Vanvan w liczbach.
Model Suzuki Van Van 125 napędza chłodzony powietrzem, zasilany wtryskiem jednocylindrowiec o pojemności 125 ccm z pojedynczym wałkiem rozrządu w głowicy. Jednostka produkuje 12 zabójczych koni mechanicznych. W połączeniu z masą 128 kg nie ma sensu spodziewać się sportowych osiągów, ale można posmakować motoprzygody bez konieczności zdawania egzaminu na prawo jazdy kat. A (pod warunkiem posiadania kat. B). No i trzeba mieć jeszcze 15,9 tys. zł.
Druga połowa lat 80. ubiegłego stulecia to były dziwne czasy. Ja wspominam je z sentymentem. Oczywiście tylko dlatego, że wtedy przypadła moja młodość i pierwsze próby sił w „motoryzacji”. Czyli… motorynka.
Spodnie z Peweksu
Co to była za machina! Dwubiegowa, dwusuwowa i wyproszona u ojców, babć czy chrzestnych. Śmiało można powiedzieć, że zmotoryzowała polską (najczęściej miejską) młodzież. Jak już ją wyprosiłem, to z niej wyrosłem. Ale szyku zadawałem. Z kolanami pod brodą. Pomyślcie: „oni” na wigrach 3, a ja na „motocyklu”. Nic to, że pod Tamkę nie dawał rady, nic to, że wyglądałem jak Marcin Gortat na pelikanie. Był spalinowy! I podobał mi się szalenie. Ale podobał się tylko do pewnego letniego dnia, gdy szkolny kolega zajechał na boisko (taki ówczesny Facebook) „emzetą”. Co to był za sprzęt! Chrom, tarczowy hamulec, działające światła, pojemność silnika trzy razy taka jak u mnie, rozmiar całości — też. Do tego lekko wygięta linia baku. Cudo! No i niemiecki! Toż to prawie BMW, choć tylko dwuliterowe (MZ). Tak wtedy myślałem. Myślałem też, że sobie z nim poradzę.
I kilka chwil po tym, jak wybłagałem Macieja o „kółeczko” (tak w boiskowej nomenklaturze określało się przejażdżkę), leżałem na warszawskiej Tamce w kałuży krwi, wśród porozrzucanych elementów cudu niemieckiej myśli technicznej. Milicja (to taka ówczesna policja), pogotowie, zamieszanie. I mina Macieja. Mina człowieka prowadzonego na szafot. Któremu właśnie zawalił się świat. Tak. To ja mu go zawaliłem (a precyzyjniej: rozwaliłem). Starszy brat Macieja (użytkownik „emzety”) i jego ojciec (właściciel) szybko wyjaśnili, że młody podprowadził motocykl. I urządzili 13-latkowi piekło.
To, jak mnie piekło, było przy tamtym piekle niczym. Dla mnie sprawa skończyła się na kolegium (taki ówczesny błyskawiczny sąd bez prawników) — znaczy dla mojej babci, która uiściła grzywnę, i zwrotem kosztów naprawy motocykla (też babcia uiściła). O zdartej dumie (skóra na pośladkach), poobijanych łokciach i kolanach i rozoranym łuku brwiowym nie wspominam, bo to i tak mała cena za głupotę i brak kasku. Wyższą cenę miały moje spodnie — nad nimi najdłużej trwały domowe lamenty. Zagraniczne były. Z Peweksu (taki sklep, w którym sprzedawali tylko za dolary i tzw. bony).
Zdarta ze skórą chęć
Nie dosyć podartych spodni, obitego tyłka i kosztów naprawy motocykla MZ. Dostałem też zakaz jazdy motorynką. Trafiła się mojemu kuzynowi. A Macieja nie widziałem do końca wakacji (podobno on też niewiele widział. Opuchlizna). W siódmej i ósmej klasie jakoś się już nie kolegowaliśmy. A ja już nigdy potem nie „zakolegowałem” się z motocyklem. A jak jakiś zobaczyłem, to od razu czułem się jak 13-latek.
Wystraszony. I z piekącym tyłkiem. Poszedłem w samochody. Co dwa ślady, to nie jeden. Nie powiem, śmigające koło mnie ducati, suzuki czy yamahy kilka razy sprawiły, że chciałem spróbować. Ale fantomowy ból tyłka szybko mnie zniechęcał. Lekcja z 1988 r. sprawiła, że cierpiałem na motocyklofobię.
Czas leciał. I motocykle coraz bardziej jednak kusiły. Po kilku przygodach z leśnymi potworami (cross) zachciało mi się motocyklem na… Tamkę. Taka walka z demonami. Ale prawo jazdy! Brak. Mierziła mnie konieczność odbywania kursu, brak czasu i skutery oraz inne wytwory o 50 cm sześc. w silniku. Jawiły mi się niczym motorynka, którą zabrał kuzyn, a która przestała mi się podobać, bo zobaczyłem „emzetę”.
Przez lata wahałem się między niechęcią do egzaminu na prawo jazdy kategorii A a kuszeniem kolejnymi motocyklami w parkach prasowych (jak powtórzyć „wyczyn” na Tamce, to tylko cudzym sprzętem). Aż rok temu ustawodawca podał mi pomocną dłoń. Przepis. Aż mnie tyłek zabolał.
Puszka Pandory?
Otóż Sejm, nieświadom tego, co robi (jak Maciej z boiska), udostępnia mi motocykl. Mówi: „Masz, zrób sobie kółeczko”. Doprawdy, nie przypuszczałem, że pryszczaty Maciej z rudawą grzywą zrobi jakąkolwiek karierę, a tym bardziej, że będzie to kariera w polityce! Tym bardziej nie wierzyłem, że jeszcze raz pozwoli mi na „kółeczko”. Tymczasem od ponad roku każdy, kto ma prawo jazdy kategorii B od przynajmniej trzech lat, może bez jakichkolwiek dodatkowych obowiązków, kupić, wsiąść i… zedrzeć Wzrost o prawie 200 proc.! I to tylko dzięki „125”, które dziś stanowią ponad 70 proc. rejestrowanych motocykli w Polsce (rok temu nieco ponad 20 proc.). Jednocześnie tracą motorowery. Od początku 2015 r. nowych zarejestrowano niespełna 16 tys. O jedną trzecią mniej niż przed rokiem.
Rejestracje w czerwcu 2015 r. (3661) są najsłabszym wynikiem w tym miesiącu (z reguły świetnym dla takich pojazdów) od 11 lat (czyli od kiedy się to liczy). Czyli poprzesiadali się z małych skuterów na większe… jak, nie przymierzając, ja z motorynki na „emzetę”. Czy również bez przygotowania? Jak ja w 1988 r.? Niezupełnie. Z przygotowaniem. Identycznym jak wtedy moje. Z badań portalu Skuterowo.pl wynika, że nabywcami motocykli 125 ccm są przede wszystkim ci, który już jako takie doświadczenie jednośladowe mieli, bo zaczynali od tzw. pięćdziesiątek, czyli motorowerów. Można je prowadzić bez uprawnień, więc są zwykle motocyklowym przedszkolem. I oto ustawodawca dał możliwość, by z przedszkola przejść na… studia.
Mój pierwszy raz
Od fascynacji motorynką, brutalnie zakończonej na Tamce, minęło sporo czasu. Po drodze były przygody z motocyklami, ale raczej w lesie lub na szutrowym torze. Od 1988 r. nie jeździłem po mieście motocyklem. Skutery i inne takie jakoś mnie nie przekonały. A od wprowadzenia nowych przepisów motocyklowych kusić zaczęło. Kusić, by zwalczyć demona „emzety”, który mieszkał na Tamce (jak złota kaczka). Producenci mają skutery 125 ccm, coś a’ la cross, są „ścigacze” i „kruzery”. Małe, większe — do wyboru, do koloru.
Wybrałem suzuki vanvana. Jakoś mi się skojarzył z „emzetą”. Po prawdzie to przedziwny sprzęt. Niski, szeroki, długi. Ma potężne koła, daleko wykraczające poza wyobrażenie o tym, co to jest motocykl 125 ccm. Trudno zdecydować, A), ale pod warunkiem, że masz kategorię B od co najmniej trzech lat. Założył więc, żeś obyty z ruchem i nakapało ci już rozsądku do głowy. Po drugie: takich jak ja stodwadzieściapięciomotocyklistów prawdziwi (czyli z prawem jazdy) motocykliści traktują jak swoich. Pozdrawiając na światłach i przy mijaniu. Na skuterze nie masz na to szans. Jesteś podgatunkiem. Po trzecie: faceci są niemożliwi.
Prędzej tydzień w lesie spędzą, zajadając pędraki, niż zapytają o drogę. Suzuki, Yamaha i inni producenci oferują darmowe (powtarzam darmowe) szkolenie z jazdy każdemu, kto kupi „125”. A kupują głównie faceci. A ci nie cierpią się przyznawać, że czegoś nie potrafią. Szkolenia cieszą się więc takim samym zainteresowaniem jak kożuchy latem. I darmowe się marnuje.
A po tygodniu podróżowania Vanvanem wiem, że podstawy bardzo by mi się przydały. No i po czwarte: jeśli kierowcy „125” w większości są tacy jak ja (dużo chęci, mało umiejętności, minimalne doświadczenie), to możemy być spokojni. O nich i o innych. Śmiem twierdzić, że byłem najbardziej skupionym kierowcą w Warszawie. Szczególnie gdy zbliżałem się do ulicy Tamka.
Ukłony dla Weroniki
Wniosek ostatni. Stodwudziestkipiątki to motocykle. Prawdziwe. Ale w mieście. Poza nim już nie. Godzinna przejażdżka Południową Obwodnicą Warszawy uświadomiła mi, że niespełna 15 km to za mało, by podróżować z wyższymi prędkościami i na dłuższych trasach. Robi się strasznie. A taka Weronika Kwapisz? Na vanvanie pojechała do Portugalii i z powrotem. Żeby udowodnić, że się da. Ona miała Portugalię. Ja mam Tamkę. I też dałem radę. Pewność zdobyta. „125” będzie dla mnie tylko przepustką do świata większych motocykli. Zaczynam rozumieć opinię, że dwa kółka to nie tylko przemieszczanie, ale i sposób na życie. Vanvan daje frajdę. Przedsmak tego, co to jest motocykl. Jest
