Deklaracje idą w prawo, ale czyny w lewo

Marek Goliszewski
opublikowano: 1999-08-31 00:00

Marek Goliszewski: deklaracje idą w prawo, ale czyny w lewo

HAMULCOWI GOSPODARKI: W instancjach związków zawodowych oraz w kierowniczych strukturach deficytowych branż znajdują synekury rozmaici działacze i politycy — ocenia Marek Goliszewski. fot. Borys Skrzyński

Rząd przyjął parę miesięcy temu prognozę wzrostu gospodarczego na najbliższe lata na poziomie od 7 do 8 procent. Taką wielkość przyjęto, akceptując tzw. aktywny wariant rozwoju gospodarki. Pozwoli nam on w roku 2010 zaledwie dogonić najuboższe kraje w UE — Grecję i Portugalię. Jeśli wszystko dobrze się ułoży.

NASZ WZROST ma się opierać w najbliższej przyszłości na przyspieszonej prywatyzacji i modernizacji przemysłu. A więc także na opłacalności produkcji górniczej i hutniczej oraz na redukcji zatrudnienia. Jednak po prawie dwóch latach rządzenia przez realizującą — przynajmniej w słowach — taki program koalicję doszło do tego, że deficyt budżetowy po siedmiu miesiącach wyniósł aż 12,5 mld zł, czyli 97,2 proc. planu na cały 1999 rok! Sama tylko dotacja do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych przekroczyła 6 mld zł, osiągając 62,8 proc. kwoty całorocznej.

STRATY HUTNICTWA w roku 1998 wyniosły 300 mln zł, podczas gdy w 1997 — tylko 34,4 mln zł. To ogromny skok. Natomiast zadłużenie górnictwa wyniosło na koniec 1998 roku 15 mld zł. Tegoroczne straty kopalń przekroczyły już 1,5 mld zł, lecz wydobycie węgla ciągle rośnie! Jeszcze bardziej rosną miliardowe zaległości tej branży wobec ZUS oraz budżetu państwa z tytułu VAT. Mimo że liczbę zatrudnionych zmniejszono o około 36 proc., to fundusz płac górnictwa... wzrósł o 2 proc. Na dodatek Polska stara się o miliard dolarów z Banku Światowego na program naprawy górnictwa. Przecież te pieniądze pójdą na odprawy, które — co potwierdzają wyniki badań Uniwersytetu Śląskiego — wydawane są w 70 proc. na konsumpcję, a nie na przekwalifikowywanie się górników!

PRYWATYZACJA zatrzymała się dlatego, że przewidziane do niej zakłady pracy są ostoją bardzo silnych związków zawodowych, przydatnych w prowadzeniu polityki. Właśnie w instancjach związków zawodowych oraz w kierowniczych strukturach deficytowych branż znajdują synekury rozmaici działacze i politycy. Stwarza im to idealne możliwości generowania pieniędzy dla „swoich” ludzi, dla partii, na kampanie wyborcze.

NASTĘPNA SPRAWA — system podatkowy. Jego reforma ślimaczy się. Rozwiązania zaproponowane w Białej Księdze, które były korzystne nie tylko dla przedsiębiorców, ale dla całej polskiej gospodarki i wszystkich pracowników — zostały wstrzymane. Dlaczego? Bo istnieje silna obawa, że reforma systemu i obniżenie podatków nie przyniosą w krótkim czasie takich wpływów do budżetu, jakie byłyby oczekiwane. Ta obawa bierze się również stąd, że to, co dawno powinno zostać zrestrukturyzowane, nadal zamierza się dotować. I pompować miliardy złotych w górnictwo, hutnictwo, przestarzałą część przemysłu chemicznego itd.

W DZIESIĄTYM ROKU polskich przemian ustrojowych praktyka taka stała się normą. Dalej opłaca się z budżetu zaległe składki ZUS za nierentowne, ale silne strajkowo przedsiębiorstwa; dalej umarza się im długi; dalej istnieją olbrzymie dopłaty; dalej nad decyzjami ekonomicznymi dominuje lęk przed utratą władzy. Protekcjonizm państwa funkcjonuje wszędzie, od poziomu gminy aż po same szczyty władzy. W ministerstwach, czy to zdrowia, czy to skarbu państwa marnowane są gigantyczne środki budżetowe. NIK oceniła, że było to czyste rozdawnictwo pieniędzy podatników.

WSZYSTKIE TE OKOLICZNOŚCI są wielkim balastem, nie pozwalającym nam na szybszy rozwój. W ubiegłym roku produkt krajowy brutto wzrósł o 4,8 proc., natomiast tegoroczny wzrost prawdopodobnie nie sięgnie nawet 4 proc. Tracimy impet. Oddalają się perspektywiczne cele. Potrzeba większego zdecydowania.

Marek Goliszewski jest prezesem Business Centre Club