Dane o klientach banków łatwo znaleźć na śmietniku
Tejemnica bankowa to często fikcja
Widziałeś, Szanowny Czytelniku, film pod tytułem „Wróg publiczny”? Albo słynną „Rozmowę”? I świat przedstawiony — pełen podsłuchów, w którym zdobycie informacji o człowieku nie nastręcza jakichkolwiek problemów, należy tylko mieć odpowiedni sprzęt? W rzeczywistości — wystarczy tylko pogrzebać na śmietniku.
W CIĄGU ostatnich dwóch tygodni cztery razy pojawiły się w telewizjach informacje o tym, że z jakiegoś banku wyrzucono na śmietnik dokumenty, w których zawarto dane o klientach. Numery ich kart kredytowych, rachunków, lokat, wysokości udzielonych kredytów — czego tylko nieuczciwa dusza zapragnie. We wtorek do banków z czarnej listy dołączył kolejny. A mnie szlag trafił. I zdjął mnie strach.
NIKT nie może czuć się bezpieczny i to nie dlatego, że statystyki dotyczące przestępczości porażają liczbami. Nagle okazuje się, że powiedzenie „pewne jak w banku” to puste słowa. Oczywiście, nie można niczego uogólniać, ale wiara w te słowa też słabnie. Gdyby wpadki z „wyciekiem” dokumentów zdarzyły się w jednym banku — wówczas sytuacja byłaby w miarę jasna — oto jest bank, któremu nie można za bardzo ufać. Ale plaga ta dotknęła w ostatnim czasie pięć całkowicie różnych banków! Przez litość nie wymienię nazw.
OBROŃCY honoru polskiej finansjery stwierdzą, że przypadki wyrzucania na śmietnik albo do przydrożnego rowu dokumentów bankowych to przypadki lokalne, dotyczące oddziałów. Ale na każdym oddziale umieszczone jest przecież logo banku, więc swąd spada na centralę i pozostałe, dobrze i uczciwie pracujące oddziały.
DOKUMENT bankowy zawierający dane o kliencie jest dokumentem tajnym. Powinien być schowany w sejfie, głęboko ukryty w archiwum banku. Niedostępny. Wyrzucony na śmietnik staje się nie tyle śmieciem, ile poważną bronią przeciwko klientowi banku. Wyobrażam sobie, że mój bank wyrzuca sobie papiery, w których można znaleźć np. tylko numer mojej karty płatniczej. I wyobrażam sobie, że ktoś ten numer znajduje, idzie do domu, włącza komputer, wchodzi do Internetu i robi wirtualne zakupy. Na 20, 50, 100 tysięcy złotych wstukując nie chciany przez bank numer karty.
NIE UDOWODNIĘ bankowi, że to nie ja wydałem te pieniądze. Koniec, kropka, abonent niedostępny.
A CO BY BYŁO, gdyby na wysypisko trafiły papiery, które klient wypełnia przy składaniu wniosku o założenie rachunku? A w nich wszystkie te dane: adres, praca, zarobki, imiona, nazwiska, rodzina czy — gorzki żart — nawet numer buta? Tak zwany bankowiec — pracownik banku, który dopuszcza do wyrzucenia dokumentu z danymi klienta na śmietnik — powinien odpowiadać za spowodowanie potencjalnego zagrożenia kradzieży, rozboju, włamania do domu klienta. O czymś jeszcze gorszym nawet nie chcę myśleć.
A TU w telewizorze, w ubiegły wtorek, dyrektor oddziału banku, który dopuścił się takiej zbrodni stwierdza z rozbrajającym uśmiechem, że zbada sprawę, a jak się dowie, kto zawinił, to wyciągnie konsekwencje służbowe. I co? Odbierze premię? Pogrozi palcem? To zwykły brak wyobraźni. Zwłaszcza, że w tle, w komentarzu reportera, słychać, jak to przypadkowi ludzie zaglądali sobie do porzuconych dokumentów, a poza tym to nie wiadomo, ile ich było i czy ktoś nie wziął sobie kilku „na pamiątkę”.
OD LAT Związek Banków Polskich stara się, by dokument papierowy zniknął z polskich banków, ale chyba nie o takie zniknięcie chodziło. Rezygnacja z papieru nie tylko uratuje lasy, ale powinna dać klientowi większą pewność i większe poczucie bezpieczeństwa. Dlatego z ulgą klienci banków witają nowe pomysły — banki komercyjne, które z założenia działać mają w środowisku elektronicznym. Niemal żadnych formularzy, zbędnych papierów — wszystko zapisane w kodzie zerojedynkowym, na twardym dysku, teoretycznie niedostępne.
O ILE w ewentualne zapewnienia, że „już nigdy więcej” albo „w naszym banku wyrzucenie danych o klientach się nie wydarzyło i nigdy nie wydarzy” raczej nie uwierzę — o tyle w bezpieczeństwo, jakie zapewnia maszyna — owszem. Ale i to do czasu, kiedy któryś z polskich banków nie przyzna się, że padł ofiarą komputerowego włamywacza, hackera, któremu udało się obejść wszystkie — trzeba przyznać — najnowocześniejsze zabezpieczenia.
TO TYLKO kwestia czasu.
WSZYSTKO to brzmi bardzo pesymistycznie. Ale w tym wypadku straszyć trzeba. Bo wygląda na to, że sami bankowcy podchodzą do tajemnic, które mają za wszelką cenę chronić, delikatnie mówiąc, niezobowiązująco. Kontrola, która ma z założenia niekiedy chronić banki przed nimi samymi — działa tak, jakby jej nie było. I po raz kolejny trzeba powtórzyć — tracą na tym wszyscy — głównie banki. Bo jeśli klienci odwrócą się od instytucji, której nie mogą w pełni zaufać — wówczas najzwyczajniej w świecie nie będzie czego chronić.