Dlaczego postęp gospodarczy nie przyniósł szczęścia

Ignacy MorawskiIgnacy Morawski
opublikowano: 2022-11-01 20:00

Fascynująca historia ekonomiczna XX wieku amerykańskiego historyka i ekonomisty Bradforda DeLonga ukazuje, jak wielkie osiągnięcia ma na swoim koncie ludzkość w ostatnich 150 latach i jak wciąż nie może się uporać z odpowiednim wykorzystaniem tych sukcesów.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Z naszej perspektywy jest to bardzo trudno zrozumieć, ale gdy w drugiej połowie XIX wieku zaczynała się na dużą skalę rewolucja przemysłowa, mało kto dostrzegał, jak fundamentalnie zmieni ona warunki życia ludzi. Jeszcze na początku lat 70. słynny filozof i ekonomista John Stuart Mill pisał: „Wątpliwe jest, czy wszystkie mechaniczne wynalazki uczyniły trud codzienności istoty ludzkiej lżejszym”. Postęp okazał się jednak niewyobrażalnie szybki. Dość powiedzieć, że od 1870 roku do dziś przeciętny dochód w krajach Europy Zachodniej wzrósł ok. 13 razy, podczas gdy przez wcześniejsze 2000 lat tylko ok. 3 razy.

Skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? To jest podstawowe pytanie, które Bradford DeLong, historyk i ekonomista z Uniwersytetu w Berkeley, stawia w swojej najnowszej książce „Slouching Towards Utopia”. Jest to historia ekonomiczna i społeczna „długiego XX wieku” (lata 1870-2010), napisana w formie porywającego eseju, próbująca znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego ogromny wzrost dochodów i majątku nie przyniósł ludzkości uwolnienia od ekonomicznych bolączek. „Załóżmy, że moglibyśmy cofnąć się w czasie do 1870 roku i powiedzieć ludziom wtedy, jak bogata, w stosunku do nich, stanie się ludzkość do 2010 roku. Jak by zareagowali? Prawie na pewno pomyśleliby, że świat roku 2010 byłby rajem, utopią”. Tymczasem trudno nazwać naszą współczesną rzeczywistość rajem, nawet w najbogatszych krajach. Nawet w najbogatszych krajach codzienna presja ekonomiczna jest wciąż istotnym problemem społecznym, nie mówiąc już o krajach uboższych.

DeLong snuje opowieść o XX wieku, przechodząc przez różne jego momenty i rozwijając wątki nie zawsze najbardziej oczywiste z punktu widzenia klasycznej historii politycznej lub społecznej. Ale jest jeden motyw przewodni, który łączy wszystkie rozproszone punkty. Jest to idea węgierskiego filozofa Karla Polanyiego, który pisał, że koncentracja systemu wolnorynkowego i kapitalizmu na ochronie wyłącznie praw własności, z pominięciem innych istotnych potrzeb i praw człowieka, jest największym zagrożeniem dla powodzenia postępu ekonomicznego. Zdaniem Polanyiego to z tego pominięcia zrodził się faszyzm i komunizm, najbardziej zbrodnicze ideologie w historii. I DeLong tej myśli podporządkowuje swoje rozważania, aż do współczesności, która również zróżnicowane potrzeby człowieka zlekceważyła.

Niewyobrażalny wcześniej w historii ludzkości postęp został uruchomiony dzięki procesom rynkowym. Postęp technologiczny, korporacja i globalizacja – to trzy elementy, którym autor poświęca najwięcej uwagi. To one odpowiadają za wzrost standardu życia do poziomu, który z punktu widzenia historii powinien być uznany za raj. Wiek XIX przyniósł, a wiek XX rozwinął nie tyle nowe technologie, co nową metodę produkcji, w której inwencja jest stałym elementem rzeczywistości. Ciągły strumień nowych produktów, które przez duże korporacje są wytwarzane w najbardziej efektywny sposób i dzięki globalizacji są wprowadzane do masowej produkcji po niskich kosztach. System osiągnął swoje apogeum w momencie, gdy znalazł się hegemon – Stany Zjednoczone po II wojnie światowej – zdolny i chcący zapewnić mu stabilność. Tego elementu ewidentnie zabrakło w pierwszej połowie XX wieku. Można zresztą zadać pytanie, co by się stało, gdyby ten element ponownie zaniknął? Bo przecież to ryzyko istnieje, w USA izolacjonizm nie zniknął i co jakiś czas powraca jako wpływowa idea polityczna.

Problem z postępem ekonomicznym polega na tym, że opiera się on głównie na prawach własności i wolnym rynku, na którym prawa te są alokowane dzięki systemowi swobodnie kształtujących się cen. Ten system działa efektywnie jako mechanizm czysto ekonomiczny. Ale DeLong, za Polanyim, przekonuje, że ludzie domagają się nie tylko zagwarantowania praw własności i dochodu. Chcą też innych praw. Chcą być częścią społeczności, mieć poczucie przynależności, chcą stabilności i bezpieczeństwa socjalnego. Tego rynek niestety nie zapewnia. Nie chodzi, bynajmniej, o to, by rynek zastąpiło państwo. DeLong widzi ryzyko, opisywane przez Friedricha Augusta von Hayeka, że państwo wykorzysta swoje instrumenty przemocy do konfiskaty i represji. Chodzi natomiast o to, że rynek ma w sobie mechanizm autodestrukcji: zapewnia ludziom część praw, ale odbiera inne i przez to prowadzi do buntów i rebelii, kończących się często autorytaryzmem i zduszeniem swobód.

XX wiek nie musiał potoczyć się tak, jak się potoczył. Było wiele momentów, kiedy wydarzenia mogły pójść dużo lepszym lub gorszym torem. Jednym z najbardziej fatalnych momentów był wybuch I wojny światowej, który nastąpił w okresie gwałtownego rozwoju gospodarczego i technologicznego (swoją drogą, w Polsce patrzymy na ten moment zupełnie inaczej niż ludzie na Zachodzie). Pierwsza wielka wojna położyła grunt pod wszystkie najgorsze zbrodnie pierwszej połowy wieku. Z kolei świat miał wiele szczęścia w latach 40., kiedy udało się pokonać III Rzeszę – wyjątkowo efektywny militarnie i gospodarczo organizm, który potencjalnie mógł zapanować nad prawie całą Europą. Można oczywiście argumentować, że dzięki broni atomowej Niemcy musiały przegrać ze Stanami Zjednoczonymi, ale przecież przystąpienie Stanów do wojny światowej nie było oczywiste.

DeLong różni się od większości ekonomistów opowiadających o historii tym, że oddaje należyte miejsce i znaczenie ludziom, ich decyzjom oraz motywacjom, a nie tylko anonimowym i niemal deterministycznym procesom. Ekonomiści cierpią często na ukąszenie heglowskie i patrzą na historię jako bezwzględny proces, który musiał się wydarzyć, proces wiedziony najczęściej kilkoma prostymi czynnikami. U De Longa większą rolę odgrywają idee, a ich nośnikami są konkretni ludzie. Tacy jak Herbert Hoover, Benito Mussolini, Adolf Hitler, Franklin Delano Roosevelt, John Maynard Keynes, Friedrich August von Hayek, Karl Polanyi i inni.

Najlepszy okres świat miał w pierwszych dekadach po II wojnie światowej, a przynajmniej świat globalnej Północy (lub Zachodu, jak mówi się częściej u nas). Postęp technologiczny był bardzo szybki, a jednocześnie systemy polityczne krajów rozwiniętych w zrównoważony sposób zapewniały ludziom ochronę praw własności, praw socjalnych, praw politycznych. Zdaniem DeLonga ten złoty okres załamał się w latach 80., kiedy systemy polityczne znów oparły się wyłącznie na ochronie praw własności. Opis tego załamania jest zresztą bardzo ciekawy – DeLong dostrzega, że powojenna socjaldemokracja też nie była w stanie zapewnić wszystkich potrzeb wyborcom: postawiła na równość, a ludzie wcale nie cenią sobie nadmiernie równości.

W każdym razie fala liberalizacji i koncentracja na prawach własności nie mogła być długookresowo stabilna. Doprowadziła ostatecznie do kryzysu finansowego i potężnej fali frustracji i buntów wyborców w wielu krajach rozwiniętych. DeLong dostrzega i opisuje proces demokratyzacji krajów Europy Środkowo-Wschodniej i Azji uruchomiony w tej samej epoce, ale jakby nie nadaje mu wystarczającego znaczenia. Może dlatego, że uznał, iż pozytywne przemiany lat 90. dotyczyły relatywnie niewielkiej liczby krajów. Z naszej perspektywy to istotne pominięcie, może błąd. Ale czy nie żyjemy akurat w okresie, gdy nawet nasza wiara w to, że wolny rynek przyniesie wszędzie postęp, się załamuje?

Książkę DeLonga odbieram jako pesymistyczną. System gospodarczy i polityczny mimo niewyobrażalnego postępu nie jest w stanie zapewnić ludziom globalnej Północy uwolnienia od presji ekonomicznej i frustracji. A przecież globalna Północ to tylko najlepiej żyjąca wyspa na świecie. Może w tym da się przewrotnie znaleźć źródło jakiejś nadziei. Ludzkość popełniała największe błędy w momentach wielkiego optymizmu i zdobywała się na wielkie czyny w momentach strachu.