Nigdy nie wiesz, na co trafisz — to oczywiście Forrest Gump. Jak się okazuje, są czekoladki, na które trafić niełatwo. A jak się trafi, to odechciewa się jeść — bo takie drogie.
— Zanim się obejrzysz, już jesteś w niebie — to nie fragment songu Pink Floydów, lecz opinia Oprah Winfrey o czekoladkach sygnowanych przez Fritza Knipschilda.
Setki rodzajów i smaków jego trufli potrafią zakręcić w głowach i… rozkochać. Na prezent dla ukochanej osoby — pasują jak ulał.
— Dwieście pięćdziesiąt dolarów poproszę — powie sympatyczny trzydziestolatek, skromnie zwany "Willym Wonką z Connecticut", kiedy poprosimy go o jedną sztukę czekoladki Madeleine.
Willy Wonka, książkowy bohater i fikcyjny właściciel największej na świecie fabryki czekolady, to przy Fritzu pikuś. Tabliczka Wonkowej czekolady kosztowała 10 dolarów. U Knipschilda pojedyncza, 42-gramowa kulka z masy czekoladowej warta jest ćwierć tysiąca "zielonych". Szczęśliwcy, którzy zaznali tego nieba w gębie, twierdzą, że warto.
— Przede wszystkim najlepsze, najświeższe składniki i zero cukru — mówi.
Dorzuca poetyckie frazy: że niezwykłe doznania, że dekadencka wirtuozeria… Na pewno — świetny marketing. Obrotny Fritz, w poszukiwaniu rozgłosu i fortuny, ruszył na podbój podniebień świata w kawiarniach Nowego Jorku, gdzie praktykował. W końcu wystrzelił w swoim sklepiku w South Norwalk w stanie Connecticut. Tam wpadł na pomysł Madeleine. Klasycznej czarnej trufli. Jej wnętrze to czekolada odmiany French Valhorna (uznawana za najlepszą na świecie) zmieszana ze świeżym kremem, który przez dobę nasycał się aromatami wanilii i włoskiego oleju truflowego. Obudowa przyjeżdża od renomowanego French Perigord, a całość posypana jest kakaowym pudrem. Może ukochana/ny się z wami podzieli, nim zemdleje z zachwytu…
