Decyzja Iraku spowodowała wzrosty na światowych giełdach

Piotr Kuczyński
opublikowano: 2002-11-18 00:00

Z Ameryki

Za nami tydzień bez rozstrzygnięcia. Pisałem ostatnio, że Saddam Hussajn podejmie decyzję o krótkoterminowym ruchu indeksów.

Tuż po przyjęciu rezolucji ONZ wyglądało na to, że tak się nie stanie. Jednak była to „zasługa” Alana Greenspana, który tego samego dnia rynki schłodził. Następne sesje dały oczekiwaną reakcję. Mamy jedynie parę tygodni spokoju, bo podtrzymuję swoje zdanie, że wojna będzie. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, ze USA wykorzystają każdy pretekst do ataku. A szef Fed wyraźnie ostrzegał, że wojna będzie zagrożeniem dla gospodarki...

Z wystąpienia Alana Greenspana inwestorzy nie mogli być zadowoleni. Słowa o tym, że gospodarka weszła na mieliznę czy że nie widać ożywienia w wydatkach biznesu były mało pocieszające. Owszem, szef Fed bardzo się starał, żeby brzmieć optymistycznie, ale rynek nie odebrał tego ostrożnego optymizmu dobrze. Za dużo było niepewności co do rozwoju sytuacji.

Administracja Busha mówi ciągle o cięciach w podatkach. Chodzi podobnie jak w przypadku obniżki stóp o pobudzenie aktywności gospodarki przez zwiększenie ilości pieniędzy w kieszeniach obywateli. Ale tego kraju po prostu na to nie stać. W okresie mocnego dolara i hossy na giełdach USA mogły korzystać z olbrzymiego napływu kapitałów z Azji i Europy, ale przy tak niskich stopach i tak dużej niepewności co do perspektyw amerykańskiej gospodarki to źródło zaczyna wysychać. Gdyby nie wyjątkowa pozycja USA, już dawno MFW musiałby wkroczyć z pomocą. Sprawy nie idą w dobrym kierunku, a obniżki stóp, jeśli szybko nie sprowadzą boomu gospodarczego, będą sprzyjały odpływowi kapitału. Podobnie oddziałuje słabnący dolar. Chwilowe wzmocnienie jest niewątpliwie nieuzasadnionym fundamentalnie wynikiem przyjęcia przez Irak rezolucji ONZ.

Dane makroekonomiczne w ubiegłym tygodniu dawały niejasne sygnały. Zadziwiające były informacje o sprzedaży detalicznej. Cząstkowe raporty tygodniowe pokazywały, że sprzedaż ogółem spada, sprzedaż samochodów zmniejszała się wręcz dramatycznie, czołowe spółki sektora meldują, że widać wyraźne spowolnienie, a tymczasem miesięczne dane pokazują dynamikę największa od sześciu miesięcy. Coraz mniej dowierzam publikowanym raportom rządowym — te dane po prostu kłócą się ze zdrowym rozsądkiem. Wykorzystanie potencjału przemysłowego w USA i dynamika produkcji przemysłowej znowu spadły, za to wzrosły zapasy. Fed musiał to już wiedzieć, kiedy obniżał stopy. Co gorsze, dane o inflacji w cenach producenta były zaskakujące — w końcu rosnące ceny surowców musiały odbić się na cenach produkcji. Producenci już nie wytrzymują naporu kosztów materiałów i muszą podnosić ceny nawet, jeśli pojawiają się trudności ze zbytem (stąd ten wzrost zapasów). Jeśli zwiększa się inflacja, niedługo stopy trzeba będzie podnosić. Zaczyna się wyścig między ożywieniem, którego nie widać na horyzoncie, a inflacją. Teraz zarówno Fed jak i analitycy będą mieli prawdziwy problem. Wszyscy zaczęli się już martwić deflacją. Może się okazać, że zagrożenie przyjdzie z innej strony.

W tym tygodniu nie będzie zbyt dużo istotnych dla rynku danych makro. Inflację rynek jeszcze przed danymi o PPI by zlekceważył, ale teraz, przy tak niskich stopach procentowych, inwestorzy będą już dokładniej oglądać te dane. Podobnie będzie z raportami o stanie rynku nieruchomości. Jednak dopiero czwartkowe dane o indeksie wyprzedzających wskaźników (LEI) mogą dać jakiś impuls rynkowi.

Reakcja na odroczenie wyroku (wojny) była, ale to nie jest sygnał kupna. Ostatnio pisałem, że wszystkie dobre informacje, oprócz ewentualnego odwołania wojny, są już w cenach. Teraz już naprawdę wszystko, co dobre, jest w cenach. Jak można oczekiwać dobrych wyników spółek przy tak złych danych makro? Przypominam również o problemach dopłat do funduszy emerytalnych i o nowych przepisach SEC odnośnie podawania wyników pro forma. Sezon ostrzeżeń i wyników za czwarty kwartał będzie niezwykle niemiły. Poza tym do tego czasu okaże się, że wojna z Irakiem jednak wybuchnie. Uważam, że okno otwarte dla wzrostów zamknie się najpóźniej w połowie grudnia. Ponieważ wzrosty nie maja nic wspólnego z fundamentami to jeszcze bardziej zwiększa się rola analizy technicznej, której sygnałów w obecnym okresie trzeba się bezwzględnie trzymać, mimo że widać tak dużą siłę rynku. Ta siła często bywa pułapką. Pokonanie 925 pkt na S&P 500 to sygnał kupna. Przełamanie 875 pkt to sygnał sprzedaży.

Z Polski

Mieliśmy tylko cztery sesje, a mimo to tydzień okazał się bardzo emocjonujący. Teoretycznie największe znaczenie powinny mieć wyniki spółek, ale nie miały. Były, z nielicznymi wyjątkami, słabe i chyba nikt innych nie oczekiwał. Wielkich niespodzianek, oprócz PKN czy spółek oponiarskich, nie było. Sezon wyników zakończył się i ważne jest jedynie to, że minął, co usuwa niepewność, której rynki nie lubią.

Mówiąc o rynku polskim trzeba koniecznie zajmować się resztą Europy. Z Niemiec dochodziły informacje, które praktycznie każą zapomnieć o ożywieniu w Polsce. Duży spadek indeksu instytutu ZEW sygnalizuje, że biznes jest niezwykle pesymistycznie nastawiony do przyszłości i oczekuje wejścia gospodarki w pierwszej połowie 2003 r. w recesję. To nie jedyna zła informacja. Grupa pięciu doradców rządu niemieckiego zmniejszyła prognozę wzrostu PKB w Niemczech z 0,7 proc. do 0,2 proc., a Komisja Europejska prognozuje, że deficyt budżetowy Niemiec przekroczy znacznie unijny limit 3 proc. PKB. Kolejnym ostrzeżeniem, że sprawy nie idą w dobrym kierunku, są ostatnie dane we Francji. Produkcja przemysłowa znowu spadła, a zarządy spółek oczekują znacznego spadku wydatków inwestycyjnych.

Sytuacja gospodarcza w Eurolandzie powinna jednak zmusić ECB do obcięcia stóp jeszcze w tym roku. Niektórzy analitycy mówią, że nawet o 50 pkt bazowych. Zresztą w swoim comiesięcznym biuletynie ECB zamieścił opinię, że inflacja w średnim terminie powinna spaść, czym zasygnalizował, że jest gotów do obniżki stóp. Niewątpliwie fundusze będą próbowały grać pod tę obniżkę. Jest to o tyle niebezpieczne, że jeśli jednak jej nie będzie, spadki będą bardzo duże. Większe niż ewentualne wzrosty po obniżce.

Ciekawie reagowały rynki europejskie w minionym tygodniu na niezwykle złe (w niektórych przypadkach były to rekordowe straty) wyniki spółek. Kursy rosły. Objaw hossy? Raczej wiara w to, że już naprawdę nie może być gorzej. Może i rzeczywiście, ale czy to oznacza, że będzie lepiej? Może gospodarki wejdą w dłuższy okres stagnacji nie sprzyjający wzrostowi kursów akcji? Na indeksach europejskich widać wyraźnie, że sytuacja jest bardzo niejednoznaczna. Możliwe jest utworzenie zarówno formacji RGR zapowiadającej spadki jak i przełamanie szczytów i wzrost o następne 20 proc.

W ubiegłym tygodniu były jednak i plusy dla naszego rynku. Agencja ratingowa Moody’s podwyższyła ocenę dla zadłużenie krajów wchodzących do UE oraz oświadczyła, że rozważa podniesienie ratingu dziesięciu polskich banków. Komisja Europejska była dla nas łaskawa i prognozowała wzrost PKB w następnym roku niewiele odbiegający od rządowych 3,5 proc. (3,2 proc.). Poza tym inflacja ciągle spada, co powinno znowu dać obniżkę stóp. Spadek inflacji z całą pewnością pokazuje jednak, że popyt wewnętrzny jest nadal słaby, a ożywienie wątpliwe.

Jednym z najważniejszych powodów wzrostu cen polskich akcji jest proces konwergencji. Tutaj zbierają się ciemne chmury. Przesunięcie daty akcesji do UE o 4 czy 5 miesięcy nie będzie miało zapewne wielkiego znaczenia, chociaż nie wiadomo, czy nie zostanie przesunięty termin referendum, a to zmieniałoby cały kalendarz wejścia i przez to plany funduszy inwestycyjnych. Na dodatek zaczynają się pojawiać rozliczne wątpliwości co do warunków wejścia. To wszystko tworzy bardzo nieciekawą atmosferę wokół całego procesu.

Muszę, niestety, wkroczyć w sferę polityki, ale ma ona bezpośrednie przełożenie na gospodarkę i giełdę. Nie jestem szalonym euroentuzjastą. Uważam wręcz, że organizm składający się z ponad dwudziestu państw stanie się szybko niesterowny, opanowany przez wszechobecną biurokrację i niemożliwy do opanowania. UE przedsmak tego ma już obecnie — z czasem będzie tylko gorzej. Jednak nasz kraj nie ma wyboru. Musi wziąć udział w tym eksperymencie i to jak najszybciej. Jeśli pozostaniemy za burtą zjednoczonej Europy, sami postawimy się do kąta. Kapitał już obecny w kraju odpłynąłby gwałtownie, doprowadzając do olbrzymich problemów budżetowych, inflacji (osłabnie złoty w stopniu trudnym do oszacowania) i bezrobocia. O giełdzie lepiej w takiej sytuacji w ogóle nie mówić.

Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że bardzo mnie niepokoi wyraźne przesunięcie się PiS w stronę LPR i Samoobrony. Według mnie taka strategia ma doprowadzić po prostu do fiaska referendum akcesyjnego w Polsce. Premier Leszek Miller zapowiedział, że wtedy rząd ustąpi. Zapewne wiązałoby się to z wcześniejszymi wyborami, a PiS liczy, że przejmie głosy prawicy i odsunie SLD-UP. Brakuje tylko tego, żeby do eurosceptyków dołączył PSL, a wydaje się, że wkrótce nie będzie miał innego wyjścia. I niech nikt nie mówi, że w tej chwili sondaże nie pozostawiają żadnych wątpliwości. Z czasem się zmienią. To niezwykle ryzykowna gra, która może doprowadzić do tego, że przez długie lata do UE nie wejdziemy. Mocno podejrzewam, że zarządzający funduszami różnią się w ocenie sytuacji, jeśli chodzi o wejście do UE. Nie można wykluczyć, że niektórzy z nich doszli do wniosków podobnych do moich, co mogłoby częściowo tłumaczyć gwałtowne przeceny TP SA czy PKN. Powiedzenie giełdowe mówi, że „jeśli masz wątpliwości, sprzedawaj”. Nasze spółki są niezwykle drogie i bez gry pod wejście do UE czekałaby je duża przecena.

Problemy na drodze do Unii będą rosły, a fundamentalnych podstaw do wzrostu indeksów nie ma. Jedynym plusem jest to, że w końcówce roku indeksy najczęściej rosną. Uważam, że w tym tygodniu najbardziej prawdopodobne jest osuwanie się indeksów. Jedynie kontynuacja hossy w USA może doprowadzić do ponownego testu 1200 pkt. Szczególnie teraz trzeba spoglądać przede wszystkim na WIG. Przełamanie 13770 pkt byłoby sygnałem sprzedaży, a pokonanie 14200 kupna.