Dilbert po polsku

Wojciech Chmielarz
opublikowano: 26-03-2008, 00:00

Marcin Przybyłek, pisarz science fiction, napisał antyporadnik dla biznesmenów. Książka bawi, zmusza do myślenia, a niektórych bulwersuje.

Kiedy Marcin Przybyłek pojawia się w mediach, podpisuje się go jako pisarza science fiction. I to prawda. Cykl o Gamedecu, detektywie przyszłości, specjalizującym się w zagadkach świata gier komputerowych, cieszy się sporą popularnością. Wyszły dwa tomy cyklu, w maju ma się pojawić w księgarniach trzeci. Maciej Parowski, długoletni redaktor naczelny miesięcznika „Nowa Fantastyka”, a teraz szef działu literatury polskiej, określa twórczość Przybyłka jako ambitną literaturę rozrywkową. I wszystko byłoby dobrze, gdyby pisarz nie wydawał poradnika dla biznesmenów. A konkretnie, jak sam określa, antyporadnika pod tytułem „Sprzedaż albo śmierć!?”

Co twórca science fiction ma do powiedzenia o biznesie? Zainteresowany twierdzi, że sporo. Potrafi wytłumaczyć, dlaczego — wbrew popularnym poradnikom — sprzedaż nie jest sztuką i cudownym remedium na kłopoty rodzinne, co jest nie tak z imprezami integracyjnymi (według psychologów, dezintegracja jest wyższym stopniem rozwoju niż integracja) i dlaczego od czasu do czasu warto zająć się stolarką.

Wśród barbarzyńców

Przedstawmy go jeszcze raz. Imię i nazwisko: Marcin Przybyłek. Predyspozycje do napisania antyporadnika: z wykształcenia lekarz psychiatra. Pierwsza praca: przedstawiciel handlowy firmy farmaceutycznej. Jako taki przebył 300 tys. km, jeżdżąc od klienta do klienta, próbując stosować techniki z bogatego arsenału sztuki sprzedaży, której absurdy opisuje w swej książce. Od 2001 r. prowadził firmę szkoleniową Hekson. Na liście referencyjnej ma takie kolosy, jak: Commercial Union, PKO BP czy Towarzystwo Ubezpieczeń Warta. „Sprzedaż albo śmierć!?” jest owocem siedmioletnich przemyśleń, opartych na doświadczeniach własnych, przeprowadzonych szkoleniach oraz na powieściach innych osób.

— Antyporadnik to konglomerat pytań i problemów, podany dowcipnie, pobudzający do myślenia, czy to ja zwariowałem, czy dookoła coś nie gra. Książka jest skierowana do ludzi myślących, którzy wciąż się zastanawiają, czy te wszystkie wojny, które toczą, toczą o słuszne sprawy. Mam wrażenie, że wielu biznesmenów uczestniczyło w tak wielu bitwach, bataliach reklamowych, promocyjnych i sprzedażowych, że przestali się zastanawiać, co robią, dla kogo i jaki z tego pożytek — tłumaczy Marcin Przybyłek.

Książka jest zabawna, ale temat jak najbardziej poważny. Autor nie waha się też używać mocniejszych słów.

— Wydaje mi się, że za 20 czy 200 lat zacznie się nazywać czasy, w których żyjemy, okresem barbarzyństwa biznesowego, czyli wielkiej przemocy, niewolnictwa, totalitaryzmu zarządczo-pieniężno-ekonomicznego. Jakiejś zupełnej paranoi, w której jesteśmy stymulowani zupełnie jak zwierzęta do coraz szybszego kupowania, kupowania, kupowania, żarcia, żarcia i żarcia. Napisałem tę książkę, żeby móc sobie powiedzieć, że się temu sprzeciwiłem — mówi.

Przybyłek stawia się trochę w pozycji Sokratesa, który chodził po starożytnych Atenach i zadawał możnym niewygodne pytania. On chce robić to samo, tylko że w świecie biznesu.

Przypadki komiwojażera

Antyporadnik należy potraktować interakcyjnie, czytać z ołówkiem w ręku, dopisywać własne komentarze, uwieczniać osobiste protesty.

— Pierwsze odczucie niechęci do absurdów, które się dzieją w biznesie, zwłaszcza w dziedzinie indoktrynacji, poczułem już na pierwszym szkoleniu w firmie farmaceutycznej, w której pracowałem. Tamtejsze prezentacje budziły moje wielkie zastrzeżenia. Słyszałem tylko: you are, you are, you are. Ktoś, kto mnie nie znał, mówił mi, kim jestem — opowiada Marcin Przybyłek.

Szkoleniom poświęca sporo miejsca. Uważa, że nierzetelne firmy psują i rynek, i, co dużo gorsze, ludzi.

— Obserwowałem, jak się zachowują moi koledzy, kiedy widzą przedstawicieli firm konkurencyjnych. Byliśmy zachęcani, aby w kontakcie z konkurencją zadawać pytania sondujące, podejmować próby odkrycia jakichś faktów o ich produktach czy o metodach działania. Niektórzy tym zachętom ulegali. Bardzo mnie niepokoiło, że działo się to bezrefleksyjnie. Nikt się nie zastanawiał nad tym, że o tym, że dzisiaj jest po tej stronie barykady, a nie po tamtej, decydował przypadek. Jedni odpowiadali po prostu na ogłoszenie jakiejś firmy tydzień wcześniej niż inni — przyszli konkurenci. Ludzie, którzy mogliby być kolegami z podwórka, zachowywali się, jakby spotykali się z wrogiem, jakby brali udział w jakiejś wojnie — opowiada Przybyłek.

Nigdy więcej Przybyłka

Jakie porady zawiera antyporadnik? O negocjacjach: Zawsze zakładaj, że twoi rozmówcy są idiotami, ewentualnie kretynami. Ani idiota, ani kretyn nie domyśli się, że sterujesz rozmową. „Sterowanie” to łagodne określenie manipulacji.

Kochaj własną firmę, bo miłość do niej jest najszlachetniejszym i najczystszym z uczuć. Wszystkie czyny dokonane w imię tej miłości godne są szacunku i pochwały. Jak powiedział gladiator w filmie „Gladiator”: — What we do in life, echoes in eternity.

Podpuszczaj, manipuluj i zwódź na manowce pracowników konkurencyjnych firm. Zapomnij, że są to zwykli ludzie, którzy równie dobrze mogliby pracować u twojego boku. Nie pamiętaj o tym, że kiedyś najprawdopodobniej ty i oni zmienicie pracę i twoja nienawiść stanie się bezpodstawna. Żyj chwilą.

Jak na antyporadnik reagują czytelnicy? Różnie. Zależnie od stanowiska i poczucia humoru. Pewien dyrektor marketingu stwierdził, że książka go obraża. Kierownictwo wielkiej firmy, gdzie Przybyłek prowadził szkolenia, po zobaczeniu książki, oznajmiło, że nigdy nie zatrudni go ponownie.

— Inny dyrektor, widząc sugestię, że człowiek nie powinien pracować ośmiu godzin dziennie, powiedział, że nie kupi dla swoich pracowników książki, która zmusi ich do myślenia, a może nawet do buntu — śmieje się Marcin Przybyłek.

Są też tacy, którzy postanowili Przybyłka zatrudnić, bo przeczytali antyporadnik. A jak było u nas? Wydawca zapewnia, że wysłał egzemplarz szefostwu „Pulsu Biznesu”. Czy nasi przełożeni się z tekstem zaznajomili, czy nie, nie wiadomo. Wiadomo jednak, że książka do rąk szeregowych dziennikarzy nie trafiła. Ciekawe, dlaczego? n

Niewygodny filozof

Wielu w starożytnych Atenach miało powód, żeby nie lubić Sokratesa. Niezwykły filozof nie zostawił po sobie ani jednego pisemnego świadectwa. Znamy go jedynie z pism jego ucznia Platona. Sokrates zamiast pisać, wolał przechadzać się po mieście, zagadywać przypadkowych przechodniów i prowadzić z nimi filozoficzne dysputy. Zyskał tym popularność, ale nie wszystkim podobały się jego poglądy. Filozof odznaczał się także wielką odwagą, trzykrotnie uczestniczył w wyprawach wojennych. Gdy miał 70 lat, w wyniku spisku wrogich mu Anitosa, Likona i Meletosa został oskarżony o bezbożność i psucie młodzieży. Skazano go na karę śmierci przez wypicie trucizny. Mimo próśb przyjaciół, którzy chcieli go uwolnić, wypił cykutę.

Gamedec sprzedawca

Detektyw Torkil Aymor pierwszy raz pojawił się na łamach „Nowej Fantastyki” w listopadzie 2002 r. w opowiadaniu „Gamedec. Mysia Pułapka”. Potem stał się bohaterem opowiadań i dwóch książek. Pierwsza, „Gamedec. Sprzedawca Lokomotyw”, wyszła w 2006 r. Druga „Gamedec. Zabaweczki”, trafi na rynek w maju. Więcej na www.gamedeczone.com.

Pozytywna dezintegracja

Kazimierz Dąbrowski (1902-80) polski psycholog, psychiatra oraz filozof, przedstawiciel psychologii humanistycznej, zasłynął wprowadzeniem do psychologii pojęcia pozytywnej dezintegracji. Według jego teorii, rozwój psychofizyczny człowieka wiąże się z jego dezintegracją, gdyż każdy rozwój oznacza rozbicie pewnych struktur i schematów. Wiele uwagi poświęcił również koncepcji higieny psychicznej, której był pionierem w naszym kraju. Oznacza to także, że niektóre zaburzenia psychiczne mogą być pozytywnie postrzegane, właśnie jako mechanizmy rozwojowe. Kazimierz Dąbrowski i jego tezy zawarte m.in. w „Trudzie istnienia” często pojawiają się w „Sprzedaż albo śmierć!?”. Marcin Przybyłek uważa, że prace polskiego psychologa są najlepszą teorią rozwoju osobowości.

Największy z krytyków

Scott Adams, rysownik i twórca postaci Dilberta, zanim zajął się rysunkiem, był inżynierem w firmie telekomunikacyjnej. Krótkie paski pokazujące bezsensowną pracę zbliżającego się do czterdziestki mężczyzny zawojowały świat. Dzięki uniwersalnemu humorowi, bo z korporacyjnymi absurdami zmagają się ludzie pod każdą szerokością geograficzną.

Wojciech Chmielarz

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Wojciech Chmielarz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu