawodowych żołnierzy, wreszcie — jak zreformować system szkolenia, by wojsko było nie tylko zawodowe, ale też profesjonalne. Różnicę między zawodowcem a profesjonalistą możemy na co dzień oglądać w Sejmie, gdzie posłów zawodowych jest bez liku, a profesjonalnych polityków trudno znaleźć. I niestety, najprawdopodobniej to właśnie zawodowcy, a nie profesjonaliści będą w najbliższych miesiącach toczyć boje o kształt zawodowej armii. A że się palą do boju, może być gorąco.
Rządowi trzeba na plus zapisać, że po latach mówienia o profesjonalizacji armii zdecydował się wreszcie na ostateczny krok. Armia zawodowa, chociaż kosztowna, w ostatecznym rachunku okazuje się efektywnym narzędziem. Wypada mieć tylko nadzieję, że rząd wie, jak to narzędzie stworzyć, a nie kieruje się jedynie chęcią zrobienia na złość prezydentowi, którego sentyment wobec wojska pochodzącego z poboru jest powszechnie znany.