Deklaracje równie obiecujące, co puste

09-04-2018, 22:00

Unijny komisarz poczuł się, jakby gościł w dwóch różnych państwach, chociaż noszących tę samą nazwę Polska.

Długo oczekiwana wizyta Fransa Timmermansa, pierwszego wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej (KE) i głównego PiS-ożercy w kwestiach praworządności w Polsce, przebiegła według dyplomatycznych standardów. Obustronne deklaracje po rozmowach komisarza z ekipą tzw. dobrej zmiany, zarówno rządową, jak i prezydencką, miały treść określoną w tytule. Mówiono o „szczerym i otwartym dialogu na interesujące wzajemnie sprawy”, w związku z czym ważne jest, żeby „wypracować w sposób europejski rozwiązania dla problemów, które jeszcze istnieją”. Największym konkretem było zastrzeżenie „chociaż nie zgadzamy się od razu co do wszystkiego”. Fransowi Timmermansowi najwięcej do myślenia dały spotkania z Małgorzatą Gersdorf, która od epoki PO-PSL prezesuje Sądowi Najwyższemu, oraz Julią Przyłębską, którą PiS obsadziło na czele przejętego Trybunału Konstytucyjnego. Unijny komisarz ds. lepszej regulacji, rządów prawa i Karty Praw Podstawowych (taki jest zakres jego kompetencji) poczuł się, jakby gościł w dwóch różnych państwach, chociaż noszących tę samą nazwę Polska.

Zobacz więcej

Frans Timmermans zachęcał ministra Jacka Czaputowicza do zastosowania się Polski do zaleceń KE. fot tomasz adamowicz-forum

Co naprawdę sądzi o pakiecie ustaw sądowych po ogłoszeniu przez PiS propozycji mało istotnych poprawek — ujawni za tydzień. W poniedziałek 16 kwietnia zbiera się ministerialna Rada UE ds. zagranicznych i w jej agendzie znajduje się temat uruchomionej przez KE procedury dyscyplinarnej wobec rządu PiS. Generalnie sprawa jest bardzo trudna dla wszystkich stron. KE zdaje sobie sprawę, że odpalając 20 grudnia 2017 r. pierwszy raz w unijnych dziejach art. 7 traktatu, zagrała wysoko i ryzykownie. Żeby realnie potępić praktyki tzw. dobrej zmiany w naszym kraju, musi zgromadzić co najmniej 22 państwa (Polska nie jest uwzględniana) popierające jej wniosek. Rząd PiS kombinuje odwrotnie — musi zebrać co najmniej 6 państw tworzących tzw. mniejszość blokującą. Z trzeciej strony bułgarska prezydencja Rady UE najchętniej przeciągnęłaby procedurę bez głosowania do 30 czerwca i podrzuciła gorącego kartofla następnej, austriackiej.

Wszystko rozgrywa się na tle prac KE nad unijnymi ramami finansowymi na siedmiolatkę 2021-27. Oficjalny projekt wyjściowy zostanie ogłoszony w Brukseli 2 maja. Akurat wczoraj, podczas wizyty Fransa Timmermansa, nadeszła powiązana z nią wieść hiobowa nie tylko dla rządu PiS, lecz dla gospodarki i w ogóle dla Polaków. Günther Oettinger, komisarz ds. budżetu, goszcząc niedawno w naszym kraju, potwierdził, że nowe unijne polityki, takie jak obronna czy imigracyjna, absolutnie nie powinny być finansowane cięciami w spójnościowej czy rolnej. Propaganda rządowa bardzo chętnie nagłaśnia tę zapowiedź. Wczoraj komisarz zdecydowanie jednak potwierdził, że w nowych wieloletnich ramach finansowych fundusze będą powiązane z praworządnością. Na dodatek KE zamierza użyć bardzo sprytnego chwytu, by takie rozwiązanie zawrzeć w rozporządzeniach wykonawczych, przyjmowanych na poziomie ministerialnej Rady UE większością kwalifikowaną, bez jednomyślności obowiązującej na szczytach Rady Europejskiej. Reasumując — coraz bardziej realnie rysuje się taki właśnie finał wojny rządu PiS z KE. Żadne oficjalne sankcje finalnie oczywiście nie grożą, natomiast Polska zostanie trafiona przez eurokrację finansowo okrężną drogą.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / Deklaracje równie obiecujące, co puste