Na szczęście nie sprawdzają się najczarniejsze scenariusze i szorstka kohabitacja zwaśnionych obozów politycznych posuwa do przodu formowanie nowego rządu. Budowniczowie IV RP w nieutulonym bólu, ale jednak, przyjmują do wiadomości, że od dziesięciu lat obowiązuje Konstytucja III RP, a nie na przykład kwietniowa z roku 1935. Tamta sytuo-wała prezydenta RP jako „czynnik nadrzędny w Państwie”, który „mianuje według swego uznania Prezesa Rady Ministrów”. Dzisiejsza nie przejmuje się prezydenckim „uznaniem” czy „nieuznaniem”, bo na końcu procedury i tak decyduje zimna arytmetyka sejmowa.
Ocena tempa formowania rządu przypomina spór optymisty z pesymistą o szklankę do połowy pełną lub pustą. Mnie bardzo nie podoba się odkładanie desygnowania Donalda Tuska na premiera, które powinno nastąpić 5 listopada. Konstytucja co prawda nie nakazuje prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu żadnego terminu, ale za to data przedstawienia rządu do zaprzysiężenia jest określona i nieprzekraczalna — 19 listopada. A zatem każdy dzień zwłoki to podkradanie czasu należnego szefowi rządu. Donald Tusk się uśmiecha i cierpliwie czeka, ale należy podkreślać, że desygnowanie nie jest aktem łaskawości głowy państwa, lecz zwyczajnym wykonaniem polityczno-urzędniczego obowiązku. Zanosi się na to, że z kilkudniowym poślizgiem, ale do końca tygodnia ów obowiązek zostanie spełniony.
Ze względu na dramatycznie zapóźniony budżet 2008, w interesie Polski leży radykalne skracanie wszelkich konstytucyjnych procedur i terminów. Nic nie stało — i teoretycznie nadal nie stoi — na przeszkodzie, aby nowy rząd został zaprzysiężony, powiedzmy, w sobotę 10 listopada. Rano statutowe władze PO i PSL zatwierdziłyby koalicję, a po południu prezydent wręczyłby premierowi i ministrom akty powołania. To byłoby jednoczące, ponadpartyjne uczczenie Narodowego Święta Niepodległości. Ale chodzi właśnie o to, aby tak się nie stało i aby ostatnią defiladę — bo taka się w Warszawie, na niewielką skalę, odbędzie — mógł przyjąć u boku głowy państwa zdymisjonowany minister obrony Aleksander Szczygło.
Mimo rozmaitych perturbacji mamy nadzieję, że zasady ustroju parlamentarno-gabinetowego pozostają niewzruszalne. Wbrew nadziejom
Jarosława Kaczyńskiego w Polsce od dziesięciu lat prezydent (każdy prezydent) okazuje się konstytucyjnie za krótki, aby na dłuższą metę skutecznie wkładać w rządowe szprychy kij — co najwyżej jakąś witkę.
Jacek Zalewski