Czy czeka nas stagflacja

Ignacy MorawskiIgnacy Morawski
opublikowano: 2022-07-03 20:00

Otrzymaliśmy już jeden cios gospodarczy w postaci dwucyfrowej inflacji. Teraz nadchodzi recesja. Czy te dwa zjawiska mogą ze sobą dłużej współwystępować?

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Mamy coraz więcej recesyjnych sygnałów z polskiej i światowej gospodarki, a jednocześnie utrzymuje się bardzo, bardzo wysoka inflacja. To prowadzi do wzrostu obaw o możliwość wystąpienia stagflacji, czyli stagnacji lub recesji gospodarczej połączonej z wysokim wzrostem cen. Czy jest to możliwe? Pod jakimi warunkami? Postaram się odpowiedzieć na te pytania.

W piątek dwie publikacje przykuły uwagę rynków finansowych i ekonomistów, pobudzając jednocześnie dyskusję o stagflacji. Po pierwsze, popularny indeks koniunktury dla przemysłu PMI gwałtownie obniżył się w czerwcu (do 44,4 pkt wobec 48,5 pkt w maju), pokazując, że sektor produkcji towarów wchodzi już w recesję. Po drugie, GUS poinformował, że inflacja cen produktów konsumpcyjnych w czerwcu wyniosła 15,6 proc. wobec 13,9 proc. w maju. Gospodarka jest na krawędzi recesji, a ceny rosną bardzo szybko - taki jest obraz po czerwcu.

Gdyby taka sytuacja trwała długo i gospodarka rzeczywiście weszła w okres spadku aktywności połączonego z bardzo wysokim wzrostem cen, byłoby to zjawisko ze wszech miar fatalne. Z kilku powodów. Przede wszystkim, do obaw związanych ze spadkiem realnych dochodów ludności doszłyby obawy o miejsca pracy – byłby to podwójny cios dla nastrojów ludności, które już są złe. Ponadto nominalne stopy procentowe byłyby prawdopodobnie wyższe niż obecnie, i to przez kilka lub kilkanaście kwartałów, co oznacza, że część firm i gospodarstw domowych mogłaby tracić płynność finansową. Wreszcie - moglibyśmy doświadczyć dewaluacji waluty i utraty wiarygodności finansowej, czego absolutnie nie chcemy, bo światowi inwestorzy już zadają sobie pytanie, czy jesteśmy bezpiecznym regionem.

Innymi słowy, choć recesja tworzy wiele problemów gospodarczych i społecznych, to stagflacja tworzy ich jeszcze więcej. Czy więc połączenie recesji i inflacji jest możliwe? Czy recesja nie pozwoli nam rozwiązać przynajmniej problemu wysokiego wzrostu cen?

Za możliwością wystąpienia stagflacji przemawiają trzy argumenty. Przede wszystkim pewne sygnały wskazują, że zwyżki cen i płac zaczynają już żyć własnym życiem, iść ręka w rękę bez względu na sytuację w realnej gospodarce. Wynagrodzenia w przedsiębiorstwach w ostatnich miesiącach rosły w tempie ok. 1,2-1,4 proc. miesięcznie, co daje 15-18 proc. w rocznej skali (jeżeli tempo miesięczne nie zwolni, to tyle wyniesie tempo roczne). Wraz z tym w górę idą ceny. I nawet gdy gospodarka zwolni, tempo płac i cen niekoniecznie musi podążyć w dół.

Ponadto sytuacja finansowa państwa wykazuje coraz więcej strukturalnych problemów – rząd zwiększa trwałe wydatki, m.in. na obronę narodową czy zdrowie, oraz zmniejsza trwałe dochody, m.in. poprzez obniżki PIT. Co gorsza, w okresie wyborczym tę nierównowagę może być szalenie trudno zlikwidować. Wprawdzie deficyt sektora publicznego nie jest bardzo wysoki, ale dzieje się tak głównie dzięki… inflacji, która sprawia, że dochody rosną szybciej niż wydatki. Trwały deficyt sektora publicznego może być czynnikiem, który będzie podbijał inflację nawet w warunkach słabej koniunktury gospodarczej. Może się tak dziać, gdy ludzie oczekują, że rząd nie ma innego sposobu na łatanie dziur niż przez inflację.

Wreszcie argumentem przemawiającym za ryzykiem stagflacji są podwyższone oczekiwania inflacyjne, czyli przewidywania ludności, że inflacja pozostanie wysoka. Teoria ekonomii wskazuje, że oczekiwania są kluczowym czynnikiem determinującym wysokość inflacji, dużo ważniejszym niż realny popyt i podaż w gospodarce. Oczywiście oczekiwania same z siebie raczej nie mogą skokowo wzrosnąć, ale gdy jakiś czynnik im w tym pomoże – na przykład ceny ropy, gazu itd. – to mogą pozostać wysokie.

Jest też jednak kilka argumentów sugerujących, że możemy uniknąć stagflacji i gdy uderzy w nas recesja, inflacja zacznie spadać. Przynajmniej jeden problem zostanie rozwiązany. Dla równowagi podam trzy argumenty przeciw scenariuszowi stagflacji, odpowiadające trochę na argumenty podane powyżej.

Utrzymanie spirali płacowo-cenowej w gospodarce, która ma bardzo słabe związki zawodowe, wcale nie jest oczywiste i łatwe. Ceny i płace mogą oczywiście przez jakiś czas żyć własnym życiem, ale gdy popyt zacznie gasnąć, będzie to znacznie trudniejsze. Urwanie się inflacji z łańcucha może się wydarzyć wtedy, gdy pracownicy mają jakąś siłę przetargową – wynikającą z uzwiązkowienia albo koniunktury politycznej. Gdy jej nie mają, to przy uderzeniu recesji firmy przestaną podnosić w końcu płace i jednocześnie przerzucać koszt rosnących płac na wyższe ceny.

Co do sytuacji budżetowej - jest niestabilna i strukturalnie ulega pogorszeniu. Jednocześnie jednak polityka pieniężna ulega radykalnemu zaostrzeniu. Wprawdzie w ekonomii znane jest zjawisko, że gdy polityka fiskalna oddziałuje na popyt w odwrotnym kierunku niż pieniężna, to fiskalna wygrywa i pieniężna staje się przeciwskuteczna. Nie wydaje mi się jednak, byśmy znaleźli się w sytuacji, w której polityka fiskalna będzie zmierzała do ciągłego stymulowania popytu, ciągłego zwiększania transferów społecznych, ciągłego kupowania wyborców. Już dziś wielu polityków PiS i pracowników rządu mówi, że nie ma miejsca na dalsze istotne zwiększanie wydatków. Sądzę, że zrozumienie problemu inflacji i jego źródeł jest w obozie rządowym coraz powszechniejsze. Może jestem jednak naiwny. Zobaczymy.

Wreszcie trzeci kontrargument przeciw stagflacji. Dotyczy oczekiwań inflacyjnych. Żeby oczekiwania inflacyjne stanowiły same w sobie mechanizm utrzymujący wysoką inflację, tak jak mówi teoria, to w gospodarce musi dochodzić do powszechnych waloryzacji różnych kontraktów. Umowy, które ludzie podpisują ze sobą, muszą zawierać na szeroką skalę klauzule dostosowujące ceny do wskaźnika inflacji. Tak działa przełożenie oczekiwań na bieżącą inflację. Chyba jeszcze nie jesteśmy w takiej sytuacji.

Jaki jest bilans tych argumentów? Czy będziemy mieli stagflację? Ustalmy najpierw jakiś wymierny sposób oceny. Stagflacja to jest scenariusz, w którym gospodarka zwalnia wyraźnie poniżej swojego potencjału (czyli wzrost PKB spada znacząco poniżej 3 proc. rok do roku przez kilka kwartałów – przyjmijmy, że w okolice 0 proc. średnio), stopa bezrobocia wyraźnie rośnie (co najmniej o 1-2 pkt proc.), a inflacja utrzymuje się przez wiele kwartałów po wystąpieniu spowolnienia gospodarczego znacząco powyżej celu inflacyjnego banku centralnego – czyli kilka punktów procentowych powyżej 2,5 proc.

Wydaje mi się, że takie zjawisko nie wystąpi. Przy wzroście bezrobocia płace w końcu zwolnią. Rząd zacznie ograniczać deficyt, bo będzie bał się niekontrolowanej inflacji. Bank centralny będzie utrzymywał dość restrykcyjną politykę pieniężną. Argumenty przeciw stagflacji przeważą. Sytuacja i tak będzie jednak niewesoła.

Możesz zainteresować się również: