Czerwony anioł

Wojciech Surmacz
02-12-2005, 00:00

Kujawski milioner, mistrz ciętej riposty. Idzie przez biznes jak burza. Krzysztof Grządziel, szef spółki DGS, chce wydzierżawić państwo.

Naturę istoty „z ognia” (eteryczno-ognisto-świetlistą) mają anioły w dziełach Grzegorza z Nazjanzu, Jana z Damaszku, Bazylego Wielkiego i Dantego Alighieri. Ikonograficzną prezentacją tej dość rzadkiej odmiany jest tzw. czerwony anioł — na łuku triumfalnym rzymskiej bazyliki Santa Maria Maggiore w Lazio. Żywy — występuje we włocławskiej fabryce kapsli przy alei Kazimierza Wielkiego. Jest prezesem...

Very nike

Do najbogatszych Polaków (majątek szacowany na 475 mln zł!) zaliczony dopiero w tym roku: Krzysztof Grządziel, prezes firmy DGS z Włocławka. Producent zamknięć metalowych do opakowań szklanych. Nagle się dorobił? Głośno się o nim zrobiło, gdy Polish Enterprise Fund V, zarządzany przez Enterprise Investors (EI), kupił 80 proc. udziałów DGS. W oficjalnym komunikacie z 7 lutego 2005 r. Agnieszka Kowalska, wiceprezes EI informowała: „łączna wartość transakcji to 380 mln zł. Fundusz przeznaczył na nią 210 mln zł, pozostałą część wykupu pokryje kredyt udzielony przez konsorcjum banków — Pekao i Bank Zachodni WBK”.

— Przez cztery lata spółka zainwestuje w rozbudowę mocy produkcyjnych 100 mln zł. W ciągu trzech może wejść na giełdę. Skupimy się na ekspansji eksportowej. Obecny prezes Krzysztof Grządziel pozostanie na stanowisku i zachowa pakiet 20 proc. udziałów — deklarował wtedy Michał Rusiecki, partner w Enterprise Investors.

I dziś partner EI wciąż jest zdania, że zakup DGS to świetna inwestycja — w 2004 r. przychody spółki sięgnęły 215 mln zł, a rentowność przekroczyła 20 proc. O jej prezesie mówi w superlatywach — wyjątkowa osobowość:

— Rzadkie połączenie zdolności technicznych, finansowych i marketingowych. Typowy charyzmatyczny lider. Z wielką łatwością zdobywa szacunek i uznanie.

Z myślami o sprzedaży firmy Krzysztof Grządziel bił się długo. Cztery lata przeciągał rozmowy. Żal mu było. Przyznaje, że mógłby trwać na rynkowych barykadach jeszcze z 10 lat. Ale czysta logika podpowiadała: sprzedaż. Powód? Kolejne ekipy rządzące od lat faworyzują obcy kapitał, tłamsząc rodzimy... Wpływ na jego decyzję miała też globalizacja:

— Możni tego świata znaleźli się w opałach! Pieniądz daje wyraźne sygnały, że stał się niezastąpioną religią. Kapitalizm tego nie wytrzyma. Niebawem upadnie! — tak czarno prezes z Włocławka widzi przyszłość.

Rzeczywistym powodem pozbycia się pakietu większościowego DGS wydają się jednak kłopoty zdrowotne Janusza Derlaka, współwłaściciela spółki... Grządziel nie chce się zbytnio rozwodzić, wyjawia tylko, że kiedyś się z kumplem umówili: jeśli jeden zechce sprzedać, drugi nie przeszkadza. Dlaczego sam — przy okazji — nie został rentierem?

— Ludzie z fabryki. Bardzo bym ich zawiódł. No i lubię wyzwania… Właśnie pracujemy nad najnowszymi zakrętkami. Kryptonim: Weronika 1 i Weronika 2. Można tłumaczyć „very nike” — czyli wielkie zwycięstwo! Sam wymyśliłem... — nie kryje satysfakcji prezes.

Rosja nasza mać

Krzysztof Grządziel, rosły, słusznej budowy. Zamaszyście otworzył drzwi. Zaprosił do środka — kawa, herbata? Przed fleszem aparatu przygładził czuprynę.

— Lepiej pójdę włosy poprawić, żeby nie było… — mruknął pod wąsem.

Ściany wytapetowane dyplomami uznania. Regały obstawione krociami statuetek — nagród…

Prezes wrócił uczesany. Zapiął marynarkę. I z progu palnął tyradę o Rosji… Polskie stosunki z Rosją muszą być lepsze! Pięć lat temu Kwaśniewski ogłosił, że jeśli rosyjski gazociąg nie pójdzie przez Ukrainę, to i przez Polskę nie będzie szedł…

— Nie należało tak sprawy stawiać! To samo z drogą łączącą Kaliningrad i Białoruś — po co protesty? To nam powinno zależeć... — denerwował się.

Skąd furia? Załamanie stosunków polsko-rosyjskich odczuł na własnej skórze. W latach 1995- -98 do samej Rosji szło ponad 50 proc. produkcji. Dziś tyle, ile tam posyłał, to jego eksport w ogóle.

— Dlaczego zaczęliśmy się usztywniać?! — wołał rozgoryczony.

— My — czyli kto?

— Państwo polskie! Przykład flagi spalonej w Poznaniu czy pobicia dzieci rosyjskich dyplomatów w Warszawie. Polski rząd nie reagował… Niech ich szlag trafi! — zapłonął gniewem prezes.

— Jak to się przekładało na relacje biznesowe?

Zaczął chodzić po gabinecie. Skupiony:

— Najpierw w rozmowach. Potem — w miarę ochładzania relacji — sprzedawaliśmy Rosjanom coraz mniej. Polski deficyt handlowy z Rosją sięga 4 mld dol. rocznie! Gdyby zrównoważyć bilans, powstałoby z 200 tys. nowych miejsc pracy. A gdyby gazociąg szedł przez Polskę? Mielibyśmy z tego 1,5 mld dol. rocznie! Niestety, potrafimy tylko pobrzękiwać szabelką — krytyki przybywało.

— Pan się dorobił na Rosji?

— Gdyby nie Rosja, DGS nie byłby dzisiaj tym, czym jest! Przecież Rosjanie to normalni ludzie! Tak samo wrażliwi na ludzką krzywdę jak my…

— Nie ma mafii, agentury?

— Byłbym naiwny, gdybym twierdził, że tam jest wszystko cacy.

— Miał pan kontakt z tym półświatkiem?

— Mnie to nie dotknęło. Nie musiałem…

Nagle wskazał palcem okno:

— Tę rusofobię, która w nas tkwi, nakręcają środki masowego przekazu — czwarta władza!

— Nastanie Lech Kaczyński, będzie jeszcze większa fobia…

— Stosunki Stanów Zjednoczonych z Rosją za rządów republikańskiego Busha są lepsze niż za czasów demokraty Clintona. I u nas może być różnie... — odparł tajemniczo.

Kacyk po żytniej

Pomysł na biznes zrodził się w Radomsku — na początku 1991 r. Krzysztof Grządziel gościł na imieninach młodszego brata, Romana. Rozpijając kolejną flaszkę żytniej, solenizant zrelacjonował niedawną wizytę w Polmosie Łódź.

Handlował drutem plombowniczym; akurat sprzedał niewiele. Ale łódzki kierownik zaopatrzenia powiedział, że kupiłby każdą ilość zakrętek do wódki — tylko nigdzie nie może ich dostać… Grządziel wrócił do Włocławka — i zaczął drążyć.

Spotkał Janusza Derlaka — znajomego z lat szkolnych. Ten miał zakład mechaniczny, trudnił się wyrabianiem panewek (elementy zapłonu) do fiatów i syrenek. Dogadali się: Derlak zajął się technologią, Grządziel — zarządzaniem. Nie mieli pieniędzy. Pierwsze maszyny wzięli w leasing. Ponad rok po imieninach Romana ruszyła produkcja pod szyldem DGS (w wydzierżawionej hali na obrzeżach Włocławka przy al. Kazimierza Wielkiego 6). Pierwsza partia towaru sprzedała się w całości: Polmos ze Starogardu Gdańskiego wziął ponad 700 tys. sztuk za 129 mln starych złotych. Robota szła siedem dni w tygodniu.

W trudzie i znoju minęło kilka lat. Dynamiczny prezes zarobione pieniądze wydał na 2,5 ha wokół zakładu. Rozbudował park maszynowy. Ruszył z eksportem na Wschód. I tam się wybił...

Zdaniem pewnego włocławskiego menedżera — to wszystko brednie:

— Grządziel? Stary komuch — miejski kacyk. Wszędzie miał układy. Zwietrzył interes i nie przepuścił... Nikt w mieście nie miał wtedy szans na rozkręcenie takiego przedsięwzięcia…

To przez zawiść ten sarkazm?

Dr inż. Edward Czubakowski, prezydent Kujawskiej Izby Przemysłowo-Handlowej (z atencją):

— Na początku lat 90. wielu partyjnych kolegów stanęło przed dylematem — zostać w polityce czy odejść? Krzysztof zrezygnował. Wziął się za biznes. Po czterdziestce! Zaczął od produkcji prymitywnych kapsli… Od zera! Strasznie zaryzykował...

Dziś fabryka we Włocławku wytwarza rocznie blisko 2 mld „zakrywek aluminiowych”. Daje to spółce trzecią pozycję na świecie co do skali produkcji. Co druga zakrętka trafia na eksport (m.in. do Niemiec, Wielkiej Brytanii, Rosji, Ukrainy, Azerbejdżanu). Można je znaleźć choćby na butelkach Wyborowej, Bolsa, Smirnoffa, Stolicznej, Nemiroffa czy Johny Walkera. Polski rynek DGS zdominowała totalnie — ma blisko 85 proc. udziałów.

— Nie wchodzimy sobie w drogę. Do nas należy jakieś 15 proc. Reszta — niecały punkt procentowy — to produkcja garażowa. Pewnie pan pisze o sukcesie Grządziela? — z nutką zazdrości domyśla się Mieczysław Dura, prezes FOB DAIM z Zawiercia.

Miernota i sabotaż

Prezesowi zaschło w gardle. Usiadł za biurkiem. Wychylił z filiżanki resztki herbaty.

— Byłem, jestem i będę lewicowy… Do końca życia wierny ideałom! Trzeba być zawsze sobą!

— Nie ciągnie pana do parlamentu?

— W 1991 roku szefowałem kampanii wyborczej SLD w województwie włocławskim. Wprowadziłem dwóch senatorów. Sojusz w ogóle zdobył cztery miejsca. Gdybym się wtedy zdecydował, pewnie bym wszedł... Lubię politykę…

— Żałuje pan?

— Nie. Cały czas obserwuję… Trudno mi zrozumieć, że rządzący tak niewiele potrafią. Tak mizerną mają wiedzę… No, miernota! — zamyślił się.

A po chwili wydał polecenie:

— Tak pan napisze: ludzie, którzy nami rządzą od 16 lat, nigdy w sposób jasny nie powiedzieli, jak pchnąć do przodu gospodarkę! Teraz upatrują sukcesu w szybkim rejestrowaniu firm? Nic bardziej mylnego!

— Może pan wróci do polityki?

— Nie stoję z boku. Jestem szeregowym członkiem partii…

— I zasiada pan w radzie miasta. Czuje się pan spełniony?

— Jestem najdłuższym radnym we Włocławku — w sensie kadencji. Nie liczę jej od 1990 roku. Lata PRL-u to dla mnie ważny okres. Żyło się lepiej — była nadzieja! A dzisiaj? Ile patologii! Co to za zmiany?

— Bez nich nie mógłby pan prowadzić biznesu…

— Proszę pana… Uczestniczyłem w życiu politycznym, gdy w Polsce zaczęły się wielkie przemiany. Kierunek nakreślony przez rząd Rakowskiego był słuszny…

— To już był schyłek Polski Ludowej…

— Dobrze! A Messner? Za niego też było mnóstwo inicjatyw — w stronę przekształceń gospodarczych. Była możliwość przejścia w elastyczny sposób, bez strat… Dramat transformacji? Ponieśliśmy potworne straty. Zlikwidowano ponad 3,5 mln miejsc pracy! Poniżej minimum biologicznego żyje 20 proc. społeczeństwa. W PRL-u nawet się o tym nie mówiło!

— I nic nie robiło…

— Jakoś od 16 lat wyprzedają majątek i cały czas jest! Jakby w PRL-u nic nie zrobiono, toby się dawno skończyło! Za Gierka stworzono ponad 3 mln miejsc pracy! Proszę mi pokazać drugi rząd w tym kraju, który w ciągu 10 lat tyle zbudował?!

— I zmarnował tyle pieniędzy…

— Gierek te kredyty w dużym stopniu rozdysponował rozsądnie. Owszem, były nietrafione inwestycje ekipy Gierka — Ursus, Huta Katowice… Ale 90 proc. było w porządku! To dzisiaj pieniądze idą w błoto! Budowa autostrad — przecież to żenujące! Co bym zrobił, jakbym został ministrem infrastruktury? A zmieniłbym polskie normy budowy dróg! Nie dość że tak mało się buduje, to jeszcze po roku pękają! Dlaczego? Nikt się nie zastanawia! Obciążam dotychczasowych premierów, że tego nie zrobili! Haniebne! Wręcz sabotaż, co się robi z budownictwem drogowym w Polsce!

Lewe proste

Autorytety Krzysztofa Grządziela (ważna kolejność): Jan Paweł II, Józef Piłsudski, Władysław Gomułka i Edward Gierek. Szczególnym sentymentem darzy tego ostatniego… Towarzysz Grządziel w latach 80. był pierwszym sekretarzem Komitetu Miejskiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej we Włocławku.

Prezydent Kujawskiej Izby Przemysłowo-Handlowej wspomina partyjnego kolegę jako człowieka, który już wtedy nie stronił od odważnych posunięć — potrafił pójść pod prąd. I nie ma wątpliwości: Krzysztof Grządziel to na Kujawach postać wyjątkowa. Choć jak każdy, ma wady — cięty język, czasami zbyt prostolinijny… Mówi się, że ma wrogów w radzie miasta. Często mu zarzucają mitomanię, życie w nierealnym świecie. Stary włocławski samorządowiec wspomina, jak w 2000 r. na październikowej sesji rady miejskiej Grządziel ostro krytykował zarząd miasta za przetarg ogłoszony „pod określonego wykonawcę”; poszło o budowę hali sportowej za — aż! — 15 mln zł.

„Panie prezydencie niech pan nie brnie w to gówno!” — apelował publicznie do klubowego kolegi z SLD Stanisława Wawrzonkoskiego, ówczesnego prezydenta Włocławka.

Władysław Skrzypek, aktualny prezydent Włocławka (poseł AWS Sejmu III kadencji) — tak na marginesie:

— Dogadujemy się. Mimo że on z lewicy, ja — z prawicy. Często pomaga, zawsze służy radą. Nie ma w nim tej zaciętości politycznej. Ślepego politykierstwa. Dla dobra wspólnego dogada się z każdym…

W 2002 r. butny włocławianin zaznaczył swą obecność podczas ogólnopolskiej narady aktywu partii. Ministrom: Markowi Belce, Markowi Polowi i Jackowi Piechocie, wykrzyczał w twarz listę zarzutów…

— Nagradzany rzęsistymi oklaskami, spuentował: „Polska jest dziadem Europy” — przypomina czołowy polityk SLD.

Na tym nie koniec lewych prostych Krzysztofa Grządziela. Sam przytacza przykłady zajść, uchodzących za salonowe gafy. Oto w obecności laureatów konkursu „Solidna firma” (sam też odbierał nagrodę) zrugał Grzegorza Gaudena, redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej” — za popieranie obecności polskich wojsk w Iraku. Ofiarą nieokrzesanego prezesa padł także sam Aleksander Kwaśniewski. Na prezydenckim bankiecie głowa państwa nasłuchała się cierpkich słów. I tym razem poszło ponoć o wojnę w Iraku… Jakiś czas po tym (postanowieniem tegoż prezydenta z 4 kwietnia 2005 r. „O nadaniu orderów i odznaczeń”) Krzysztof Grządziel został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

— Tak wiele osiągnął… Ma prawo do fanaberii — tłumaczy Edward Czubakowski.

Herbatki z cytrynką

Rozsierdzony prezes nie zamierzał składać broni. Czekał na pytania, wsparty oburącz na biurku, jak na sygnał do ataku…

— Polityka to pańska jedyna pasja?

Wygarnął z grubej rury:

— To tylko zdrowy rozsądek! Od dziecka ciężko pracowałem. Najpierw na roli. Potem w polityce. Teraz w zakładzie. Mam wyrobiony pogląd na wiele spraw… Bulwersuje mnie sytuacja w oświacie! Zlikwidowali zawodówki i technika! Kiedyś po takiej szkole wychodził może nie intelektualista, ale fachowiec! A dzisiaj? Ani intelektualistów, ani fachowców! Brniemy w ślepy zaułek!

— Za to coraz więcej prywatnych uczelni. Młodzież się jednak kształci…

— Jak przychodzą po tych szkołach prywatnych, to mnie rozpacz ogarnia. Żadnego nie przyjmuję! Tam się wydaje indeksy za pieniądze! Tam się oszukuje społeczeństwo!

W filiżance — pusto.

— Może jeszcze kawy?

— Już wystarczy.

— No, to herbatę. Dobrą, z cytryną! O!

Otworzył drzwi do sekretariatu:

— Trzy herbatki z cytrynką proszę…

— Jak pan taki socjalista, to proszę rozdać ludziom pieniądze…

Dziwny grymas przemknął po twarzy prezesa.

— Pan wybaczy… Ale we Włocławku najwięcej łożę… — był poruszony do żywego.

— Na co?

— Pomagam wielu potrzebu- jącym.

Wysunął z biurka szufladę. Wyjął opasłą aktówkę. Zaczął wertować kartki.

— Na przykład: 6 szkół podstawowych we Włocławku dofinansowujemy od 3 lat. Dla 30-40 uczniów w każdej fundujemy obiady przez cały rok. Czy pan słyszał, żeby w Polsce Ludowej dziecko głodne chodziło w szkole? — zmienił temat.

— I dziś nie chodziłyby głodne, gdyby wszyscy tak dawali…

— Nie, proszę pana! Państwo takie rzeczy powinno zabezpieczać! Nie można tego spychać na sponsorów! A jeśli państwo nie potrafi tego pojąć, niech się rozwiąże! Oddajmy się w dzierżawę! Tym, którzy lepiej zarządzają!

Nie wytrzymał. Parsknął śmiechem. Akurat weszła sekretarka z herbatkami…

— Przepraszam... Jestem krytyczny wobec polskich władz, bo to ludzie wyjątkowo nieudolni.

Spoważniał. I dalej swoje:

— A służba zdrowia? Mówi się, że brakuje pieniędzy. Proszę państwa! Pielęgniarek pełno, lekarzy też. Sprzętu pod dostatkiem, pacjenci czekają w kolejkach latami! Szpitali w PRL-u tyle nabudowano, że się teraz zamyka. Wszystko jest! A pieniędzy nie ma? Gdybym został ministrem zdrowia, następnego dnia o 30 proc. obniżyłbym ceny usług… Rządzący nie potrafią zdyscyplinować ludzi!

Dębowy, mocny

Ma 52 lata, dwójkę dorosłych dzieci — córkę i syna. Kilka lat temu publicznie przyznał, że za sukces firmy zapłacił wysoką cenę: rozwiódł się z żoną. Pracoholik. Właściwie nie ma wolnego czasu. Nie chce zdradzić, na co wydaje pieniądze. Mówi, że mieszka w normalnym domu we Włocławku. Czym jeździ? Nieważne... Unika jak ognia rozmów o prywatności. Szerokim łukiem omija pozabiznesowe dialogi. Wyręczają go włocławianie, którzy z dużym zainteresowaniem śledzą jego poczynania... Hasło: Grządziel. I wszyscy reagują niemal identycznie:

— Coś złego chcecie pisać? Bez jaj! Swój chłop! — wykrzykuje starszy pan.

Do dziś pamięta (będzie z 5 lat temu), jak we Włocławku zrobiło się głośno, że u Grządziela można zarobić na niepaleniu. Szef premiował zerwanie z nałogiem. Dodawał 50 zł miesięcznie do pensji każdemu pracownikowi, który nie palił w pracy papierosów. Chętny musiał podpisać deklarację. Złamanie zasad groziło karą niewspółmierną do premii — minus 50 zł przez trzy miesiące z rzędu!

Krzysztof Grządziel pochodzi ze wsi Zrąbiec, gmina Kobiele Wielkie — Kieleckie. Zwykł — „tak dla zobrazowania miejsca” — nadmieniać, że urodził się tam, gdzie Władysław Stanisław Reymont. Wychował się w wielodzietnej rodzinie, z którą do dziś utrzymuje bliskie kontakty...

— Często przyjeżdżają do jego rezydencji. Kilku braci. Jeden w drugiego jak dęby — aż strach! — relacjonuje sąsiad.

Inny dodaje:

— Typ dość oryginalny. Nigdy nie zmienił poglądów. Zawsze podkreśla, że swój sukces zawdzięcza Polsce Ludowej. Naprawdę mocny gość…

I jeszcze jeden:

— Bywa dość prosty w obejściu. Kiedyś widziałem, zamiatał chodnik przed rezydencją…

Prezes DGS zamieszkuje przy ulicy Brzezinowej na ekskluzywnym osiedlu domów jednorodzinnych Michalin — w lesie. Wokół okazałe budowle, lecz ponoć żadna nie równa się z jego domem.

Niektórzy twierdzą nawet, że we Włocławku tę posiadłość można przyrównać tylko do pałacu biskupiego.

— Jeśli chodzi o dom, nie ma co — pozwolił sobie… Ale nigdy nie wyprawiał wielkich przyjęć. Nie pamiętam wrzasków, baletów do rana. Hulaszczy tryb życia? Eee tam... To człowiek, któremu pieniądze nie przewróciły w głowie. Jeździ chryslerem 300 M — wścibski sąsiad odsłania na chwilę kulisy prywatnego życia pana Krzysztofa.

Wariatkowo

I jeszcze przesłanie dla nowej władzy:

— Przy tych podatkach już nie majstrujcie! Uważam CIT 19-proc. za sprzyjający rozwojowi. Każdy chciałby płacić niższy, ale trzeba patrzeć w przyszłość… Musimy utrzymać całą budżetówkę — prezes Grządziel powoli kończył „exposé”.

— Nie chciałby pan płacić niższych podatków?

— Płacę 40 proc. — i jest mi dobrze. Większość tych, którzy płacą tyle co ja, to z reguły osoby na bardzo wysokich stanowiskach. Niech pan nie wierzy, że jak będą płacili mniej podatku, to stworzą miejsca pracy. Schowają więcej do kieszeni! Te pieniądze nie będą pracowały!

— Czyli projekt podatku liniowego Platformy Obywatelskiej do pana nie trafiał?

— Zbyt populistyczny. Gdybym był ministrem finansów, zostawiłbym, jak jest.

— Na długo?

— Moja zasada jest taka: człowiek, który osiąga więcej, powinien więcej od siebie dawać. Na tym świecie nie rodzą się sami geniusze biznesowi z umiejętnością zarabiania pieniędzy. Ci, których natura tym talentem obdarzyła, powinni mieć świadomość obowiązku płacenia za innych. Ja ją mam. Gdyby mi przyszło zapłacić podatek 50-proc., wcale bym się nie pogniewał. Oczywiście problem polega na wydawaniu tych pieniędzy przez państwo… Nie chcę już do tego wracać.

Spacer po fabryce — czuć gospodarską rękę. Czysto. Porządek. Szum maszyn. Robota wrzała. Krzysztof Grządziel nie zachowywał się jak właściciel. Bardziej jak prezes, ale taki z minionej epoki. Swobodnie. Każdemu napotkanemu robotnikowi podawał rękę. Przystawał, chwilę rozmawiał. Jednemu pogroził palcem, innego poklepał po plecach — widać był na bieżąco z ich problemami w pracy. Często zdarza mu się odwiedzać linię produkcyjną?

— Dwa razy dziennie. Raz jak przyjeżdżam, drugi — wyjeżdżając z pracy — odrzekł.

Wreszcie na koniec coś go tknęło.

— A kto was nasłał? — szepnął na stronie.

Zerkał spode łba, jakby miał coś do ukrycia… Usłyszał, co trzeba. Mocno ścisnął dłoń, życzył szerokiej drogi. Jeszcze na chwilę przystanął z rękami w kieszeniach, zamyślił się… I nie odmówił sobie komentarza (nostalgicznie, na odchodnym):

— Najgorsze, że każdy młody człowiek patrzy na tę naszą Polskę jak na wariatkowo. Kraj potwornych kontrastów, bez zgody narodowej. Płótno jest wciąż rozdrapywane. Tyle lat mija i ciągle te podziały na czarnych i czerwonych. To napawa wielkim smutkiem…

Sekrety serca

Jakiś czas temu Barbara Szmejter z „Gazety Kujawskiej” przygotowywała tekst o starcie życiowym wychowanków domów dziecka. Pojechała do włocławskiego Domu Dziecka nr 1 na Żytniej.

— Usłyszałam o Grządzielu takie rzeczy, że mnie wbiło w krzesło! — relacjonuje dziennikarka.

Wiedziała, że prezes jest wielkim filantropem — i nigdy się tym nie chwali. Przecież od lat, jako jedyny radny, nie pobiera diety — od zawsze przekazywał ją na Dom Dziecka nr 1 (co prawda ostatnio odmówił podania dochodów i dieta mu nie przysługuje). Ale że kupił już blisko 10 mieszkań wychowankom tego domu, wielu zatrudnił u siebie w firmie i opiekuje się nimi jak ojciec?

— Jeśli ktoś chce poznać o nim całą prawdę, odsyłam na Żytnią — poleca Barbara Szmejter.

Prezydent Włocławka nazywa go „czołowym darczyńcą miasta”:

— Pan Grządziel to urodzony społecznik. Niesamowicie skromny. Nie idzie spamiętać jego zasług. Wspiera wszystkie charytatywne działania miasta — Władysław Skrzypek nie szczędzi ciepłych słów.

Niebawem Krzysztof Grządziel zamierza pobudować we Włocławku dom samotnej matki. Ci, którzy widzieli wizualizację, twierdzą, że to „pałac”. Do tego krocie wydaje na remonty we włocławskim szpitalu. Podobno na cele dobroczynne przeznacza rocznie przeszło 700 tys. zł.

Pytanie do Elżbiety Ragan, dyrektor Domu Dziecka nr 1 we Włocławku:

— Kim jest Krzysztof Grządziel?

— Nie znam.

— Jak to?

— Pierwsze słyszę.

Chwila konsternacji. W końcu pani dyrektor zaczyna się śmiać —promieniuje radością. Przeprasza za głupi żart, ale nawet nie wiedziała, od czego zacząć. Dobre 10 lat pan Grządziel opłaca dzieciom wypoczynek, kupuje mieszkania, zatrudnia u siebie... Ostatnio dołożył do samochodu dostawczego. W tym roku wydał już przeszło 40 tys. zł na dom z ulicy Żytniej. I jeszcze zaprosił dzieciaki na mikołajki 3 grudnia. Będą paczki i łzy szczęścia… Elżbiecie Ragan łamie się głos:

— On się z tym nie afiszuje... Kiedyś chcieliśmy zamieścić w prasie podziękowania — stanowczo zabronił. Robi to z potrzeby serca. Brak słów… Taki anioł.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Wojciech Surmacz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / / Czerwony anioł